piątek, 5 kwietnia 2013

Zło przywrócone do życia

W standardach horrorów klasy B, można uznać remake sztandarowej produkcji Raimiego za film dobry. Jeżeli ktoś szuka ambitnego kina, niech nawet nie zerka w tą stronę, jeśli jednak szukacie prostej, brutalnej i nieco ohydnej rozrywki, Martwe Zło jest dla was.

Już sam początek pokazuje nam, że będziemy mieli do czynienia z nieco innym filmem, niż pierwowzór. Idąc za przykładem Roba Zombie, twórcy przedstawiają na początku wydarzenia które miały miejsce w sławetnej chatce, zanim przybyli do niej główni bohaterowie - David, jego dziewczyna Natalie, uzależniona od narkotyków siostra Mia, oraz Olivia i Eric, przyjaciele Mii.
Chatka należy do rodziców Davida i Mii, a cała piątka przyjechała tutaj, aby odseparować uzależnioną Mię od świata i pomóc jej zerwać z nałogiem. Nie zdają sobie jednak sprawy, że samotna chatka w środku lasu mogła kusić ludzi parających się czarną magią jako miejsce w którym mogą wypędzać demony z opętanych.

Film sam w sobie nie jest zły, jest dosyć przewidywalny, ale nie oszukujmy się, który horror tego typu nie jest?
Ilość lejącej się zewsząd (nawet z nieba) krwi, w pełni to rekompensuje. Martwe Zło trzyma w napięciu od pierwszych scen i nie pozwala nam odetchnąć nawet na chwilę, ma kilka dobrych jumpscare'ów, jednak wrażenie odcięcia od świata i nieustającej obecności Zła jest tym, co definiuje ten film jako dobry horror.
Alvarez wykorzystuje kilka motywów typowych dla pierwowzoru. Ujrzymy tutaj scenę "leśnego gwałtu", dużą rolę odegra piwnica, ktoś odetnie sobie rękę, zobaczymy również w akcji dwururkę i piłę mechaniczną (chociaż moim zdaniem są używane zdecydowanie za rzadko).
Jeżeli chodzi o efekty specjalne, trzeba tutaj twórców pochwalić, ucinane i odrywane kończyny wyglądają bardzo autentycznie, w dodatku bez użycia technik komputerowych. Nie postarali się natomiast przy projekcie samych "opętanych". O ile w oryginale wyglądali oni bardzo "gumowo", tak tutaj po prostu są bladzi i mają żółte oczy, w dodatku to w większości kobiety. Doprawdy, blade, opętane laski, o dziwnych oczach i włosach opadających na twarz, to coś, czego w horrorach nigdy nie widzieliśmy.

W filmie najbardziej brakowało mi wyrazistego głównego bohatera.
David, wzorowany na Ashu z oryginału (nawet ubrany jest podobnie), nie ma w sobie tych wielkich pokładów testosteronu. Chociaż w końcu bierze się w garść, jest bardziej nieudolny w tym co robi niż jego starszy odpowiednik i na pewno nie wygląda na kolesia, który montuje sobie piłę zamiast dłoni i komentuje to słowem "groovy".
Film skupia się bardziej na Mii i to ona jest tutaj główną bohaterką, jednak przez większość czasu pełni rolę antagonistki.
Reszta bohaterów jest trochę bez wyrazu, Olivia to pielęgniarka która ma pilnować Mii, a Eric odczytuje zaklęcie z księgi i na tym ich zadania się kończą, Natalie to typowe mięso armatnie. Nie pamiętałbym nawet ich imion, gdyby nie filmweb.

Alvarez strzelił sobie niestety w stopę, serwując nam nie jedno, ale dwa fałszywe zakończenia.
 Kiedy wydaje nam się, że cała sprawa jest już zakończona, zostajemy, razem z bohaterami, ponownie wciągnięci w brutalny świat pełen krwi, brakujących kończyn i samookaleczeń.
Po jakichś pięciu minutach, ponownie, wydaje się, że już po wszystkim, lecz twórcy zatrzymują nas w sali kinowej kolejnym, zupełnie niespodziewanym motywem. Osobiście w tym momencie zupełnie straciłem zainteresowanie filmem, licząc tylko na to, że demon jak najszybciej dopadnie swoją ostatnią ofiarę i będę mógł w końcu wyjść z sali.
Film nie jest długi, trwa jakieś półtorej godziny, mimo to jego ostatnie dwadzieścia minut bardzo się dłuży. Nad scenariuszem pracowało trzech ludzi. Wygląda to zupełnie tak, jakby nie mogli dogadać się co do zakończenia, a każdy z nich miał inną wizję. Wrzucili więc do filmu wszystkie. 

Trzy wielkie plusy za efekty specjalne, nie powielanie oryginału, oraz trzymającą w napięciu akcję.
Minus głównie za zakończenie. Co prawda bohaterowie czasem rozbrajali swoją głupotą, a niektóre ich pomysły były bardzo idiotyczne, ale to w końcu Martwe Zło, nie spodziewałem się tutaj logiki.

Gdybym miał wystawić filmowi ocenę, a nie widziałbym końcówki, byłoby to solidne 8/10, jednak ponieważ nic nie zmusiło mnie do wcześniejszego opuszczenia kina (a byłem już tego bliski), muszę obniżyć tę ocenę co najmniej o dwa oczka - 6/10, trochę powyżej przeciętnej, a i tak prawdopodobnie jestem tutaj nieco zbyt łagodny, poprzez sentyment do pierwowzoru.
Jeśli ktoś chce iść na ten film do kina, to nie odradzam, szczerze mówiąc, dla efektów i dobrze prowadzonej akcji warto nawet przesiedzieć w kinie to przydługie zakończenie. Jeśli ktoś jest fanem serii, a w dodatku ma z kim pójść do kina, to raczej będzie się dobrze bawił, ale swoją głową za to nie zaręczę.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Wielka Kolekcja #8: Thor: Odrodzenie



Nigdy nie byłem wielkim fanem Thora. Komiksy z jego udziałem raczej nie wpadały mi w ręce, a kiedy już wpadały, nie gościły w nich zbyt długo. Thor zawsze odstawał, przynajmniej w moim rozumieniu, od klasycznego obrazu marvelowskiego bohatera - człowieka obdarzonego specjalnymi zdolnościami, jednak cały czas borykającego się ze zwykłymi, ludzkimi problemami.
Thor w końcu jest bogiem i to bogiem gromów, jednym z największych badassów do których można się modlić. Dopiero po przeczytaniu "Odrodzenia" zrozumiałem, że nawet z tak marmurowej postaci można zrobić małego, przytłoczonego problemami człowieczka. Kluczem jest tutaj ulubiony motyw twórców komiksów - podwójna tożsamość.
W przypadku Thora podeszli jednak do tego od drugiej strony. O ile zazwyczaj mamy do czynienia ze schematem: zwykły gość > zdobycie nadludzkich zdolności > superbohater, tak w tym przypadku jest zupełnie na odwrót. Thor, bóg gromów, zostaje zesłany na Ziemię, gdzie przybiera postać Donalda Blake'a - kalekiego studenta medycyny. Po dziesięciu latach, które spędził jako człowiek, Thor odnajduje swój młot i ponownie przybiera boską postać. Od tej pory wiedzie podwójne życie - boga i człowieka.

Po uwolnieniu Asgardu z pętli czasu w której zamknęły go pewne potężne istoty, Thor przechodzi w stan hibernacji, z której zostanie wyrwany wtedy, kiedy znów będzie potrzebny. I tutaj zaczyna się nasza historia.



Thor przebywa w pustce, gdzie spotyka Donalda Blake'a - swoje ludzkie alter ego.
Dzięki motywującej przemowie, Blake namawia Thora do powrotu na Ziemię, gdzie odbudują Asgard i odnajdą pozostałych Asów.
Miejsce na odbudowę swego domu wybrał dosyć nietypowe - pustynię, gdzieś w Oklahomie. Po kilku nieporozumieniach dogadał się jednak z nowymi sąsiadami.
Thor wyrusza na misję odnalezienia swoich braci i sióstr uwięzionych w ciałach śmiertelników, przy okazji pomagając ludziom zarówno jako bóg gromów, jak i jako chirurg.
Podczas swojej podróży trafi do zniszczonego powodzią Nowego Orleanu, stoczy walkę z Iron Manem, weźmie udział w afrykańskiej wojnie plemiennej, oraz zmierzy się z potężnym Niszczycielem.
Gdzieś po drodze pojawi się oczywiście również Loki, który z jakiegoś powodu zmienił płeć.




Straczynski wykazał się w tym albumie dużym poczuciem humoru, sceny z norskimi bogami na spotkaniu sąsiedzkim ze swoimi ludzkimi sąsiadami, prosty, wiejski chłopak próbujący poderwać piękną asgardkę, czy pan burmistrz planujący inspekcję BHP w Asgardzie, swoją niedorzecznością przypominają skecze Latającego Cyrku Montypythona. Może nie wywołują równie dużej wesołości, jednak zaśmiałem się raz czy dwa.
Jednak nie mamy tutaj do czynienia z komedią. Thor, powraca na Ziemię bezdomny i osamotniony. Pozbawiony wszystkiego, co darzył miłością postanawia własnymi rękoma to odbudować i odzyskać. W końcu mu się udaje, przecież jest bogiem, jednak droga jaką musiał pokonać, aby to osiągnąć nie była łatwa, nawet dla niego.
Sama historia, może nie sprawiła, że nabrałem ochoty zacząć modlić się do nordyckiego boga gromów, ale przekonała mnie do niego, jako komiksowej postaci.

Straczynski po raz kolejny występuje w duecie z utalentowanym rysownikiem. Tym razem jest to francuz, Olivier Coipel.
Coipel idealnie oddaje naturę bohaterów poprzez ich wygląd.
Thor wygląda jak koleś, który potrafi ciskać gromami, Donald Blake to poczciwy pan doktor, Loki na pierwszy rzut oka jest przebiegły/a i podstępny/a, można by tak wymieniać bez końca. Mamy tutaj dużo ekspozycji głównego bohatera, często otoczonego wieńcem błyskawic, które artysta dopieścił z wielką pieczołowitością, a scena walki Thora z Iron Manem, to czysta poezja kształtów i kolorów. Pięknie prezentuje się również monumentalny Asgard, wiszący nad pustynią Oklahomy.



Oczywiście w komiksie znajdzie się również kilka drobnych niedociągnięć. W jednym miejscu brakuje tekstu w dymku, jednak wnioskując z kontekstu, nie była to bardzo istotna kwestia, natomiast w innym, podczas przemiany Blake'a w Thora, nasz bohater ma dwie głowy, jedną nad drugą, co wygląda trochę głupio. Jednak w poprzednich albumach wad również nie brakowało, a ten, jak do tej pory, czytało mi się najlepiej.
Nie wiem jak ten album ma się do poprzednich komiksów z udziałem Thora, gdyż jak wspomniałem wyżej, nie czytałem ich, jednak dla kogoś nowego, jako wprowadzenie do świata przygód nordyckiego boga, sprawdza się świetnie. Zdecydowanie polecam wszystkim, którzy, podobnie jak ja, nie byli przekonani do postaci Thora.



Na zakończenie drobne ogłoszenie parafialne: na Facebooku pojawił się fanpage naszego bloga. Jeśli komuś podoba się to, co robimy, zapraszamy do polubienia. : )