środa, 27 lutego 2013

Wielka Kolekcja #3: Iron Man: Extremis

Jestem trochę do tyłu z recenzjami komiksów z Wielkiej Kolekcji, dlatego w najbliższym czasie głównie tym się zajmę. 
Skoro już przy komiksach jesteśmy, garść ogłoszeń:
Po pierwsze, Meph i ja pracujemy właśnie (a przynajmniej próbujemy) nad naszym własnym komiksem, który będzie publikowany na łamach bloga. Jednak ponieważ oboje z czasem stoimy dosyć średnio, cieżko powiedzieć kiedy cokolwiek się pojawi.
Po drugie, chciałem poinformować o akcji cała polska pisze o komiksach,  zorganizowanej przez autora bloga koziol.info.pl  o której więcej tutaj



Iron Man: Extremis


Komiks który był inspiracją dla wydanego w 2008 roku filmu o Tonym Starku z Robertem Downeyem Juniorem w roli głównej.
Extremis jest świetnym rebootem historii jednego z najbardziej rozpoznawalnych bohaterów Marvela. Za scenariusz komiksu odpowiedzialny był Warren Ellis, znany brytyjski twórca, współpracujący często z Marvelem i DC, swoją popularność zawdzięczający głównie serii Hellstorm.

Scena stworzenia pierwszego pancerza Iron Mana została przeniesiona z dalekiego wschodu na bliski wschód, konkretnie do Iraku, gdzie Tony Stark zostaje porwany przez miejscowych terrorystów.
Główna akcja komiksu dzieje się kilka lat później w Ameryce, gdzie pochodzący z Teksasu terrorysta o nazwisku Mallen, przyjmuje dawkę tytułowego Extremis – ulepszonej wersji serum superżołnierza, dzięki któremu powstał Kapitan Ameryka.
Mimo braku odpowiedniej opieki, organizm Mallena przyjmuje Extremis i ten postanawia zaprowadzić w Ameryce własne porządki.
Sam motyw jest dobry, jednak wszystko byłoby o wiele bardziej sensowne, gdyby Mallen miał więcej zwolenników. Musiał mieć świadomość, tego, że - nawet obdarzony niesłychanymi mocami – sam niewiele zwojuje w świecie pełnym superbohaterów i jeśli nie pokona go Iron Man, zrobią to X-Men, Avangers, albo Shield.
Sama walka Mallena – pochodzącego z Teksasu "buraka" (w języku polskim nie ma słowa, które w pełni oddawałoby znaczenie angielskiego "redneck"), głoszącego ideologię typową dla Ku Klux Klanu i nienawidzący amerykańskiego rządu, który według niego uciska jemu podobnych, a Tonym Starkiem, który ten właśnie skorumpowany rząd i jego armię uzbraja, nabiera symbolicznego znaczenia. Oczywiście, Tony nie chce tworzyć broni i zawierać kontraktów z wojskiem, ale tłumaczy sobie i innym, że zarobione w ten sposób pieniądze przekazuje przecież na szczytne cele, pomaga ludziom. Mimo tego ma świadomość, że w Iraku dzieci giną, lub tracą kończyny, znajdując niewypały bomb jego produkcji.
Scenariusz stoi na wysokim poziomie, podejmuje ciekawą, bardzo aktualną tematykę, wykorzystuje motywy z uniwersum Marvela i chociaż idzie tradycyjnym schematem – bohater spotyka łotra, sromotnie przegrywa, odkrywa ryzykowny sposób na pokonanie złoczyńcy i w końcu odnosi zwycięstwo – to jednak mamy tutaj kilka ciekawych rozwiązań i niespodziewanych zwrotów akcji.
W komiksie dwukrotnie obserwujemy powstanie Iron Mana. W retrospekcji widzimy jak Tony Stark zmuszony jest do stworzenia pierwszej zbroi z pomocą której ucieka z niewoli. Później widzimy jak zażywając zmodyfikowaną dawkę Extremis, Stark dopasowuje swoje ciało do kostiumu, stając się "Iron Manem w środku i na zewnątrz"
Scenariusz ma swoje drobne potknięcia, dotyczące głównie zachowania bohaterów w pewnych sytuacjach, jednak jest bardzo solidny.

Skoro już przy bohaterach jesteśmy, Tony Stark jest tym samym Tonym Starkiem, co zawsze. Inżynieryjnym geniuszem obarczonym klątwą alkoholizmu, nienawidzącym samego siebie. Bogatym i odnoszącym sukcesy, jednak przy tym samotnym i świadomym niemoralności niektórych swoich czynów. Zdecydowanie jedna z ciekawszych postaci uniwersum Marvela.
Z drugiej strony Mallen jest bardzo uproszczony, w zasadzie pozbawiony charakteru. Wiemy, że nienawidzi rządu, dlatego że policjanci zabili kogoś z jego rodziny, jednak to tyle. Mallen nie ma jakichś konkretnych cech, jedyne co można o nim powiedzieć, to że jest przepełniony nienawiścią. Jednak jak już napisałem wcześniej, jest on bardziej symbolem, niż żywą postacią i jako symbol się sprawdza.

Mało jest w komiksie postaci drugoplanowych. W zasadzie jedynymi godnymi wymienienia są Maya i Sal.
Maya to przyjaciółka głównego bohatera z dawnych lat. Pracowała przy Extremis i to ona poprosiła Tony'ego o pomoc, kiedy terroryści położyli łapy na jej projekcie. Jest genialnym biologiem i bardzo lubi Starka (jako jedna z nielicznych), martwi się o niego, kiedy przyjmuje dawkę Extremis.
Sal również jest przyjacielem Tony'ego, to rodzaj starego mędrca, mieszkającego w głuszy, który zawsze służy radą młodszym i mniej doświadczonym. Bardzo lubi eksperymentować z narkotykami i opowiadać o tym swoim przyjaciołom.



Za rysunki w tym albumie odpowiadał Adi Granov, młody rysownik o charakterystycznym, bardzo realistycznym stylu, który chociaż bardzo schludny, średnio przypadł mi do gustu.
Granov momentami miewa problemy z twarzami postaci, szczególnie z wyrażaniem emocji. Mallen ciągle szczerzy się, niczym dzikie zwierze, na każdym kadrze w ten sam sposób, a krzyczące postaci zazwyczaj wyglądają po prostu komicznie. Tła w wielu miejscach są szaro-bure i nieciekawe, jednak tam gdzie już pojawi się jakiś szczegółowy krajobraz, jest on bardzo przyjemny dla oka. To co dobrze wychodzi młodemu rysownikowi, to uchwycenie ruchu w scenach walki, te wyglądają naprawdę nieźle, tym bardziej, że Mallen w środkach nie przebiera i nie raz rzuca w Iron Mana samochodami, czy elementami maszyn budowlanych.

Iron Man: Extremis nie jest komiksem idealnym i ma swoje wady, mimo wszystko zasługuje na miejsce pośród sześćdziesięciu najlepszych komiksów Marvela. Historia Iron Mana została w zręczny sposób odświeżona, a inauguracyjny przeciwnik odmłodzonego herosa jest jego totalnym przeciwieństwem i chociaż nie darzy nienawiścią samego Iron Mana, to jednak gardzi wszystkim, co on sobą reprezentuje.
Myślę, że warto przeczytać ten komiks, tym bardziej, że w przeciwieństwie do poprzednich, jest otwarciem nowej serii i nie wymaga znajomości historii bohatera.

sobota, 23 lutego 2013

Trójka dzieciaków, miliony przygód

  Nie tak dawno temu porównywałem książkę Rafała Kosika "Felix, Net i Nika, oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa" z jej filmową adaptacją. Ostatnio przeczytałem dziesiątą, najnowszą część cyklu. Przyznam szczerze, że dopadł mnie kac książkowy. Ostatnie pięć tomów czytałem bez żadnej przerwy, odkładałem jeden i od razu łapałem za drugi. Po zakończeniu "Alternautów" czuję się zagubiony. Snuję się z kąta w kąt, nie mam co ze sobą zrobić. Łapię za klasyki s-f i próbuję czytać je z przyjemnością, ale czegoś im brakuje. Kiedy znajdę się w jakiejś trudnej sytuacji, myślę sobie "co by zrobił Felix?", kiedy muszę przeszukiwać odmęty internetu w poszukiwaniu informacji, żałuję, że nie mam stworzonego przez siebie programu sztucznej inteligencji, który mógłby to zrobić za mnie. Znając moje uzdolnienia informatyczne, nie będę miał nigdy.
Właściwie już czytając drugi tom wiedziałem, że kiedy dojdę do końca właśnie tak to się skończy, wiedziałem, że moje życie na pewien stanie się puste i pozbawione sensu, ale nie przejąłem się tym, w końcu "Ja zatygodniowy jestem ze sobą mniej spokrewniony, niż ja jutrzejszy. Ja zadziesięcioletni to już zupełnie obcy człowiek". Co jednak sprawiło, że ta seria, pisana w końcu dla dzieci, totalnie mnie pochłonęła? Odpowiedź jest krótka i prosta – wszystko.


Superpaczka

Przede wszystkim bohaterowie. Trójka tytułowych nastolatków idealnie się uzupełnia. Mamy wiecznie roztrzepanego matematyczno-informatycznego geniusza Neta, którego tchórzliwość przerasta tylko jego apetyt. Net to główny ośrodek humoru "superpaczki". Jest niezdarny i tchórzliwy, leniwy do bólu i nieodpowiedzialny. Nadrabia jednak urokiem osobistym i poczuciem humoru (które często niepohamowane wpędza go w kłopoty), jak i talentem do liczb.
Z drugiej strony Felix, zawsze spokojny i opanowany, przygotowany na każdą sytuację, kulturalny i rozważny, jednak nie radzący sobie w kontaktach z innymi ludźmi (szczególnie płci przeciwnej), nie zawsze potrafiący myśleć abstrakcyjnie. Felix to młodociany wynalazca, który w swoim warsztacie tworzy wszelakiej maści roboty szpiegowskie i pomoce domowe. Jego największym osiągnięciem jest Golem Golem, dwumetrowy android zaprogramowany przez Neta, oraz "wychowany" przez Nikę. Felix to ucieleśnienie powiedzenia "przezorny zawsze ubezpieczony". Plecak i kieszenie spodni zawsze ma wypchane kilogramami sprzętu który "może się przydać", wliczając w to multitool z którym Felix nigdy się nie rozstaje, klucz uniwersalny (rodzaj elektronicznego wytrycha skonstruowanego przez Felixa), co najmniej dwie latarki, oraz zapasowe baterie do nich, zapalniczkę i wiele innych na pozór niepotrzebnych gadżetów, które nie raz pomagały bohaterom wyjść z opresji. Jednak Felix radzi sobie w ciężkich sytuacjach nie tylko dzięki licznym gadżetom, ale również imponującej jak na nastolatka wiedzy, szczególnie z dziedziny technologii i szeroko pojętego survivalu.
Nika mimo braku uzdolnień matematycznych, czy technicznych również jest ważnym elementem grupy. Chociaż to Felix jest mistrzem logicznego myślenia, Nika jest głosem rozsądku grupy. Hamuje temperament chłopaków, kiedy poniesie ich męska fantazja. Co więcej, Nika uczy Felixa i Neta o rzeczach o których przeciętny facet (szczególnie nastoletni) ma niewielkie pojęcie, takich jak uczucia i inne pierdoły, przeszkadzające w czytaniu o wielkich robotach, rakietach i ukrytych skarbach.
Nika ma również pewne paranormalne zdolności, jednak nie korzysta z nich zbyt często. Sytuacja Niki bardzo różni się od sytuacji chłopców. Oni mają kochających rodziców, którzy może nie są obrzydliwie bogaci, jednak obie rodziny żyją na bardzo przyzwoitym poziomie, Felix mieszka w sporym domku jednorodzinnym, natomiast Net na najwyższym piętrze apartamentowca. Nika natomiast jest sierotą, która w wyniku urzędniczej pomyłki nie została oddana do domu dziecka. Mieszka sama w małym mieszkanku na Pradze, żyje z renty jej ojca, która mimo jego śmierci cały czas przychodzi, oraz ze stypendium szkolnego. Mimo młodego wieku, musiała bardzo szybko dorosnąć i się usamodzielnić. Jej życie nie jest łatwe, pomimo tego dziewczyna nie traci pogody ducha, nie użala się nad sobą, bardzo chętnie pomaga innym, a przede wszystkim nie schodzi na "ciemną stronę mocy". Chociaż żyje w podłych warunkach, próbuje sobie radzić możliwie najuczciwszymi metodami. Brzydzi się kradzieżą i oszustwami. Postać Niki ma pokazać młodym czytelnikom, że niezależnie od tego w jak trudnej znajdą się sytuacji, nigdy nie będzie na tyle źle, aby musieli postępować nieuczciwie.
Najbardziej głównych bohaterów lubię za to, że są zwykłymi dzieciakami. Nie mają żadnych nadprzyrodzonych zdolności (poza Niką, ale nie odgrywają one istotnej roli), żadne z nich nie jest siódmym synem siódmego syna, nie mówią o nich prastare zwoje, to po prostu trójka bardzo wścibskich, czy może raczej ciekawych świata, gimnazjalistów, z przeogromnym szczęściem do wpadania w tarapaty.

Stokrotki, rosiczki i informatyczne ameby

Jednak czymże są główni bohaterowie bez odpowiedniego wsparcia? Drugoplanowe postacie książek Kosika to wyjątkowo kolorowy misz-masz, w którym każdy odnajdzie coś znajomego. Wielu uczniów spotkało w swoim życiu kogoś takiego jak pan Eftep, nauczyciela z przerostem ego, posiadającego poważne braki w wiedzy na temat swojej własnej dziedziny. Popularnym zjawiskiem są również panie Helenki, siorbiące kawę i malujące paznokcie całymi dniami, modlące się tylko o to, aby nikt niczego od nich nie chciał. Z kolei dyrektor magister inżynier Juliusz Stokrotka, to  postać która w przeciwieństwie do dwóch pozostałych od razu wzbudza sympatię czytelnika. Niski, korpulentny, łysiejący, zawsze ubrany w nie do końca dopasowany kolorystycznie garnitur, nieco naiwny człowiek o dobrym sercu, który może nie ma zbytnich predyspozycji do pełnienia funkcji dyrektora, jednak stara się jak może i bardzo przejmuje się swoją funkcją. Kiedy musi ukarać któregoś z uczniów, często przeżywa to bardziej niż ten uczeń. Inną ciekawą postacią jest również profesor Butler, szkolny biolog, prowadzący dodatkowe zajęcia z botaniki. Chociaż niechlujny i obleśny, profesor Butler jest genialnym biologiem, a do jego projektów należą, między innymi, rozumiejąca ludzką mowę rosiczka tygrysia, krzew parówkowy, bekonia, czy latające koniczyny.
Również klasa głównych bohaterów pełna jest indywiduów. Mamy Aurelię, córkę bogatych rodziców, chodzącą w modnych ciuchach i gardzącą wszystkim co nie markowe i wszystkimi biedniejszymi od niej; mamy Zosię, szarą myszkę, bardzo nieśmiałą i niezauważaną przez nikogo, a szczególnie przez Felixa, w którym się podkochuje; Gilberta, klasowego autsajdera, który zawsze stoi gdzieś z boku. nikt tak naprawdę się z nim nie przyjaźni, ale w sumie każdy darzy go sympatią. Gdybym miał wymieniać wszystkich nauczycieli, kolegów z klasy, czy innych pobocznych bohaterów, prawdopodobnie zabrakłoby mi na to czasu. Autor jednak nie zapomina o nikim. Niemal każda z bardzo wielu postaci w ciągu dziesięciu tomów odegra świadomie, czy nie, jakąś ważną rolę w przygodach bohaterów. 


"Oczywiście, że to niemożliwe. Dlatego właśnie tak trudno to zrobić."
To za co najbardziej cenię Rafała Kosika jako autora książek dla dzieci i młodzieży, to fakt, iż nie idzie on na łatwiznę i nie działa w myśl zasady "dzieciaki są głupie i uwierzą we wszystko". Traktuje poważnie młodych czytelników i do wszystkich, nawet najbardziej nieprawdopodobnych elementów swoich książek podchodzi bardzo rzeczowo, nie opisuje czegoś, czego działania nie potrafiłby wyjaśnić, albo poprzeć naukowymi faktami, czy chociażby teoriami. Dzięki temu czytelnikowi dużo łatwiej uwierzyć, że dwóch czternastolatków jest w stanie skonstruować i zaprogramować inteligentnego androida.

Co do przygód głównych bohaterów, trzeba przyznać, że autorowi pomysłów nie brakuje. W ciągu dziesięciu tomów, bohaterowie zdążyli już walczyć z robotami i zbuntowaną sztuczną inteligencją (kilkakrotnie), podróżować w czasie w przód i w tył, przy okazji stawiając czoła nazistom, spotkać duchy, wiedźmy, stoczyć walkę o umysły mieszkańców Stolicy wewnątrz własnych snów, odwiedzić ukryte miasto w podziemiach Warszawy, a ostatnio nawet zwiedzać światy alternatywne. Nie wiem, Panie Rafale, jak zamierza Pan w następnej części wysłać bohaterów w kosmos, ale to chyba jedyny motyw jaki jeszcze nie został wykorzystany. Co do samych książek, prezentują one w miarę równy poziom. Niektóre z nich wypadają trochę gorzej na tle pozostałych, czasem akcja rozwija się trochę zbyt wolno, a niektóre zakończenia wydają się lekko naciągane, ale w zasadzie trójka nastolatków budujących roboty i podróżujących w czasie, sama w sobie jest już lekko naciągnięta.



Nie powiem, że dzięki książkom Kosika poczułem się znowu jak dziecko, a to tylko dlatego że czuję się tak bez przerwy, zresztą nie jestem wcale dużo starszy od głównych bohaterów. Muszę jednak przyznać, że od bardzo dawna, żadna książka, czy seria książek, zarówno dla dorosłych, czy dla młodszych czytelników nie wciągnęła mnie tak bardzo. Myślę, że jest to głównie zasługą bezpretensjonalnego humoru i bardzo naturalnych, szczególnie jak na serię dla dzieci i młodzieży, bohaterów.
Osobiście czekam z niecierpliwością na kolejny tom, mając nadzieję, że dorówna pozostałym, myślę jednak, że po dziesięciu tomach, które nie zawiodły, nie mam się czym przejmować. 


niedziela, 10 lutego 2013

Wielka Kolekcja #2: Astonishing X-Men: Obdarowani

Wydawnictwo Hachette wybrało dobry moment na wydanie komiksu Astonishing X-Men: Obdarowani, którego scenarzystą jest Joss Whedon, człowiek, który niedawno zachwycił fanów komiksu filmem Avangers.



Komiks, chociaż droższy od poprzedniego tomu Wielkiej Kolekcji i tak zachwyca niską ceną, gdyż kosztuje jedyne trzydzieści złotych, co - biorąc pod uwagę dobre wydanie - jest niemal równoznaczne z dostaniem tego komiksu za darmo. W eleganckiej twardej oprawie ponownie dostajemy, poza samym komiksem, kilka dodatków, w tym streszczenie wątków wymaganych do zrozumienia treści komiksu, kilka bonusowych ilustracji z okładek, streszczenie początków historii X-Men, oraz biografię scenarzysty. Biografii Johna Cassadaya natomiast nie uświadczymy. .
Jednak nawet nie znając przebiegu jego kariery, można stwierdzić, że jest wyjątkowo dobry w tym co robi. Momentami twarz Logana wygląda nieco zbyt "gładko" w porównaniu z innymi ujęciami, a Bestia dostał pysk mopsa,  co niespecjalnie przypadło mi do gustu, jednak nie będę kłócił się z wizją twórcy, tym bardziej, że wszystko pozostałe wygląda tak jak wyglądać powinno. Emma Frost jest seksowna w granicach normy (aczkolwiek jej biust niemal przekracza tę granicę), Kitty Pride jest urocza w granicach normy, inni X-Meni, jak również mutanci "cywilni" również są narysowani bardzo dobrze (szczególnie człowiek z twarzą na brzuchu).
Postacie są nie tylko miłe dla oka, ale również bardzo dobrze napisane. Whedon postanowił przedstawić dosyć wąskie grono X-Menów, na które składają się: Cyklop, Wolverine, Emma Frost, Shadowcat i Bestia, jednak dokładnie opisuje relacje zachodzące między bohaterami. Logan zrzuca na Cyklopa winę za śmierć Jean Grey, Kitty i Emma darzą się szczerą nienawiścią, natomiast poczciwym Bestią, będącym poza tym kołem wzajemnej nienawiści targają dylematy moralne.
Fabuła komiksu kręci się wokół wynalezionego przez błyskotliwą doktor Rao "lekarstwa na mutację". Wieść o powstaniu takowego leku wywołuje burzę wśród mutantów. Nie każdy z nich potrafi latać, szybko regenerować rany, czy czytać w myślach. Wielu mutantów chciałoby być normalnymi ludźmi, z kolei X-meni (aczkolwiek nie wszyscy) uważają rzekome lekarstwo za zagrożenie dla ich rodzaju. Pozytywnie zaskakuje  wielowątkowość tego komiksu. Mamy tajemnicze lekarstwo, nieznanego przybysza z kosmosu, który nienawidzi mutantów, przepowiednie zniszczenia świata (na szczęście nie naszego), jak również wątki nieco bardziej obyczajowe: Bestia chce odzyskać człowieczeństwo, Scott cierpi po utracie ukochanej i szuka ukojenia w ramionach innej kobiety, ktoś inny z kolei odzyskuje utraconą dawno temu miłość; oczywiście pojawia się również typowy dla X-Men wątek odmienności i nietolerancji, kilkakrotnie widzimy mutantów, którzy nie mieli tyle szczęścia co Logan, Kitty, czy nawet Bestia. Kontrast między X-Menami, którzy często cierpią z powodu swoich mutacji, ale potrafią wykorzystać je w słusznej sprawie, a mutantami, którzy są po prostu pokryci rybią łuską, albo mają twarze w nieodpowiednich miejscach, daje sporo do myślenia. Stawia przed czytelnikami pytanie, które często pojawia się w komiksach o tej grupie superbohaterów: Czy mutacja jest chorobą?



Mimo to nie mamy do czynienia z komiksową telenowelą, a wątki obyczajowe przeplatają się w idealnie wyważonych proporcjach z wartką akcją, tekstami Logana i biustem Emmy.
Bardzo chciałbym się przyczepić do czegoś jeszcze, jednak nie bardzo jest do czego. Największą wadą tego komiksu jest fakt, że tak jak w przypadku poprzedniego (i prawdopodobnie wszystkich, lub przynajmniej większości komiksów z Wielkiej Kolekcji), odczuwa się pewien niedosyt, chciałoby się poznać dalsze losy bohaterów, których trzeba szukać już w innych wydaniach. Jednak jeśli ich dalsze przygody są równie ciekawe jak te przedstawione w tym albumie, to warto udać się do sklepu z komiksami, lub przeczesać odmęty internetu w ich poszukiwaniu.

sobota, 9 lutego 2013

Nosił Wilk razy kilka, poniesie raz jeszcze

Niedawno została zapowiedziana premiera trzeciej części Wiedźmina. Czy się cieszę? Jak cholera. Czy się obawiam? Trochę. Głównie tego, że wprowadzone w trzeciej części zmiany będą zbyt duże i nie koniecznie będą zmianami na lepsze. Ale po kolei.
Pierwsze dwie części to prawdziwe majstersztyki - świetny gameplay, ciekawa fabuła, wyśmienita oprawa dźwiękowa i tak dalej. I pomimo drobnych wad, obie części zyskały spore uznanie na całym świecie.
Chciałem napisać kilka słów na temat tego co lubię w dwóch pierwszych Wiedźminach, co mnie w nich drażni, oraz czego oczekuję po części trzeciej, a przyznać muszę, że poprzednimi częściami jestem tak rozpieszczony, że moje oczekiwania wobec kolejnej są dosyć spore.




Pierwsza część serii zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Szczególnie, że byłem akurat na etapie pod tytułem "Sapkowski jest królem wszechświata, wszystko co napisane jego ręką jest święte" (a później wyszła "Żmija"). Pierwszy komputerowy Wiedźmin miał w sobie wszystko to, co było potrzebne, aby zawojować światowym rynkiem. Piękna grafika - jest; świetna historia oparta na na jednej z najlepszych, jeśli nie najlepszej polskiej serii fantasy - jest; mroczny, "dorosły" klimat - jest; niesamowita oprawa dźwiękowa - jest; dużo seksu i żartów dla dorosłych - są. Co więcej, ludzie z CD Projekt wykreowali własny styl, nie zrobili kolejnej podróbki Elder Scrolls, czy któregoś z wielu Biowerowych RPG-ów. Zrobili Wiedźmina po swojemu, od początku do końca. Nie dziwota tedy, że pierwsza część ich sztandarowej serii szybko stała się hitem w który grali wszyscy. Mnie również dopadła wiedźminomania. Właśnie w tej chwili siedzę w swoim pokoju i patrzę na dwie mapy wiedźmińskiego świata oprawione w antyramę. To co najbardziej urzekło mnie w tej grze, to fabuła i postacie. Chłopcy i dziewczęta z CD Projekt czerpali pełnymi garściami z prozy Sapkowskiego i chwała im za to. Samo odnajdywanie nawiązań do książek było wielką przyjemnością. Co więcej historia, nawet jeśli byłaby osadzona w zupełnie innym świecie, cały czas byłaby ciekawa, a odkrywanie kolejnych informacji na temat Azara Javeda i Salamandry dawało sporą satysfakcję.
No i bohaterowie, mający swoją osobowość, cechy charakteru, które dają nam wrażenie, jakbyśmy mieli do czynienia z żyjącymi ludźmi (poza faktem, że są elfami, wiedźminami, albo bardami-hulakami). Książkowi puryści powiedzą "To zasługa Sapkowskiego, to jego postacie, a nie ludzi z CD Projekt" - niby tak, ale bohaterowie, których w książkach nie było, również są świetnie napisani, jak chociażby wiecznie zagubiony, żyjący w swoim świecie alchemik Kalkstein, albo rycerz Zygfryd - dobry człowiek z wypranym mózgiem (osobiście zawsze mi go bardzo szkoda, kiedy ucinam mu głowę, albo robię coś równie przyjaznego). To czego oczekuję od gier, to głównie dobra i wciągająca fabuła, rzeczy takie jak grafika, czy akcja stawiam na dalszym planie. Głównie dlatego wolę grać w komputerowe RPG, niż na przykład w FPS-y. I właśnie dlatego zapałałem wielką miłością do Wiedźmina.

Nic więc dziwnego, że kiedy wyszła druga część, kupiłem ją od razu, przy okazji mocno usprawniając również swój sprzęt, aby w ogóle móc w nowego "Wieśka" zagrać. Czy gra mi się podobała? Jak najbardziej. Widać było, że ludzie z CD Projekt starali się przy niej jeszcze bardziej, niż przy poprzedniej. Opracowali zupełnie nowy silnik graficzny i poprawili naprawdę wiele elementów, które w jedynce irytowały. Zabójcy Królów ma w sobie dużo więcej akcji, żywiołową walkę (trochę niedopracowaną, jeśli chcecie znać moje zdanie), grafikę, która po prostu wgniotła mnie w fotel (przypominam, że byłem świeżo po wymianie sprzętu) i oprawę dźwiękową równie dobrą co w poprzedniej części (kiedy w intro usłyszałem utwór Żywiołaka, byłem naprawdę pozytywnie zaskoczony). Co więcej mamy tutaj dużo widowiskowych walk z bossami z wykorzystaniem QTE, dużo nowych rodzajów uzbrojenia, jak petardy, czy pułapki, poprawiono również korzystanie z wiedźmińskich znaków, poza tym możemy wytwarzać własny ekwipunek, mamy nowe minigry i tak dalej, i tak dalej. Przyznam szczerze, że dużo bardziej podoba mi się design Geralta. Jego twarz w jedynce była jak dla mnie trochę zbyt "ładna". Tutaj wyglądem dużo bardziej przypomina najemnego łowcę potworów, jest też trochę bardziej muskularny. I ta jego kitka, wzbudzająca tak wielkie kontrowersje. Wszyscy narzekają na jego kitkę, ale podejrzewam, że są to głównie ludzie, którzy nie musieli nigdy w życiu walczyć ze stadem utopców, mając rozpuszczone kudły latające wszędzie dookoła.
Jednak, mimo tych wszystkich usprawnień, jedynka wciągnęła mnie dużo bardziej. Historia w drugiej części nie jest już taka zajmująca i trochę za bardzo się spieszy, ta część jest również dużo krótsza. Kiedy po przejściu trzeciego aktu zobaczyłem napis "Epilog", poczułem lekkie ukłucie zawodu. Tak, czy inaczej, na pohybel tym, którzy nazywają Wiedźmina 2 grą słabą, czy nawet przeciętną. To cały czas kawał świetnej rozrywki.




Czego zatem spodziewam się po trzeciej części? Twórcy obiecali otwarty świat. Nareszcie. To co najbardziej przeszkadzało w dwóch pierwszych Wiedźminach, to zamknięcie w kilku lokacjach. Chociaż na dobrą sprawę, nie zauważało się tego tak bardzo, gdyż byliśmy wrzuceni od razu w wir wydarzeń, a główny wątek jest na tyle wciągający, że nie odczuwamy konieczności oderwania się od niego na dłużej. Niemniej jednak, otwarty świat to coś, co bardzo lubię w grach tego typu. Lecz, czy twórcy sprostają temu wyzwaniu? Oczywiście, otwarty świat, to standard w większości RPG-ów, jednak również niemałe przedsięwzięcie. Stworzyć duży, żyjący świat, pełen posiadających wolną wolę NPC i zależności  między nimi, na pewno nie jest rzeczą prostą, a CD Projekt nigdy czegoś takiego nie robili. Chociaż oczywiście wierzę w umiejętności naszych wirtualnych ambasadorów. Po drugie fabuła, tak jak mówiłem, w drugiej części zaliczyła lekki spadek jakości i mam wielką nadzieję, że ta tendencja się nie utrzyma w przypadku trzeciej części. Twórcy zapewniali, że ta część będzie się skupiać na osobistej historii Geralta, co jest lekką ulgą po politykującej do przesady dwójce. Zastanawiam się, jak trzecia część odniesie się do graczy, którzy nie czytali Sagi o Wiedźminie. O ile w jedynkę można spokojnie grać nie znając przeszłości Geralta, o tyle dwójka zdaje się mówić: "mieliście dużo czasu na przeczytanie książek, jak nie czytaliście, to wasz problem". Mnie ten problem co prawda nie dotyczy, jest jednak wielu fanów gier, którzy z takich, czy innych powodów książek nie czytali. Co więcej, nowy Wiedźmin wyjdzie już na konsole nowej generacji, tak więc aby weń zagrać będę musiał dokonać kolejnej modernizacji komputera, co wiąże się z niemałym wydatkiem, lub kupić nową konsolę, co wiąże się z wydatkiem jeszcze większym.
Jednak, jeśli dadzą mi dobrze zrobiony, otwarty świat, ciekawą fabułę, skupiającą się bardziej na głównym bohaterze, jeszcze więcej broni i przeciwników, jak i postaci z książek (chociaż już ich niewiele zostało), oraz grę nieco dłuższą od części drugiej, to na pewno nie pożałuję wydanych na nią pieniędzy.

środa, 6 lutego 2013

Wielka Kolekcja #1: The Amazing Spider-Man: Powrót do domu

Wspomniana kilka miesięcy temu Wielka Kolekcja Komiksów Marvela w końcu trafiła w moje ręce. Przynajmniej pierwsze trzy albumy z kolekcji. Reszta też już jest w drodze, a ponieważ komiksy z serii mają ukazywać się przez dwa lata, co dwa tygodnie, nie muszę się martwić o brak tematów na wpisy.




Pierwszy album kolekcji to komiks The Amazing Spider-Man: Powrót do domu.  
Za niecałe piętnaście złotych (oczywiście cena znacznie wzrasta wraz z kolejnymi albumami) dostajemy szyty album w twardej oprawie, wydany na papierze wysokiej jakości, w dodatku przepełniony dodatkami. Poza samą historią mamy tutaj również krótki wstęp, pozwalający nam zapoznać się z wydarzeniami prowadzącymi do tych, o których przeczytamy w komiksie, biografie twórców, galerię artystów, którzy kreowali postać Spider-Mana na przestrzeni lat, galerię łotrów (ograniczoną do tych o zwierzęcych cechach), oraz szkicownik autorstwa J. Scotta Campbella, twórcy okładek. 
 
Wielka Kolekcja to zbiór sześćdziesięciu najlepszych komiksów jakie powstały pod szyldem wydawnictwa Marvel i chociaż nie czytałem wszystkich komiksów Marvela, a nawet mogę się przyznać, że czytałem ich bardzo mało, to jednak jestem w stanie uwierzyć, że ten album o Człowieku-Pająku zasługuje na miano jednego z najlepszych.
Spider-Man w wykonaniu Johna Romity Juniora jest dokładnie taki, jaki być powinien – szczupły i giętki, a przy tym muskularny. Rysunki młodszego Romity w ogóle zasługują na uznanie. Sceny walki są wykonane w iście hollywoodzkim stylu, niemal czułem każdy cios, który przyjmował nasz dzielny protagonista. Zobaczymy tutaj również ładne bogate tła, będące zazwyczaj panoramą Nowego Jorku, jednak na tyle zróżnicowaną, że nie nuży, mimo pokaźnych rozmiarów albumu. Jedyne czego mogę się przyczepić w pracach rysownika, to twarze. Zupełnie jakby artysta stwierdził, że wszystko inne zrobił tak dobrze, iż przy twarzach już nie musi się starać. Nie są one jednak wyjątkowo brzydkie, po prostu nie aż tak dobre jak reszta. Pomimo tego drobnego szczegółu, John Romita Senior może być dumny z syna.



Rysunki to jednak nie wszystko. To co moim zdaniem dało miejsce temu komiksowi pośród najlepszych dzieł Marvela jest zdecydowanie fabuła.
John Michael Straczynski odwalił kawał dobrej roboty - świetne dialogi, przezabawne onelinery Spider-Mana i historia, która wprowadza niemałe zamieszanie w sposób postrzegania postaci.
Komiks zaczyna się w momencie kiedy Peter próbuje się uporać z kolejną utratą ukochanej, co oczywiście nie idzie mu najlepiej. Na swojej drodze spotyka jednak Ezekiela, mężczyznę o mocach podobnych do pajęczych, który zna prawdziwą tożsamość Spider-Mana i poddaje w wątpliwość pochodzenie jego zdolności. Ezekiel uważa, że źródłem mocy Człowieka-Pająka nie było promieniowanie, którym był dotknięty pająk, a nieznana, mistyczna siła, którą nazywa "totemiczną mocą".
Do Nowego Jorku przybywa jednak ktoś jeszcze - Morlun - prastara, niemal niezniszczalna istota, żywiąca się ludźmi obdarzonymi totemiczną mocą. 
Sam Morlun nie jest niczym, czego byśmy już nie widzieli, zły, silny, niemal niezniszczalny, próbujący wszamać głównego bohatera - standard. Jednak walka z Morlunem, długa, trudna i bolesna, pomaga bohaterowi pozbierać się po niedawnej stracie. Stanowi dla Spider-Mana swego rodzaju oczyszczenie. Momentami może wydawać się nieco przekombinowana, jednak w granicach tolerancji.
Historia Morluna i Ezekiela, jak również "totemicznych mocy" jest owiana mgiełką tajemnicy i pozostawia nas w lekkiej niepewności.
Motyw z totemami może się wydać niektórym trochę nie na miejscu, lecz Straczynski nie mówi wprost, że prawdziwym źródłem mocy Spider-Mana jest właśnie ta tajemnicza, mistyczna siła, daje jednak czytelnikowi (i zapewne Stanowi Lee, jeśli przeczytał ten komiks) coś do przemyślenia, już po zamknięciu albumu.

Podsumowując – kawał dobrego komiksu. Chociaż można czepiać się szczegółów, takich jak wspomniane już wyżej twarze, czy drobne błędy logiczne (Spider-Man wskakujący do budynku o zmroku, burzący go w kilka chwil i wyskakujący, kiedy Słońce jest już wysoko na niebie), to jednak jest to bardzo solidne dzieło, zarówno na płaszczyźnie treści jak i formy. Świetne wprowadzenie do kolekcji najlepszych komiksów jednego z największych wydawnictw komiksowych na świecie.