sobota, 22 września 2012

Madman with a Box




"Doctor who?"

Długi czas zbierałem się do napisania tej notki, a to dlatego iż o serialu „Doktor Who” można tyle napisać, że albo będzie ona horrendalnie długa, albo śmiesznie krótka, biorąc pod uwagę ogrom tematu.
Z góry uprzedzam, że nie znajdziecie tutaj za dużo suchych informacji na temat serialu, a raczej moje osobiste wrażenia i przemyślenia na jego temat, które postaram się jakoś uporządkować, aby potencjalny czytelnik się w tym nie pogubił. Spróbuję jedynie ogólnie zarysować z czym to się je, aby ludzie którzy w ogóle nie znają tematu mieli pojęcie o co chodzi.

Otóż „Doktor Who” to brytyjski serial science-fiction kręcony w latach 1963-89, a następnie kontynuowany od roku 2005 po dziś dzień.
Serial opowiada o tytułowym Doktorze, przedstawicielu kosmicznej rasy Władców Czasu z planety Gallifrey, którzy dzięki statkom zwanym TARDIS (Time And Relative Dimensions In Space) potrafią podróżować w czasie i przestrzeni. TARDIS Doktora w wyniku usterki systemu kamuflażu imituje na stałe londyńską budkę policyjną z lat 50tych.
Co więcej, Władcy Czasu posiadają wyjątkowy sposób na unikanie śmierci. Otóż, kiedy któryś z nich jest stary (co w ich przypadku jest sporym wyczynem), śmiertelnie chory, lub ranny, potrafi się zregenerować, co owocuje zupełną zmianą wyglądu, jak i charakteru. Dzięki temu twórcy mogli bez problemu zmienić aktora grającego główną rolę, jeśli zaszła taka konieczność, oraz nadać serialowi nieco świeżości. 
Osobiście z serii emitowanych w latach 63-89 widziałem tylko pojedyncze epizody (jedynie sezon 12 z czwartym wcieleniem Doktora granym przez Toma Bakera widziałem w całości) i niewiele mogę o nich powiedzieć. Nowe serie obejrzałem za to już kilka razy i mógłbym o nich opowiadać godzinami, jednak zacznijmy od początku.

"Where do you want to start?"

Wszystko zaczęło się od tego gifa:




Natrafiłem nań na jakiejś przypadkowej stronie z wszelkim internetowym śmieciem i bardzo mnie zaintrygował. Wizja tańczącego, humanoidalnego robota nie dawała mi spokoju, więc zacząłem drążyć, przekopując zakamarki Internetu. W końcu natrafiłem na opowiadającą o „Doktorze Who” retrospektywę, autorstwa niejakiego Ichaboda(link), po obejrzeniu której stwierdziłem, że tańczący robot pochodzi  z serialu tak zwariowanego, ciekawego i pełnego akcji, że po prostu muszę zacząć go oglądać.  Nie pożałowałem tej decyzji.


Zacząłem, tak jak większość młodych fanów serialu, od pierwszego sezonu nowych serii, gdzie główną rolę grał Christopher Eccleston. Jest to już dziewiąte wcielenie Doktora, a w sumie w serialu pojawiło się ich jak do tej pory jedenaście. Kolejne wcielenia zagrali David Tennant i Matt Smith.
Eccleston grał Doktora tylko przez jeden sezon, a jego historia była później kontynuowana, już z Davidem Tennantem w roli głównej. Natomiast odejście Tennanta było wielkim wydarzeniem w historii serialu, gdyż zmienił się nie tylko aktor grający główną rolę, ale cała obsada, oraz główny scenarzysta.
Matt Smith zaczyna więc „na świeżo”. Wątki z poprzednich sezonów nie są już poruszane, oraz nie pojawiają się żadne postacie, które spotykali na swojej drodze Doktorzy numer dziewięć i dziesięć. Wszystkie wcielenia Doktora różnią się znacznie między sobą, mają jednak kilka cech wspólnych.
Doktor, niezależnie od wyglądu, zawsze chętnie pomaga ludziom, brzydzi się przemocą, oraz uwielbia podróżować i poszerzać swoją wiedzę, której i tak mogą mu pozazdrościć najtęższe umysły wszechświata. Jednocześnie, jeżeli wymaga tego obrona ludzkości, nie waha się użyć drastycznych metod, wliczając w to nawet wybicie całej obcej rasy. I chociaż zazwyczaj daje swoim wrogom szanse na poddanie się, lub ucieczkę, nietrudno się domyślić, że rzadko z niej korzystają, co zwykle kończy się dla nich śmiercią. Jeśli mają szczęście. 





Nie będę nikogo zanudzał opowiadaniem o każdym wcieleniu Doktora z osobna, gdyż zajęłoby mi to stanowczo zbyt dużo miejsca i czasu, a i mało komu pewnie chciałoby się to czytać. Każdy z nich jest inny i każdy ma swoje wady i zalety. Niezależnie od aktora jaki go gra, Doktora lubię zawsze, a jeśli miałbym wybrać mojego ulubionego, po długim zastanowieniu wymieniłbym ostatniego, granego przez Matta Smitha. Uwielbiam go, za jego wręcz dziecięcy entuzjazm (sam Jedenasty również wyjątkowo często pomaga nieletnim), oraz totalne oderwanie od rzeczywistości, a z drugiej strony, za jego bezwzględność, kiedy trzeba podjąć odważne kroki, którą przebija nawet swoich poprzedników.
W Dziesiątym Doktorze natomiast irytowała mnie nieco jego płaczliwość i kochliwość, które nijak nie pasują mi do tej postaci. Mimo wszystko cały czas pozostaje facetem, który pokonał przywódcę obcych najeźdźców za pomocą mandarynki, w dodatku ledwo wyrwany z łóżka. David Tennant jest najlepiej kojarzonym Doktorem z nowych serii,  i najbardziej lubianym przez fanów, spośród trzech ostatnich odtwórców tej roli. 



Film nagrany przez ekipę serialu na zakończenie kadencji dziesiątego Doktora:




 "Next stop - everywhere!"

„Doktor Who” to serial, który nigdy się nie nudzi. Jako że Doktor dysponuje jednocześnie statkiem kosmicznym i wehikułem czasu, twórcy mają ogromne pole manewru, mogąc do woli zamieszczać akcję zarówno w realiach historycznych, w przyszłości, w kosmosie, albo we współczesnym Londynie, jeśli akurat mają taki kaprys. Doktor spotkał na swej drodze wiele postaci historycznych, takich jak Królowa Wiktoria, Winston Churchill, Karol Dickens, Vincent van Gogh, czy Agatha Christie. Poza tym odwiedził również Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Jork, dryfującą w kosmosie Wielką Brytanię, a nawet asteroidę usytuowaną poza wszechświatem.
I chociaż efekty specjalne raczej nie powalają, serial, podobnie jak statek Doktora, jest zdecydowanie większy w środku niż na zewnątrz, a pomysłowość scenarzystów zasługuje na gromkie oklaski. Nie mają praktycznie żadnych ograniczeń i korzystają z tego w pełni, serwując nam, fanom, coraz ciekawsze przygody. Nie boją się także korzystać ze spuścizny jaką pozostawili po sobie twórcy pierwszych serii, nękając Doktora jego starymi wrogami, a także stawiając ponownie na jego drodze dawnych przyjaciół.



"All the strange, strange creatures"

Skoro już o wrogach mowa, Doktor ma ich więcej niż ktokolwiek inny. W końcu przez ponad dziewięćset lat swojego życia zdążył spotkać wiele istot czyniących, lub planujących uczynić coś złego, a każdy kto snuje podobne plany, automatycznie staje się jego wrogiem. 



Galeria łotrów Doktora jest jedną z większych, a na pewno najbardziej zróżnicowaną w historii. Od tych całkiem zabawnych, jak Adiopsy, zbudowane w całości z tłuszczu, przez Slitheenów, pochodzących z planety Raxacoricofalapatorius, którzy chcą przejąć i sprzedać Ziemię, a przez źle dopasowane przebrania ciągle „puszczają gazy”. Aż po istoty wywołujące ciarki na plecach, takie jak Płaczące Anioły, które są wyjątkowo szybkie, przenoszą w czasie za pomocą dotyku, oraz zamieniają się w kamienne posągi kiedy są widziane przez inne istoty, jednak wystarczy jedno mrugnięcie, aby stać się ich ofiarą. Czy Vashta Nerada, niematerialne istoty, żyjące w cieniu, które potrafią w ułamek sekundy ogryźć ludzkie ciało do kości. Nie należy również zapominać o „Ciszy”, kosmitach, którzy od zarania dziejów kontrolują życie ludzi, co mogą osiągnąć za pomocą niesamowitej zdolności, dzięki której są zapominani przez ludzi w momencie kiedy znikają im z oczu.



 Największy postrach budzą chyba jednak Dalekowie, odwieczni wrogowie Doktora, którzy byli przez niego niezliczoną ilość razy niszczeni i niezliczoną ilość razy wracali do życia. Dalekowie to ni mniej ni więcej naziści z kosmosu. Są mutantami stworzonymi przez naukowca imieniem Davros, pozbawieni wszelkich uczuć poza nienawiścią mają być rzekomo istotami idealnymi. I chociaż na pierwszy rzut oka budzą raczej uśmiech politowania, a to z powodu ich pancerzy przypominających wyglądem R2D2 skrzyżowanego z solniczką, wystarczy obejrzeć jeden odcinek z nimi w roli głównej, aby przekonać się, że pozory mogą mylić. 




"Im the Doctor, by the way. And who are you?"


 

Doktor jednak nigdy nie staje sam przeciwko tym okropnościom. Zawsze ma u swego boku wiernych towarzyszy (najczęściej płci żeńskiej), którzy mimo swojego za zwyczaj ziemskiego pochodzenia, oraz niewątpliwie mniejszej wiedzy i umiejętności, zawsze okazują się w jakiś sposób pomocni. Pilnują również, aby Doktor w trakcie „walki ze złem” nie zatracił swojego człowieczeństwa i nie stał się taki, jak jego wrogowie. Doktor zawsze posiada jakichś „stałych towarzyszy”, w przypadku nowych serii były to same młode kobiety(z jednym wyjątkiem). Żadna z nich jakoś wyjątkowo nie przypadła mi do gustu (może poza Amy, ostatnią towarzyszką Doktora), na szczęście poza nimi pojawiają się również ludzie, których Doktor nie wozi ze sobą cały czas, ale odwiedzili TARDIS raz czy dwa.




 Jako moich ulubionych wymieniłbym River Song, archeolożkę, która również podróżuje w czasie. Łączy ją z Doktorem pewne uczucie, jednak spotykają się w odwrotnej kolejności, co znacznie komplikuje sprawę. Oraz Kapitana Jacka Harknessa, dawnego agenta „Agencji Czasu” z pięćdziesiątego pierwszego wieku, który zapadł fanom w pamięć dzięki niesamowitemu urokowi osobistemu, oraz ciekawej historii, której nie będę tutaj zdradzał.



 Kolejnym niepełnoetatowym towarzyszem zasługującym na uznanie jest Wilfred Mott, dziadek Donny (jednej z towarzyszek Doktora), który pomagał Doktorowi uratować Ziemię i cały wszechświat przed Mistrzem, innym Władcą Czasu, będącym największym Nemezis Doktora. 

Wilfred to emerytowany żołnierz, z obsesją na punkcie UFO. Jest jednym z nielicznych mieszkańców Londynu, którzy zwracają uwagę na latające nad miastem statki kosmiczne. Wilf podziwia Doktora, nazywa go najwspanialszym człowiekiem jakiego poznał. Głównie dlatego, że Doktor zmienił nudne, zwykłe życie jego wnuczki w sposób jakiego ani on, ani Donna nie byli w stanie sobie wyobrazić. Chociaż pojawia się w serialu ledwie kilka razy, odgrywa znaczącą rolę w życiu Doktora.


 "It's a screwdriver!"
 
Oczywiście niebywała wiedza i wierni towarzysze nikomu nie wystarczą do uratowania wszechświata. Wsparcie technologiczne również się przydaje. W „Doktorze Who” nie uraczymy fazowych blasterów, laserów wysokoenergetycznych, czy dział atomowych (przynajmniej nie za często). Doktorowi wystarczy potrafiąca prawie wszystko niebieska budka telefoniczna. Mówiąc prawie wszystko, mam na myśli, poza podróżą w czasie i przestrzeni, tłumaczenie wszystkich języków wszechświata, możliwość stawania się niewidzialną, czy holowania ukradzionych przez szalonych naukowców planet. TARDIS ma coś w rodzaju jaźni, która raz została nawet przelana w ciało kobiety. Jest już dosyć stara, więc nie zawsze przenosi Doktora dokładnie tam gdzie by chciał, jednak zawsze tam, gdzie powinien się znaleźć. „Seksowna” jak nazywa ją Doktor, przeżyła wiele poważnych usterek, wymienię tylko zderzenie z kosmicznym Titanikiem, przekształcenie w złowieszczą machinę paradoksu, czy wrzucenie do jądra planety. Na szczęście Doktor zawsze pamięta o tym, aby ją naprawić i przygotować do kolejnych podróży.
Poza TARDIS, Doktor nader często korzysta z sonicznego śrubokrętu, którego używa chyba do wszystkiego, poza wkręcaniem śrubek, oraz psychicznej wizytówki, na której ludzie widzą dokładnie to, co w danej chwili chce im pokazać.



"Dinosaurs! On a spaceship!"

Niedawno rozpoczął się kolejny sezon „Doktora Who”, który ma przynieść kolejne zmiany, począwszy od towarzyszy Doktora, którzy podróżowali z jedenastym jego wcieleniem od samego początku. Wyjątkowo ich polubiłem, żywię jednak nadzieję, że zostaną godnie zastąpieni. 
Zmiany to coś do czego trzeba się przyzwyczaić oglądając „Doktora Who” i coś dzięki czemu ten serial wciąż żyje. Bo gdyby twórcy nie wpadli na pomysł zamiany Williama Hartnela, pierwszego odtwórcy roli Doktora, na kogoś innego, serial upadłby po kilku latach i dzisiaj byłby tylko starym brytyjskim serialem science-fiction dla dzieci, o którym pamiętałoby jedynie kilku koneserów. Na szczęście serial przetrwał i teraz wielkimi krokami zbliża się jego pięćdziesiąta rocznica.


Oto moja, bardzo zwięzła, odpowiedź na pytanie "dlaczego lubię "Doktora Who"?". Mam nadzieję, że udało mi się kogoś zachęcić do oglądania, albo przynajmniej do bliższego zapoznania się z serialem, gdyż naprawdę warto. Jeśli ciągle nie jesteście przekonani o fenomenie tego serialu, odpowiedzcie sobie na pytanie: ile znacie seriali, wokół których powstają zespoły muzyczne, tworzące muzykę tylko o nich? Doktor ma swoich "Chamelion Circuit" których jeden z utworów dodałem troszkę wyżej. 









niedziela, 2 września 2012

Choroba tocząca Gotham





Kilka dni temu wyruszyłem do radomskiego Empiku, na poszukiwania wspomnianego wcześniej komiksu o Spider-Manie. Okazały się one bezowocne, jednak aby osłodzić nieco gorycz porażki zakupiłem album „Joker”, z serii „Obrazy Grozy”, autorstwa Briana Azzarello i Lee Bermejo.

Historia „Jokera” rozpoczyna się w momencie kiedy tytułowy bohater zostaje wypuszczony z Azylu Arkham.  Pozbawiony pieniędzy i szacunku Joker postanawia odzyskać to co jego, ukarać niekompetentnych ludzi, którym powierzył opiekę nad miastem pod swoją nieobecność i wydrzeć Gotham z łapsk Dwóch-Twarzy. Każdy kto widział Jokera w jakimkolwiek komiksie, filmie, kreskówce, czy grze domyśla się, że plan swój wykona on w sposób jak najbardziej kreatywny i krwawy. Pomysłowości Jokerowi nie brakuje i tutaj, a gdybym wyżął komiks w rękach, zapewne zapaćkałbym krwią podłogę.

Cała historia przedstawiona jest z perspektywy Johnnego Frosta, mało znaczącego gangstera z Gotham City, który chcąc się wybić w przestępczym podziemiu miasta, przyłącza się do Jokera. 

Johnny podziwia swojego nowego szefa, boi się go, ale jednocześnie jest nim zafascynowany, chce być taki jak on. Obaj panowie mają podobne ambicje, Joker jako zdetronizowany król Gotham, chce odzyskać swoją koronę, natomiast Johny chce wstąpić na jego dwór.

Chociaż, jak sam tytuł wskazuje, w centrum całej historii stoi najsłynniejszy przeciwnik Batmana, gościnne występy zaliczyło także kilku innych znanych przestępców z Gotham, takich jak Killer Croc, zawsze wierna Harley Quinn, Pingwin, zdegradowany do roli mafijnego księgowego, Riddler i Dwie-Twarze. Pojawia się tutaj również sam Zamaskowany Krzyżowiec, jednak jest go tutaj jak na lekarstwo. Wszystkie wymienione tutaj postacie są przedstawione w tym komiksie w godny uwagi sposób, ale szczególnie przypadła mi do gustu wizja twórców na postać Killer Croca. 

Rysownik Lee Bernejo, jest jednym z nielicznych, którzy zrozumieli, iż choroba skóry, z powodu której cierpi Waylon Jones nie czyni z niego ogromnej, wynaturzonej bestii przypominającej wyglądem miniaturową Godzillę.





Skoro już o wyglądzie mowa, wizualnie całość prezentuje się lepiej niż dobrze. Klimatyczna okładka, przedstawiająca wyszczerzone usta Jokera, oraz świetne, wyjątkowo realistyczne rysunki Bermejo, wzbogacone ponurą kolorystyką spod pędzla Patricii Mulvihill, zdecydowanie wpływają na przyjemność z czytania.
Również wydanie zasługuje na kilka słów uznania. Twarda oprawa i ponad sto trzydzieści stron kredowego papieru, są warte tych siedemdziesięciu złotych, których ubyło mi z portfela.

Próbuję znaleźć coś, czego mógłbym się przyczepić, ale nic nie przychodzi mi na myśl. Joker zamiast tradycyjnego, szerokiego uśmiechu, ma blizny, kojarzące się z Heathem Ledgerem z „Mrocznego Rycerza”, co niezbyt przypadło mi do gustu, jednak wpasowuje się to w klimat komiksu. Poza tym, zakończenie jest nieco przewidywalne, ale stanowi solidne zwieńczenie całej historii.
Twórcy dopieścili „Jokera” jak tylko mogli, wszystko jest w nim co najmniej takie jakie być powinno. Od ciekawych dialogów, przez wciągającą fabułę, po fantastyczne rysunki. Często podczas czytania, zatrzymywałem się na dłuższą chwilę, tylko po to, aby podziwiać pojedynczy kadr. Co więcej, porządne wydanie tłumaczy wysoką cenę. 
Jeśli ktoś szuka dobrego, mrocznego komiksu, a w dodatku lubi uniwersum w którym rozgrywa się akcja „Jokera”, na pewno nie pożałuje wydanych nań pieniędzy.