W standardach horrorów klasy B, można uznać remake sztandarowej produkcji Raimiego za film dobry. Jeżeli ktoś szuka ambitnego kina, niech nawet nie zerka w tą stronę, jeśli jednak szukacie prostej, brutalnej i nieco ohydnej rozrywki, Martwe Zło jest dla was.
Już sam początek pokazuje nam, że będziemy mieli do czynienia z nieco innym filmem, niż pierwowzór. Idąc za przykładem Roba Zombie, twórcy przedstawiają na początku wydarzenia które miały miejsce w sławetnej chatce, zanim przybyli do niej główni bohaterowie - David, jego dziewczyna Natalie, uzależniona od narkotyków siostra Mia, oraz Olivia i Eric, przyjaciele Mii.
Chatka należy do rodziców Davida i Mii, a cała piątka przyjechała tutaj, aby odseparować uzależnioną Mię od świata i pomóc jej zerwać z nałogiem. Nie zdają sobie jednak sprawy, że samotna chatka w środku lasu mogła kusić ludzi parających się czarną magią jako miejsce w którym mogą wypędzać demony z opętanych.
Film sam w sobie nie jest zły, jest dosyć przewidywalny, ale nie oszukujmy się, który horror tego typu nie jest?
Ilość lejącej się zewsząd (nawet z nieba) krwi, w pełni to rekompensuje. Martwe Zło trzyma w napięciu od pierwszych scen i nie pozwala nam odetchnąć nawet na chwilę, ma kilka dobrych jumpscare'ów, jednak wrażenie odcięcia od świata i nieustającej obecności Zła jest tym, co definiuje ten film jako dobry horror.
Alvarez wykorzystuje kilka motywów typowych dla pierwowzoru. Ujrzymy tutaj scenę "leśnego gwałtu", dużą rolę odegra piwnica, ktoś odetnie sobie rękę, zobaczymy również w akcji dwururkę i piłę mechaniczną (chociaż moim zdaniem są używane zdecydowanie za rzadko).
Jeżeli chodzi o efekty specjalne, trzeba tutaj twórców pochwalić, ucinane i odrywane kończyny wyglądają bardzo autentycznie, w dodatku bez użycia technik komputerowych. Nie postarali się natomiast przy projekcie samych "opętanych". O ile w oryginale wyglądali oni bardzo "gumowo", tak tutaj po prostu są bladzi i mają żółte oczy, w dodatku to w większości kobiety. Doprawdy, blade, opętane laski, o dziwnych oczach i włosach opadających na twarz, to coś, czego w horrorach nigdy nie widzieliśmy.
W filmie najbardziej brakowało mi wyrazistego głównego bohatera.
David, wzorowany na Ashu z oryginału (nawet ubrany jest podobnie), nie ma w sobie tych wielkich pokładów testosteronu. Chociaż w końcu bierze się w garść, jest bardziej nieudolny w tym co robi niż jego starszy odpowiednik i na pewno nie wygląda na kolesia, który montuje sobie piłę zamiast dłoni i komentuje to słowem "groovy".
Film skupia się bardziej na Mii i to ona jest tutaj główną bohaterką, jednak przez większość czasu pełni rolę antagonistki.
Reszta bohaterów jest trochę bez wyrazu, Olivia to pielęgniarka która ma pilnować Mii, a Eric odczytuje zaklęcie z księgi i na tym ich zadania się kończą, Natalie to typowe mięso armatnie. Nie pamiętałbym nawet ich imion, gdyby nie filmweb.
Alvarez strzelił sobie niestety w stopę, serwując nam nie jedno, ale dwa fałszywe zakończenia.
Kiedy wydaje nam się, że cała sprawa jest już zakończona, zostajemy, razem z bohaterami, ponownie wciągnięci w brutalny świat pełen krwi, brakujących kończyn i samookaleczeń.
Po jakichś pięciu minutach, ponownie, wydaje się, że już po wszystkim, lecz twórcy zatrzymują nas w sali kinowej kolejnym, zupełnie niespodziewanym motywem. Osobiście w tym momencie zupełnie straciłem zainteresowanie filmem, licząc tylko na to, że demon jak najszybciej dopadnie swoją ostatnią ofiarę i będę mógł w końcu wyjść z sali.
Film nie jest długi, trwa jakieś półtorej godziny, mimo to jego ostatnie dwadzieścia minut bardzo się dłuży. Nad scenariuszem pracowało trzech ludzi. Wygląda to zupełnie tak, jakby nie mogli dogadać się co do zakończenia, a każdy z nich miał inną wizję. Wrzucili więc do filmu wszystkie.
Trzy wielkie plusy za efekty specjalne, nie powielanie oryginału, oraz trzymającą w napięciu akcję.
Minus głównie za zakończenie. Co prawda bohaterowie czasem rozbrajali swoją głupotą, a niektóre ich pomysły były bardzo idiotyczne, ale to w końcu Martwe Zło, nie spodziewałem się tutaj logiki.
Gdybym miał wystawić filmowi ocenę, a nie widziałbym końcówki, byłoby to solidne 8/10, jednak ponieważ nic nie zmusiło mnie do wcześniejszego opuszczenia kina (a byłem już tego bliski), muszę obniżyć tę ocenę co najmniej o dwa oczka - 6/10, trochę powyżej przeciętnej, a i tak prawdopodobnie jestem tutaj nieco zbyt łagodny, poprzez sentyment do pierwowzoru.
Jeśli ktoś chce iść na ten film do kina, to nie odradzam, szczerze mówiąc, dla efektów i dobrze prowadzonej akcji warto nawet przesiedzieć w kinie to przydługie zakończenie. Jeśli ktoś jest fanem serii, a w dodatku ma z kim pójść do kina, to raczej będzie się dobrze bawił, ale swoją głową za to nie zaręczę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz