wtorek, 23 października 2012

Nie takie martwe, jak mogłoby się wydawać



 Sam Raimi to reżyser, który miał na mnie bardzo duży wpływ już od najmłodszych lat. Dzięki jego Spider-Manowi (który z perspektywy czasu wydaje mi się dosyć kiepski) pokochałem świat komiksowych superbohaterów. Jednak dużo większe piętno na mym, dziecięcym wówczas, umyśle odcisnął kilka lat wcześniej.





Kiedy miałem jakieś pięć, lub sześć lat, podobnie jak wszyscy moi rówieśnicy zachwycałem się Power Rangers, Tabalugą, czy, trochę później, Pokemonami, jednak fakt posiadania sporo starszego brata pomógł mi zapoznać się również z filmami innego typu.
Kiedy ja całe dnie traciłem na oglądanie wyżej wymienionych tytułów, mój starszy brat przeżywał akurat okres fascynacji filmami gore i slasherami, które namiętnie oglądał na video, nie zważając na kilkuletniego brzdąca, siedzącego obok (dzięki Ci, bracie za te wszystkie nieprzespane noce).

Tak poznałem „Martwe Zło 2”, jakkolwiek dziwnie i głupio by to nie brzmiało, najważniejszy film mojego życia.
Obecnie „Evil Dead” nie straszy mnie już tak bardzo, jak piętnaście lat temu, jednak cały czas uważam, że jest to cholernie dobry film. Oczywiście, w zależności od tego, co kto uważa za dobre. Nie jest to „Obywatel Kane”, jednak jak na horror klasy B, broni się całkiem nieźle.
Bruce Campbell jako Ash, kultowa „scena z jeleniem”, czy Henrietta, pozostają na ustach i w umysłach fanów tego typu filmów już od ćwierć wieku i zapewne pozostaną jeszcze na długie lata.



Cały czas trwają spory, czy film jest sequelem oryginalnego „Martwego Zła”, czy raczej, wbrew dwójce w tytule jest to remake.
Przedstawiciele tego pierwszego stanowiska mówią, że to ewidentnie sequel, gdyż tylko przypomina wydarzenia z „jedynki”, które następnie są kontynuowane, ich przeciwnicy natomiast grzmią, że wydarzenia z poprzedniej części są przedstawione w nieco inny sposób, więc musi być to remake.
Mnie osobiście mało to obchodzi, najważniejsze, że oglądanie tego filmu sprawia mi cholernie dużą frajdę.
Sama fabuła nie jest specjalnie skomplikowana. Główny bohater Ash, wraz ze swoją dziewczyną, Lindą (w pierwszej części z grupą przyjaciół)jadą na weekend do domku w lesie, w którym wcześniej mieszkał pewien archeolog.
Na miejscu znajdują magnetofon, z którego odtwarzają nagranie profesora, który tłumaczy zaklęcie z księgi Necronomicon. Każdy kto chociażby słyszał tę nazwę, wie, że nie jest to dobry pomysł. Zaklęcie budzi pierwotne, nienazwane zło, które próbuje przedostać się do naszego świata.
Efekty specjalne filmu zestarzały się mocno i zwyczajnie nie są straszne, jednak rosnące napięcie i klimat szaleństwa, jakim powoli obrasta główny bohater, nie zestarzeją się nigdy, dzięki czemu film cały czas potrafi wywołać ciarki na plecach, chociaż nie robi tego tak dobrze, jak kilka lat temu.




Do trylogii „Martwe Zło” należy podchodzić z wielkim dystansem. O ile pierwsza część jest horrorem w pełnym tego słowa znaczeniu, to jednak jest to po prostu ogłupiająca rąbanka z demonami, siekierą i ciężkim klimatem, w której o erudycji jej twórców świadczy wyłącznie nawiązanie do prozy Lovecrafta.
„Dwójka” jest już nieco łagodniejsza od poprzedniej części, można się w niej dopatrzeć nawet pewnych, niewielkich (konkretnie wielkości dłoni) elementów komediowych, które wywołują iście groteskowy efekt, jednak to cały czas horror pełną gębą. „Armia Ciemności”, zamknięcie trylogii, ma zupełnie inny klimat od poprzednich części i jest już raczej czarną komedią (chociaż jako szkrab, nawet tej części się bałem).
Raimi rezygnuje w „Armii Ciemności” ze znanego z dwóch poprzednich części domku w lesie i przenosi akcję do średniowiecznej Europy, oczywiście razem z głównym bohaterem.
Ash cofa się w czasie, gdzie dowiaduje się, że aby wrócić do swoich czasów, musi zdobyć (dumdumduuuum!) Necronomicon.
Odnajduje księgę, jednak źle wypowiada jedno zaklęcie, przez co budzi tytułową Armię.
Ash jest już jednak zaprawionym w boju badassem i nie boi się bandy umarlaków.
Demony Armii Ciemności, w przeciwieństwie do tych z poprzednich części, nie budzą grozy, a wywołują uśmiech, rzucają żartami, oraz są animowane w (celowo) zabawny sposób.
   


Później nie powstawały już filmy tego typu, trylogia Raimiego przez wiele lat była niepowtarzalna, jednak trzy lata temu, reżyser postanowił powrócić do korzeni, czego efektem był film „Wrota do Piekieł”, z Alison Lohman w roli głównej.
„Wrota do Piekieł” to swoisty duchowy spadkobierca „Martwego Zła”, ten sam czarny humor, obrzydliwe efekty specjalne, mocno podrasowane, jednak utrzymane w podobnym klimacie, oraz te same pozostawione bez odpowiedzi pytania o logikę (kto do cholery, trzyma w komórce kowadło, podwieszone na linie pod sufitem?!).

Na samą myśl o trylogii Raimiego, a w szczególności jej drugiej części, łezka się w mym oku kręci. Zawsze chętnie puszczam ten film znajomym, kiedy spotykamy się przy piwie, jednak niewielu z nich potrafi dojrzeć tę magię, którą dostrzegłem ja.
Za Asha, który był bohaterem mego dzieciństwa, za groteskowy humor, za trzymające w napięciu sceny, w końcu za przyjemną rzeźnię i hektolitry (dosłownie) krwi, kocham trylogię „Martwe Zło”.

piątek, 19 października 2012

Detektyw w kosmosie




W czasach, które na szczęście znam tylko z opowieści, kiedy sklepowe półki świeciły pustkami,  a każda książka, gazeta, utwór muzyczny, czy nawet komiks, przed wydaniem przechodziły ścisłe kontrole,  twórcom mimo wszystko nie brakowało wyobraźni i inwencji twórczej.   
Najlepszym tego przykładem jest Stanisław Lem,  o nim jednak innym razem.
Teraz chciałem opowiedzieć o Bogusławie Polchu, Macieju Parowskim i Jacku Rodku,  a raczej o stworzonym przez tych panów detektywie.

Funky Koval,  bo o nim mowa,  to kosmiczny detektyw pracujący w agencji Universs. 
Porucznik Koval to typ maczo-kobieciarza,  który chętnie rzuca się w wir akcji i ratuje piękne panie z opresji. Ot, typowy główny bohater, nie pozbawiony charakteru.
Funky to jednak nie Rambo i jeśli nie musi nie działa sam.
W licznych przygodach często towarzyszy mu piękna Brenda, której twarzy użyczyła Dana Polch, małżonka rysownika, oraz jego szef Paul Barley, inspirowany postacią Lecha Jęczmyka.
W komiksie pojawia się w ogóle dużo postaci wzorowanych na mniej, lub bardziej znanych osobistościach, a scenarzyści wpisali do historii nawet samych siebie.  



Czterdziestodziewięciostronicowy album opowiada o kilku, nie powiązanych ze sobą misjach agencji Universs, w trakcie których Funky zwiedza odległe planety, ratuje miss universum, a nawet cofa się w czasie.
Funky Koval (komiks, nie bohater)  w pewien sposób kojarzy mi się z Kapitanem Żbikiem, może to przez kreskę Bogusława Polcha, który pracował również przy Żbiku, lub ze względu na fakt, iż oba komiksy powstawały w tych samych realiach, mają więc pewne cechy wspólne.

Pierwszy album opowiadający o przygodach Funky’ego zakupiłem za całkiem rozsądną cenę dwudziestu jeden złotych,  dostając za te pieniądze ładne, odświeżone wydanie, na dobrym śliskim papierze. Dla porównania stary komiks „Batman & Judge Dredd” (o którym również planuję napisać) mający niemal tyle lat co ja, oraz gubiący kartki, kupiłem trzy razy drożej. Niestety, tak to już w świecie komiksów bywa, że im coś bardziej zniszczone, tym zazwyczaj droższe.



Podobno powstaje film na podstawie komiksów o Funky’m, a w tytułową rolę ma wcielić się Josh Holloway. Jednak chociaż filmweb twierdzi, że premiera filmu „będzie” w roku 2011, cały czas ani widu, ani słychu filmowego Kovala.

Pierwszy album opowiadający o przygodach Funky’ego sprawia wrażenie, jakby twórcy sami jeszcze do końca nie wiedzieli co chcą zrobić z komiksem, oraz jak dalej potoczy się akcja, jest to jednak częsta przypadłość początków serii. Wnioskując po opinii jaką cieszy się Funky wśród fanów komiksu, śmiem twierdzić, że stan ten zmienia się, wraz z kolejnymi albumami.  

Mimo wszystko, ciężko mi komukolwiek ten komiks polecić. Jeśli ktoś lubi komiksy, zapewne już czytał, lub przeczytać ma zamiar, a jeśli ktoś za nimi nie przepada, po przeczytaniu Funky’ego raczej się nie przekona. Tak czy inaczej, jest to dosyć istotny kawałek polskiej popkultury i znać się powinno, tak jak Mickiewicza, czy Kochanowskiego.

czwartek, 18 października 2012

Czerwie na melanżu


Jak zapewne wszyscy zauważyli, ostatnimi czasy nie udzielałem się na blogu, co wytłumaczyć mogę swoją przeprowadzką. Na szczęście Meph pracowała za dwoje kiedy mnie nie było.
Nadszedł jednak najwyższy czas, aby nadrobić zaległości.
 Nadrabianie zacznę od obiecanego już wcześniej, szerszego artykułu n temat „Diuny”.






„Kroniki Diuny” Franka Herberta, to niewątpliwie arcydzieło s-f, często porównywane do "Władcy Pierścieni". Faktycznie można dostrzec tutaj pewną analogię. Herbert, na podobieństwo Tolkiena stworzył 
rozbudowane, bogate uniwersum, w którym osadził akcję swoich książek. 
Jednak o ile w trylogii Tolkiena mamy do czynienia z szablonową heroic fantasy (wszak Tolkien sam ten szablon stworzył), książki Herberta są bardzo nietypowe i zrywają z wieloma tradycyjnymi dla science-fiction schematami.
Co więcej, historia „Diuny” jest o wiele bardziej zawiła i nieprzewidywalna, a bohaterowie ciekawi i niejednowymiarowi.

To właśnie wciągająca, pełna tajemnic fabuła zadecydowała o sukcesie „Diuny”, która po prawie pięćdziesięciu latach od wydania, ciągle sprzedaje się całkiem nieźle. Żywotność serii utrzymuje w pewnym stopniu Brian Herbert, syn autora, który w tandemie z Kevinem J. Andersonem, wydaje coraz to kolejne prequele, sequele i interquele oryginalnej sagi.






Na „Kroniki” składa się sześć tomów: „Diuna”, „Mesjasz Diuny”, „Dzieci Diuny”, „Bóg Imperator Diuny”, „Heretycy Diuny”, oraz „Diuna: Kapitularz” (lub w innym tłumaczeniu „Kapitularz Diuną”). Opowiadają one o losach pustynnej planety Arrakis, przez tubylców zwanej właśnie Diuną i rządzącego nią rodu Atrydów.

Pierwsze trzy tomy, opowiadające o losach trzech pokoleń Atrydów, to najlepsze, nie tylko książki, ale w ogóle dzieła s-f z jakimi miałem do czynienia (z którymi konkuruje chyba tylko Blade Runner).
Historia zaczyna się w momencie, kiedy książę Leto Atryda z rozkazu imperatora ma przejąć władzę na Arrakis , gdzie będzie nadzorował wydobycie substancji zwanej melanżem, wytwarzanej przez żyjące na planecie ogromne czerwie pustyni. Melanż jest szeroko wykorzystywany w całym wszechświecie, gdyż posiada liczne właściwości, między innymi przedłuża życie, czy pozwala w ograniczonym stopniu przewidywać przyszłość, dzięki czemu nawigatorzy statków kosmicznych potrafią omijać przeszkody, zanim te pojawią się na ich drodze.
Oddanie władzy nad Diuną Atrydom jest jednak częścią wymierzonego przeciw nim spisku, który cesarz uknuł razem z Baronem Harkonnenem, wrogiem księcia Leto, poprzednio rządzącym pustynną planetą.
Głównym bohaterem pierwszych dwóch części cyklu jest Paul Atryda, syn Leto, którego poznajemy jako nastolatka. 
Paul okazuje się być postacią z fremeńskich legend, Muad’Dibem, Mesjaszem Diuny. Po tragicznej śmierci Leto, Paul i jego matka, Lady Jessica, uciekają do fremeńskiej siczy, gdzie otrzymują schronienie. Po kilku latach Muad'Dib wraz z Fremenami odbijają Diunę z rąk  Harkonnenów, a następnie ruszają na podbój całego wszechświata.
Paul zostaje imperatorem, a w imperium zapanowuje pokój, jednak dawne potęgi rządzące wszechświatem wymierzają w Muad’Diba spisek, który ostatecznie doprowadza do jego śmierci. (Ale czy na pewno?!) Dlatego też w trzecim tomie obserwujemy historię dzieci Paula, bliźniąt Leto i Ganimy, które w wyniku działań melanżu zażywanego przez ich matkę, posiadają wspomnienia wszystkich swoich przodków. 
„Dzieci Diuny” to ostatni tom który naprawdę mnie wciągnął.

W czwartym tomie autor postanawia przenieść akcję o trzy tysiące lat w przyszłość i wprowadza dużo zmian, które lekko zniechęciły mnie do dalszego czytania. Przyzwyczaiłem się i szczerze polubiłem świat „Diuny” takim jakim był w pierwszych tomach, więc wraz z tomem czwartym powoli traciłem zainteresowanie, chociaż sam tytułowy Bóg Imperator to jedna z najciekawszych postaci z jakimi spotkałem się na kartach książek. Tom piąty przynosi nam przeskok o kolejne półtora tysiąca lat, odbierając mi resztki zainteresowania serią. Przebrnąłem jednak jakoś przez dwa ostatnie tomy i dochodzę do wniosku, że było warto. Teraz powinienem zabrać się za serie pisane przez Briana Herberta, jednak na razie mam dosyć uniwersum "Diuny".

To co dodatkowo przemawia za zapoznaniem się ze światem „Diuny”, to sposób w jaki Herbert buduje napięcie. Wątki i tajemnice wręcz piętrzą się przez całe tomy, aby w dwóch, czy trzech ostatnich rozdziałach zalać nas falą rozwiązań i wyjaśnień tak niespodziewanych, że mogą wywołać krwotok z nosa (jeden tom oddałem do biblioteki lekko poplamiony).



Nie należy zapominać również o wspaniałym, rozbudowanym świecie, pełnym tajemniczych istot, galaktycznych organizacji i różnorodnych planet. Chociaż większość akcji toczy się oczywiście na Arrakis, która przez autora została dopieszczona do granic możliwości. Zamieszkujące je istoty z czerwiami na czele, fremeni, oraz ich zwyczaje, czy techniki radzenia sobie z życiem na pozbawionej wody planecie zasługują na słowa uznania.

Z bogactw świata stworzonego przez Franka Herberta czerpie nie tylko jego syn. Na podstawie książek powstało kilka gier komputerowych (w które niestety nie miałem okazji zagrać), w 1984 David Lynch zekranizował pierwszy tom „Kronik Diuny”, z Kylem MacLachlanem w roli Paula Atrydy, oraz takimi sławami jak Sting, czy Patrick Stewart. Film zbiera bardzo różne opinie, najczęściej nieprzychylne, sam Lynch również niechętnie o nim wspomina. 
Ekranizacja „Diuny” faktycznie posiada liczne błędy, a oglądając miałem wrażenie, że gdybym nie czytał książki nie wiedziałbym o co chodzi. Pomimo tego (i pomimo brwi Thufira Hawata), film oglądało mi się całkiem przyjemnie, może z powodu sentymentu do książki, albo bardzo udanych (jak na rok produkcji) efektów specjalnych, ciągle jednak zdarza mi się od czasu do czasu włączać film i oglądać pojedyncze sceny.
W roku 2000 powstał jeszcze mini serial  na podstawie pierwszego tomu książki, pod tym samym tytułem, a trzy lata później jego kontynuacja zatytułowana „Dzieci Diuny”.
Na 2014 rok została zapowiedziana kolejna ekranizacja „Diuny”, czekam na nią, żywiąc nadzieję, że autorzy wyciągną jakieś wnioski z błędów swoich poprzedników.



To tyle na temat prozy Franka Herberta. Jeżeli ktoś czuje niedosyt i uważa, że dowiedział się za mało, proponuję udać się do najbliższej księgarni, lub biblioteki i przekonać się na własnej skórze o talencie Tego autora.
Nie zdziwcie się, drodzy czytelnicy, jeśli w najbliższym czasie pojawi się notka na temat twórczości Briana Herberta i nowszych ekranizacji „Kronik”. Bo chociaż na chwilę obecną mam przesyt Diuny, jest to uniwersum na tyle ciekawe, że sytuacja ta może się szybko zmienić.