"Doctor who?"
Długi czas zbierałem się do napisania tej notki,
a to dlatego iż o serialu „Doktor Who” można tyle napisać, że albo będzie ona
horrendalnie długa, albo śmiesznie krótka, biorąc pod uwagę ogrom tematu.
Z góry uprzedzam, że nie znajdziecie tutaj
za dużo suchych informacji na temat serialu, a raczej moje osobiste wrażenia i
przemyślenia na jego temat, które postaram się jakoś uporządkować, aby
potencjalny czytelnik się w tym nie pogubił. Spróbuję jedynie ogólnie zarysować
z czym to się je, aby ludzie którzy w ogóle nie znają tematu mieli pojęcie o co
chodzi.
Otóż „Doktor Who” to brytyjski serial
science-fiction kręcony w latach 1963-89, a następnie kontynuowany od roku 2005
po dziś dzień.
Serial opowiada o tytułowym Doktorze, przedstawicielu
kosmicznej rasy Władców Czasu z planety Gallifrey, którzy dzięki statkom zwanym
TARDIS (Time And Relative Dimensions In Space) potrafią podróżować w czasie i
przestrzeni. TARDIS Doktora w wyniku usterki systemu kamuflażu imituje na stałe
londyńską budkę policyjną z lat 50tych.
Co więcej, Władcy Czasu posiadają wyjątkowy
sposób na unikanie śmierci. Otóż, kiedy któryś z nich jest stary (co w ich
przypadku jest sporym wyczynem), śmiertelnie chory, lub ranny, potrafi się
zregenerować, co owocuje zupełną zmianą wyglądu, jak i charakteru. Dzięki temu
twórcy mogli bez problemu zmienić aktora grającego główną rolę, jeśli zaszła
taka konieczność, oraz nadać serialowi nieco świeżości.
Osobiście z serii emitowanych w
latach 63-89 widziałem tylko pojedyncze epizody (jedynie sezon 12 z czwartym
wcieleniem Doktora granym przez Toma Bakera widziałem w całości) i niewiele
mogę o nich powiedzieć. Nowe serie obejrzałem za to już kilka razy i mógłbym o
nich opowiadać godzinami, jednak zacznijmy od początku.
"Where do you want to start?"
Wszystko zaczęło się od tego gifa:
Natrafiłem nań na jakiejś przypadkowej
stronie z wszelkim internetowym śmieciem i bardzo mnie zaintrygował. Wizja
tańczącego, humanoidalnego robota nie dawała mi spokoju, więc zacząłem drążyć,
przekopując zakamarki Internetu. W końcu natrafiłem na opowiadającą o „Doktorze
Who” retrospektywę, autorstwa niejakiego Ichaboda(link), po obejrzeniu której
stwierdziłem, że tańczący robot pochodzi
z serialu tak zwariowanego, ciekawego i pełnego akcji, że po prostu
muszę zacząć go oglądać. Nie pożałowałem tej decyzji.
Zacząłem, tak jak większość młodych fanów serialu, od pierwszego sezonu nowych serii, gdzie główną rolę grał
Christopher Eccleston. Jest to już dziewiąte wcielenie Doktora, a w sumie w
serialu pojawiło się ich jak do tej pory jedenaście. Kolejne wcielenia zagrali
David Tennant i Matt Smith.
Eccleston grał Doktora tylko przez jeden
sezon, a jego historia była później kontynuowana, już z Davidem Tennantem w
roli głównej. Natomiast odejście Tennanta było wielkim wydarzeniem w historii
serialu, gdyż zmienił się nie tylko aktor grający główną rolę, ale cała obsada,
oraz główny scenarzysta.
Matt Smith zaczyna więc „na świeżo”. Wątki
z poprzednich sezonów nie są już poruszane, oraz nie pojawiają się żadne postacie,
które spotykali na swojej drodze Doktorzy numer dziewięć i dziesięć. Wszystkie
wcielenia Doktora różnią się znacznie między sobą, mają jednak kilka cech
wspólnych.
Doktor, niezależnie od wyglądu, zawsze
chętnie pomaga ludziom, brzydzi się przemocą, oraz uwielbia podróżować i poszerzać
swoją wiedzę, której i tak mogą mu pozazdrościć najtęższe umysły wszechświata. Jednocześnie,
jeżeli wymaga tego obrona ludzkości, nie waha się użyć drastycznych metod,
wliczając w to nawet wybicie całej obcej rasy. I chociaż zazwyczaj daje swoim
wrogom szanse na poddanie się, lub ucieczkę, nietrudno się domyślić, że rzadko
z niej korzystają, co zwykle kończy się dla nich śmiercią. Jeśli mają
szczęście.
Nie będę nikogo zanudzał opowiadaniem o
każdym wcieleniu Doktora z osobna, gdyż zajęłoby mi to stanowczo zbyt dużo
miejsca i czasu, a i mało komu pewnie chciałoby się to czytać. Każdy z nich
jest inny i każdy ma swoje wady i zalety. Niezależnie od aktora jaki go gra,
Doktora lubię zawsze, a jeśli miałbym wybrać mojego ulubionego, po długim
zastanowieniu wymieniłbym ostatniego, granego przez Matta Smitha. Uwielbiam go,
za jego wręcz dziecięcy entuzjazm (sam Jedenasty również wyjątkowo często
pomaga nieletnim), oraz totalne oderwanie od rzeczywistości, a z drugiej
strony, za jego bezwzględność, kiedy trzeba podjąć odważne kroki, którą
przebija nawet swoich poprzedników.
W Dziesiątym Doktorze natomiast irytowała
mnie nieco jego płaczliwość i kochliwość, które nijak nie pasują mi do tej
postaci. Mimo wszystko cały czas pozostaje facetem, który pokonał przywódcę
obcych najeźdźców za pomocą mandarynki, w dodatku ledwo wyrwany z łóżka. David
Tennant jest najlepiej kojarzonym Doktorem z nowych serii, i najbardziej lubianym przez fanów, spośród
trzech ostatnich odtwórców tej roli.
Film nagrany przez ekipę serialu na
zakończenie kadencji dziesiątego Doktora:
"Next stop - everywhere!"
„Doktor Who” to serial, który nigdy się nie
nudzi. Jako że Doktor dysponuje jednocześnie statkiem kosmicznym i wehikułem
czasu, twórcy mają ogromne pole manewru, mogąc do woli zamieszczać akcję zarówno
w realiach historycznych, w przyszłości, w kosmosie, albo we współczesnym
Londynie, jeśli akurat mają taki kaprys. Doktor spotkał na swej drodze wiele
postaci historycznych, takich jak Królowa Wiktoria, Winston Churchill, Karol
Dickens, Vincent van Gogh, czy Agatha Christie. Poza tym odwiedził również Nowy
Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Jork,
dryfującą w kosmosie Wielką Brytanię, a nawet asteroidę usytuowaną poza
wszechświatem.
I chociaż efekty specjalne raczej nie
powalają, serial, podobnie jak statek Doktora, jest zdecydowanie większy w
środku niż na zewnątrz, a pomysłowość scenarzystów zasługuje na gromkie
oklaski. Nie mają praktycznie żadnych ograniczeń i korzystają z tego w pełni,
serwując nam, fanom, coraz ciekawsze przygody. Nie boją się także korzystać ze
spuścizny jaką pozostawili po sobie twórcy pierwszych serii, nękając Doktora jego
starymi wrogami, a także stawiając ponownie na jego drodze dawnych przyjaciół.
"All the strange, strange creatures"
Skoro już o wrogach mowa, Doktor ma ich
więcej niż ktokolwiek inny. W końcu przez ponad dziewięćset lat swojego życia
zdążył spotkać wiele istot czyniących, lub planujących uczynić coś złego, a
każdy kto snuje podobne plany, automatycznie staje się jego wrogiem.
Galeria
łotrów Doktora jest jedną z większych, a na pewno najbardziej zróżnicowaną w
historii. Od tych całkiem zabawnych, jak Adiopsy, zbudowane w całości z
tłuszczu, przez Slitheenów, pochodzących z planety Raxacoricofalapatorius,
którzy chcą przejąć i sprzedać Ziemię, a przez źle dopasowane przebrania ciągle
„puszczają gazy”. Aż po istoty wywołujące ciarki na plecach, takie jak Płaczące
Anioły, które są wyjątkowo szybkie, przenoszą w czasie za pomocą dotyku, oraz
zamieniają się w kamienne posągi kiedy są widziane przez inne istoty, jednak
wystarczy jedno mrugnięcie, aby stać się ich ofiarą. Czy Vashta Nerada,
niematerialne istoty, żyjące w cieniu, które potrafią w ułamek sekundy ogryźć
ludzkie ciało do kości. Nie należy również zapominać o „Ciszy”, kosmitach,
którzy od zarania dziejów kontrolują życie ludzi, co mogą osiągnąć za pomocą
niesamowitej zdolności, dzięki której są zapominani przez ludzi w momencie
kiedy znikają im z oczu.
Największy postrach budzą chyba jednak
Dalekowie, odwieczni wrogowie Doktora, którzy byli przez niego niezliczoną
ilość razy niszczeni i niezliczoną ilość razy wracali do życia. Dalekowie to ni
mniej ni więcej naziści z kosmosu. Są mutantami stworzonymi przez naukowca
imieniem Davros, pozbawieni wszelkich uczuć poza nienawiścią mają być rzekomo
istotami idealnymi. I chociaż na pierwszy rzut oka budzą raczej uśmiech
politowania, a to z powodu ich pancerzy przypominających wyglądem R2D2 skrzyżowanego z solniczką, wystarczy obejrzeć jeden odcinek z nimi w roli głównej, aby
przekonać się, że pozory mogą mylić.
"Im the Doctor, by the way. And who are you?"
Doktor jednak nigdy nie staje sam przeciwko
tym okropnościom. Zawsze ma u swego boku wiernych towarzyszy (najczęściej płci
żeńskiej), którzy mimo swojego za zwyczaj ziemskiego pochodzenia, oraz
niewątpliwie mniejszej wiedzy i umiejętności, zawsze okazują się w jakiś sposób
pomocni. Pilnują również, aby Doktor w trakcie „walki ze złem” nie zatracił
swojego człowieczeństwa i nie stał się taki, jak jego wrogowie. Doktor zawsze
posiada jakichś „stałych towarzyszy”, w przypadku nowych serii były to same
młode kobiety(z jednym wyjątkiem). Żadna z nich jakoś wyjątkowo nie przypadła
mi do gustu (może poza Amy, ostatnią towarzyszką Doktora), na szczęście poza
nimi pojawiają się również ludzie, których Doktor nie wozi ze sobą cały czas,
ale odwiedzili TARDIS raz czy dwa.
Jako moich ulubionych wymieniłbym River
Song, archeolożkę, która również podróżuje w czasie. Łączy ją z Doktorem pewne
uczucie, jednak spotykają się w odwrotnej kolejności, co znacznie komplikuje sprawę. Oraz Kapitana Jacka
Harknessa, dawnego agenta „Agencji Czasu” z pięćdziesiątego pierwszego wieku,
który zapadł fanom w pamięć dzięki niesamowitemu urokowi osobistemu, oraz
ciekawej historii, której nie będę tutaj zdradzał.
Kolejnym niepełnoetatowym
towarzyszem zasługującym na uznanie jest Wilfred Mott, dziadek Donny (jednej z
towarzyszek Doktora), który pomagał Doktorowi uratować Ziemię i cały
wszechświat przed Mistrzem, innym Władcą Czasu, będącym największym Nemezis
Doktora.
Wilfred to emerytowany żołnierz, z obsesją na punkcie UFO. Jest
jednym z nielicznych mieszkańców Londynu, którzy zwracają uwagę na latające nad
miastem statki kosmiczne. Wilf podziwia Doktora, nazywa go najwspanialszym
człowiekiem jakiego poznał. Głównie dlatego, że Doktor zmienił nudne, zwykłe
życie jego wnuczki w sposób jakiego ani on, ani Donna nie byli w stanie sobie
wyobrazić. Chociaż pojawia się w serialu ledwie kilka razy, odgrywa
znaczącą rolę w życiu Doktora.
"It's a screwdriver!"
Oczywiście niebywała wiedza i wierni
towarzysze nikomu nie wystarczą do uratowania wszechświata. Wsparcie
technologiczne również się przydaje. W „Doktorze Who” nie uraczymy fazowych
blasterów, laserów wysokoenergetycznych, czy dział atomowych (przynajmniej nie
za często). Doktorowi wystarczy potrafiąca prawie wszystko niebieska budka
telefoniczna. Mówiąc prawie wszystko, mam na myśli, poza podróżą w czasie i
przestrzeni, tłumaczenie wszystkich języków wszechświata, możliwość stawania
się niewidzialną, czy holowania ukradzionych przez szalonych naukowców planet. TARDIS
ma coś w rodzaju jaźni, która raz została nawet przelana w ciało kobiety. Jest już dosyć stara, więc nie zawsze przenosi Doktora dokładnie tam gdzie by
chciał, jednak zawsze tam, gdzie powinien się znaleźć. „Seksowna” jak nazywa ją
Doktor, przeżyła wiele poważnych usterek, wymienię tylko zderzenie z
kosmicznym Titanikiem, przekształcenie w złowieszczą machinę paradoksu, czy
wrzucenie do jądra planety. Na szczęście Doktor zawsze pamięta o tym, aby ją
naprawić i przygotować do kolejnych podróży.
Poza TARDIS, Doktor nader często korzysta z
sonicznego śrubokrętu, którego używa chyba do wszystkiego, poza wkręcaniem
śrubek, oraz psychicznej wizytówki, na której ludzie widzą dokładnie to, co w
danej chwili chce im pokazać.
"Dinosaurs! On a spaceship!"
Niedawno rozpoczął się kolejny sezon
„Doktora Who”, który ma przynieść kolejne zmiany, począwszy od towarzyszy
Doktora, którzy podróżowali z jedenastym jego wcieleniem od samego początku.
Wyjątkowo ich polubiłem, żywię jednak nadzieję, że zostaną godnie zastąpieni.
Zmiany to coś do czego trzeba się przyzwyczaić oglądając „Doktora Who” i coś
dzięki czemu ten serial wciąż żyje. Bo gdyby twórcy nie wpadli na pomysł zamiany
Williama Hartnela, pierwszego odtwórcy roli Doktora, na kogoś innego, serial
upadłby po kilku latach i dzisiaj byłby tylko starym brytyjskim serialem
science-fiction dla dzieci, o którym pamiętałoby jedynie kilku koneserów. Na szczęście serial przetrwał i teraz wielkimi krokami zbliża się jego pięćdziesiąta rocznica.
Oto moja, bardzo zwięzła, odpowiedź na pytanie "dlaczego lubię "Doktora Who"?". Mam nadzieję, że udało mi się kogoś zachęcić do oglądania, albo przynajmniej do bliższego zapoznania się z serialem, gdyż naprawdę warto. Jeśli ciągle nie jesteście przekonani o fenomenie tego serialu, odpowiedzcie sobie na pytanie: ile znacie seriali, wokół których powstają zespoły muzyczne, tworzące muzykę tylko o nich? Doktor ma swoich "Chamelion Circuit" których jeden z utworów dodałem troszkę wyżej.












