niedziela, 23 czerwca 2013

Wielka Kolekcja #11 i #14: Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz

Wskrzeszenie Bucky'ego Barnesa, podobnie jak wskrzeszenie wujka Bena, było przez lata czymś, czego scenarzystom z Marvela nie wolno było uczynić. Jego śmierć była po prostu zbyt ważna dla postaci Kapitana Ameryki i w gruncie rzeczy, całego uniwersum.
Jednak w 2005 roku Ed Brubaker stwierdził, że zasady są po to, aby je łamać i wspólnie z rysownikiem Stevem Eptingiem dokonali niemożliwego - przywrócili Bucky'ego do życia.




Tak ryzykowne przedsięwzięcia bardzo często nie wychodzą. Czy duetowi Brubaker/Epting się udało? Cóż, gdyby się nie udało, komiks ten prawdopodobnie nigdy nie trafiłby do kolekcji.
Brubaker wszystko dokładnie przemyślał. Wiedział, że wykonując tak drastyczny ruch, nie może sobie pozwolić na wpadkę i starał się ze wszystkich sił, aby do takiej wpadki nie dopuścić.

Sama postać Kapitana Ameryki jest, moim zdaniem, mocno niedoceniana. Wszystkim kojarzy się z nadętym, przesadnie patriotycznym tępym żołnierzem w śmiesznym trykocie, z uśmiechem na twarzy kopiącym tyłki nazistom i innym wrogom amerykańskiego stylu. I o ile sam Kapitan, jako symbol, taki właśnie miał być, to jednak człowiek pod maską to postać o wiele ciekawsza i bardziej złożona.
A to właśnie Steve Rogers, a nie Kapitan Ameryka jest głównym bohaterem tego komiksu.



Steve nigdy nie miał lekkiego życia, a śmierć jego młodocianego towarzysza była dla niego największą tragedią. Jednak Ed Brubaker przedstawia nam swoją wersję wydarzeń, w której młody patriota wcale nie umiera, przynajmniej nie do końca.
Autor wskrzesza Barnesa w bardzo wiarygodny (jak na realia komiksu) sposób, jednocześnie robiąc z niego tajną broń Związku Radzieckiego.
Kontrolę nad Buckym - Zimowym Żołnierzem, przejmuje generał Aleksander Łukin, zatwardziały komunista, pragnący powrotu czasów świetności Matuszki Rosji.
Poza generałem Łukinem i Zimowym Żołnierzem, na drodze Kapitana Ameryki staną tutaj również jego bardziej znani przeciwnicy - Red Skull, Crossbones, oraz, we wspomnieniach, Baron Zemo.
No właśnie, Kapitan bardzo dużo w tych dwóch albumach wspomina, co jest oczywiście zupełnie zrozumiałe, a z tych wspomnień dowiadujemy się kim tak na prawdę był Bucky. Ten młody, radosny - szczególnie biorąc pod uwagę okoliczności - chłopak, był nie tylko wiernym pomagierem Kapitana, ale również zręcznym szpiegiem i skrytobójcą, którego zadanie polegało na brudzeniu sobie rąk tam, gdzie nie mogą tego robić dorośli żołnierze. Dowiadujemy się, że na ręce Bucky'ego spadło wiele krwi, jeszcze zanim Rosjanie zrobili mu pranie mózgu, a metody których używał, nie miały nic wspólnego z tym, co miał sobą reprezentować.



Kapitan w tym komiksie nie ma lekko. Ciągle ubolewa nad niedawnym rozpadem Avangers, złe wspomnienia z wojny dręczą go o wiele bardziej niż zwykle, ktoś niszczy groby jego dawnych przyjaciół, a jakby tego wszystkiego było mało, Red Skull planuje globalny atak terrorystyczny.
Nic więc dziwnego, iż nie chce uwierzyć w to, że Bucky jest teraz marionetką w rękach rosyjskiego generała.

W Zimowym Żołnierzu wszystko kręci się wokół kosmicznej kostki - artefaktu o niemal nieograniczonej mocy, z pomocą którego generał Łukin chce odtworzyć związek radziecki. Kapitan musi się więc wziąć w garść i mimo wszystkiego co ostatnio go spotyka pokazać, że nie bez powodu to właśnie on dzierży tarczę z białą gwiazdą. 
Na szczęście, nasz najbardziej patriotyczny bohater wszech czasów nie będzie musiał  stawiać czoła wszystkim tym wyzwaniom w pojedynkę, gdyż poza Nickiem Fury i Agentką 13, pomogą mu również Iron Man i Falcon.

Historia opowiedziana w tych dwóch albumach ma dosyć przygnębiający charakter, trup ściele się gęsto i to czasem dosyć istotny trup, a ci którzy zostają przy życiu nie mają się specjalnie z czego cieszyć.
Było mi szkoda zarówno Capa, jak i Bucky'ego. Wielkiej, długotrwałej bitwy Kapitana z Generałem Łukinem w zasadzie nie wygrał nikt. Nikt nie osiągnął swojego celu, nikt nie dostał tego, czego chciał.
Komiks pozostawił we mnie pewne uczucie przygnębienia, ale chyba właśnie o to chodziło.
Historia powrotu Bucky'ego, szczególnie powrotu w taki sposób, nie mogła być radosna. Brubaker udowadnia, że mimo całego kiczu i pompatyczności z jaką kojarzy się Kapitan Ameryka, można uczynić go głównym bohaterem poważnej historii.

Steve Epting również spisał się na medal.
Bardzo dobrze wychodzi mu przedstawianie emocji postaci za pomocą ich mimiki, dobrze wypada też, co prawda pozbawiona mimiki, ale świetnie narysowana czaszka Red Skulla.
Bardzo podoba mi się również kostium Kapitana, który wygląda tutaj na gruby, wytrzymały pancerz, a nie zwykły, niebieski trykot. 
Od czasu do czasu można zauważyć jakieś drobne potknięcie, jednak w zasadzie, jeśli chodzi o rysunki, nie ma się czego przyczepić. Kapitan kopie tyłki w bardzo ładnej oprawie graficznej.



Chociaż, tak jak napisałem, Brubaker miał świetny pomysł na komiks i w zasadzie dobrze go zrealizował, a Steve Epting dopieścił każdy pojedynczy rysunek, to jednak Zimowy Żołnierz nie wciągnął mnie tak, jak powinien, nie powalił mnie na kolana. Dlatego też recenzję tego komiksu pisało mi się dosyć ciężko, gdyż cały czas wiedziałem że to świetny, dobrze napisany i dobrze narysowany komiks, jednak nie miał w sobie tego "czegoś", co miały w sobie niektóre komiksy z Wielkiej Kolekcji.
Być może moje odczucia wobec tych dwóch albumów są takie, dlatego że Kapitan Ameryka nigdy nie był specjalnie bliskim mi bohaterem, a jego przygody, przynajmniej te w pojedynkę, znam w zasadzie tylko ze stron internetowych poświęconych uniwersum Marvela. Mogła to być również wina zakończenia w stylu Deus Ex Machina, które w ogóle nie przypadło mi do gustu.
Tak, czy inaczej, mimo moich osobistych odczuć, mam świadomość tego, że jest to dobry, wart polecenia komiks, szczególnie dla ludzi, którzy na wspomnienie Kapitana Ameryki kręcą z politowaniem głową, twierdząc, że jest to kiczowaty, pozbawiony charakteru bohater. Zimowy Żołnierz dowodzi nam czegoś zupełnie innego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz