piątek, 22 marca 2013

Wielka Kolekcja #7: Hulk: Niemy Krzyk

Po tym miłym książkowym przerywniku, możemy wrócić do brutalnego, krwawego i nieprzyjemnego świata komiksów. Tym razem zagłębimy się w umysł marvelowego Dr. Jekylla.



Bruce Banner, bo o nim mowa, szerszej widowni znany raczej jako Hulk, kojarzy się głównie z prostacką rozwałką, rzucaniem czołgami i okrzykami w stylu "Hulk Miażdży!". Jednak jak zauważył we wstępie do albumu, Marco Lupoi: "W tej postaci bardziej chodzi o napromieniowane alter ego Bruce'a Bannea niż o czystą demolkę.", co "Niemy Krzyk" w pełni oddaje.
Historia zaczyna się w momencie gdy Bruce, a.k.a. Szary Hulk (inteligentniejszy od swojego zielonego odpowiednika, ale przy tym pozbawiony pewnych moralnych skrupułów), postanawia odnaleźć swoją żonę Betty, która uważa go, podobnie jak cały świat, za zmarłego.
W tym siedmiozeszytowym albumie uświadczymy Bruce'a Bannera zarówno w postaci szarego, jak i zielonego Hulka, który na swej drodze napotka wiele mniej, lub bardziej znanych komiksowych postaci, w tym Stephena Strange'a, Namora, Doktora Samsona, czy Ricka Jonesa.
W trakcie swoich przygód zostanie opętany przez istotę z innego uniwersum, zmierzy się ze Skrullami, oraz stoczy wewnętrzną walkę z samym sobą (zobrazowaną w typowy dla komiksów Marvela sposób).
"Niemy Krzyk" to podróż w głąb psychiki cherlawego naukowca, w którym drzemie nie jeden, a dwa niszczycielskie potwory.



Peter David w ciekawy sposób prowadzi akcję, a scena w której doktor Samson przeprowadza terapię grupową z Brucem i oboma Hulkami siedzącymi na małych stołeczkach po prostu zasługuje na Oskara.
Dowiadujemy się tutaj, między innymi, że wypadek który doprowadził do przemiany Bannera w Hulka, tak naprawdę nie stworzył potwora, a tylko obudził to, co drzemało w podświadomości Bruce'a.
Poznajemy okoliczności w jakich w umyśle młodego naukowca zrodziły się oba jego alter ego: Zielony Hulk - niepowstrzymana, niszczycielska siła, tak różna od inteligentnego, acz słabego naukowca, oraz Szary Hulk - równie silny co jego zielony odpowiednik, oraz całkiem inteligentny, pozbawiony jednak zasad moralnych, ta strona osobowości Bruce'a, której wstydzi się on najbardziej.
David przy okazji wyjaśnia, dlaczego w jednego Hulka Banner zmienia się pod wpływem gniewu, a w drugiego tylko po zmroku.
Bruce z pomocą doktora Samsona w końcu pokonuje to, co było przyczyną jego bardzo ekstremalnego zaburzenia tożsamości, co na końcu daje ciekawy efekt.

Graficznie komiks nie jest szczytem marzeń, ale prezentuje się dużo lepiej od poprzedniego albumu z kolekcji. Dale Keown odwalił kawał solidnej roboty i każdemu rysunkowi w komiksie można z czystym sumieniem przybić pieczątkę "Powyżej przeciętnej". Szczególnie walka Hulka ze Skrullami prezentuje się bardzo ciekawie.



"Niemy Krzyk" to album, który zapewni nam dużo dobrej rozrywki z rodzaju prostej demolki, z której słynie Hulk, jak również coś dla bardziej wymagającego czytelnika. Podróż w głąb umysłu doktora Bannera to podróż ciekawa i wciągająca, napisana przez scenarzystę, który dla historii Zielonego Olbrzyma zrobił najwięcej, w dodatku ozdobiona rysunkami zdolnego artysty.

Zabieram się za ósmy numer kolekcji, który kurzy się od jakiegoś czasu i czeka na swoją kolej. Wtedy będę już z Wielką Kolekcją na bieżąco. Tymczasem dla was, w ramach bonusu: najbardziej klimatyczne intro świata.

czwartek, 21 marca 2013

Doktor Hunter znów na tropie



Czasem współczuję książkowym postaciom. Szczególnie jeżeli są to bohaterowie kilkutomowych serii. Przywaleni masą mniej, lub bardziej przyjemnych przygód, czasem chcieliby odpocząć, wyjechać na wakacje, zapomnieć o tym wszystkim. Niestety, nigdy im się to nie udaje.
David Hunter, w trzecim już tomie swoich przygód (pisałem kiedyś o pierwszym, o drugim z jakiegoś powodu, którego nie pomnę, nie napisałem), zatytułowanym "Szepty Zmarłych", postanawia odetchnąć po tragicznych wydarzeniach jakie go ostatnio spotkały. Dźgnięty nożem, ledwo wykaraskał się z objęć śmierci, co więcej morderczyni, która go zaatakowała cały czas jest na wolności, jakby tego było mało, zakończył związek z Jenny - pierwszą kobietą jaką pokochał od czasu tragicznej śmierci jego żony i córki.
Trudno się dziwić, że doktor Hunter postanowił zrobić sobie wolne i wyjechać gdzieś daleko. Miejsce jakie wybrał na wczasy, mógł wybrać tyko antropolog sądowy - "Trupia Farma", oficjalnie zwana Ośrodkiem Badań Antropologicznych w Tenessee,  Alma Mater, swoisty Hogwart doktora Huntera.
David jedzie tam odwiedzić swojego mentora i przyjaciela Toma Liebermana, oraz sprawdzić, czy dalej potrafi "zmuszać zmarłych do zwierzeń".
Książka byłaby, prawdopodobnie, wyjątkowo nudna, gdyby doktor Lieberman nie poprosił głównego bohatera o pomoc w śledztwie.
Akcja książki trochę różni się od dwóch poprzednich. Po pierwsze, David Hunter tym razem nie jest "u siebie", a w Ameryce, gdzie agenci TBI (lokalna wersja FBI z Tenessee) krzywo na niego patrzą, co więcej, cały czas wspomina traumatyczne przeżycia z poprzedniego śledztwa i od roku w ogóle nie pracował w zawodzie, przez co nieco "zardzewiał", popełnia błędy i nie wierzy w swoje umiejętności, przynajmniej na początku.
Beckett jak zwykle nie żałuje nam bardzo szczegółowych opisów zwłok w różnych stadiach rozkładu, jak i procesów w nich zachodzących, pobudzając czułe, niekoniecznie przyjemne struny w wyobraźni czytelnika. Zagadka jaką przyjdzie rozwiązać dzielnym antropologom, to nie lada zagwozdka. Morderca jest od nich lepszy, dobrze o tym wie i bawi się z nimi kotka i myszkę, zwodząc wszystkich (łącznie ze mną) aż do ostatnich stron powieści.
 Domyślenie się kto jest mordercą graniczy tutaj z cudem, przynajmniej dla tak miałkiego, nieprzenikliwego umysłu jak mój i chociaż w pewnym momencie można pomyśleć, że wiemy już o mordercy wszystko co chcieliśmy, autor ponownie nas zaskakuje. Chociaż, było to zaskoczenie, którego się spodziewałem. Beckett zbyt mocno chce przekonać czytelników do tego, że mordercą jest ktoś inny, niż w rzeczywistości. Agenci TBI znajdują zbyt mocne dowody winy kogoś, kto tak na prawdę był tylko kolejną z ofiar. Gdyby była to pierwsza książka Becketta jaką przeczytałem, to może dałbym się nabrać, ale niestety Simonie, znam Cię zbyt dobrze.
Autor idealnie buduje napięcie, a każda kolejna znaleziona ofiara zamiast odpowiedzi, daje jeszcze więcej pytań, które zostaną nam dokładnie wyjaśnione w ostatnim akcie powieści. Akcja nie zwalnia ani na chwilę, a uczucie grozy towarzyszy czytelnikowi przez cały czas, bardziej namacalne niż w niejednym horrorze.
Ciekawym zabiegiem, jaki zastosował autor, jest podzielenie rozdziałów na dwie części. W pierwszej przedstawia wydarzenia z perspektywy doktora Huntera, w drugiej z perspektywy mordercy, co pomaga nieco wczuć się w postać tego drugiego. Autor wyjaśnia motywy jego działania, które oczywiście nie mają nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, jednak dla samego mordercy mają sporo sensu.
Beckett serwuje nam świetny thriller z elementami kryminału, może nieco zbyt przewidywalny w porównaniu z poprzednimi tomami przygód Huntera, jednak cały czas wart przeczytania. Jeżeli ktoś czytał poprzednie tomy, ten również mogę mu z czystym sumieniem polecić, jeżeli natomiast ktoś nie czytał książek "Chemia Śmierci" i "Zapisane w Kościach", je również mogę z czystym sumieniem polecić, gdyż thrillery Becketta, to do prawdy lektury godne uwagi.

poniedziałek, 18 marca 2013

Wielka Kolekcja #6: Uncanny X-Men: Mroczna Phoenix

  Kiedy Jean Grey zdobyła moc Phoenix, z jej pomocą uratowała cały wszechświat. Jednak tak wielka siła to, zazwyczaj, miecz obosieczny.
Przez osiem zeszytów, zebranych w albumie, obserwujemy zmagania Jean z niesłychaną mocą, która powoli przejmuje nad nią kontrolę.
Całość można podzielić na trzy akty: pierwszy, w którym obserwujemy powolną przemianę Jean Grey w Mroczną Phoenix - nieludzką, złą istotę niszczącą wszystko co napotka; drugi, w którym Mroczna Phoenix sieje ziszczenie; oraz trzeci, kiedy Jean odzyskuje kontrolę nad sobą i musi bronić się przed tymi, którzy chcą ją ukarać za jej mroczne występki.
Historia zaczyna się chwilę po tym jak drużyna X-Men pokonuje potężnego przeciwnika, Proteusa.
Niestety, mutantom nie jest dane zaznać spokoju, gdyż są atakowani przez tajemniczy Hellfire Club, którego przywódcy z jakiegoś powodu chcą śmierci podopiecznych Charlesa Xaviera.
Tutaj pierwszy raz spotykamy Emmę Frost – Białą Królową Hellfire Club, która w przyszłości przejdzie na stronę X-Men i zajmie miejsce Jean zarówno w drużynie, jak i u boku Scotta Summersa.
Jean, która cały czas próbuje się oswoić ze swoimi nowymi mocami, dostaje od klubu najbardziej w kość. W przeciwieństwie do reszty drużyny, ją przywódcy Hellfire chcą wykorzystać i przeciągnąć na swoją stronę.
Jason Wyngarde – mutant i członek klubu – przejmuje kontrolę nad umysłem Phoenix i wmawia jej, że żyje w XVIII wieku i jest jego żoną, w ten sposób stała się ona Czarną Królową Hellfire Clubu.
Oczywiście Jean w końcu łamie "zaklęcie" Jasona, jednak miało ono na pewno duży wpływ na uwolnienie drzemiącej w niej złej mocy, które następuje chwilę później. Oczywiście, z pomocą swoich przyjaciół w końcu opanowuje złą moc, jednak musi zapłacić za czyny których dokonała jako Mroczna Phoenix. Trzy kosmiczne rasy Shi'ar, Kree i Skrullowie domagają się śmierci Jean Grey.
Profesor Xavier wymusza na swojej żonie, cesarzowej Shi'ar pojedynek między X-Men i jej gwardią o życie rudowłosej bohaterki. 



Historia przedstawiona w albumie ma w sobie wszystko, co mieć powinna – niezwalniającą ani na chwilę akcję, prowadzącą do ciekawego zakończenia; liczne sceny walki, w których mutanci mogą popisać się swoimi umiejętnościami; wątek miłosny między Scottem i Jean; kilka nowych, interesujących postaci (Kitty Pride, Dazzler, Emma Frost), jak również kilku starych znajomych (Beast, Angel).
Chris Claremont, wycofując z drużyny najstarszą stażem mutantkę (obok Cyclopsa), oddał jej należny hołd w postaci tych ośmiu zeszytów.
Wycofanie Jean z drużyny z pewnością odświeżyło przygody mutantów, czyniąc je jeszcze bardziej interesującymi, nie ze względu na niesamowite przygody, ale na nastroje jakie zapanowały w grupie. Z drużyny odeszła kobieta, która była w niej od zawsze i została zastąpiona kimś zupełnie nowym. Claremont w dosyć drastyczny sposób zamknął wątek miłosny Jean i Scotta, zastępując go romansem między Colossusem i Kitty Pride, w grupie zawiązały się nowe przyjaźnie, oraz odżyły dawne konflikty, cała seria na nowo nabrała kolorytu.

 Z drugiej strony, wizualnie komiks prezentuje się raczej słabo, co kontrastuje z dobrym scenariuszem. Z założenia seksowna i uwodzicielska Emma Frost tutaj wypada mocno przeciętnie. Inne postacie na jednych kadrach wyglądają lepiej, na innych gorzej, tak jakby czasem były rysowane w pośpiechu. Sceny walki i pościgów też nie są tutaj niczym nadzwyczajnym, a bohaterowie niekiedy są przedstawiani w dziwnych pozach.
Zazwyczaj czytam komiks od deski do deski, a następnie przeglądam go drugi raz, aby dokładniej przyjrzeć się rysunkom. Czasem zdarza się, że przerywam czytanie, tylko po to, aby przez chwilę popodziwiać wyjątkowo dobry rysunek. Przy czytaniu tego komiksu, również kilka razy się zatrzymałem, jednak nie po to, aby zachwycać się pracą rysownika, a raczej wręcz przeciwnie.



Mamy więc do czynienia ze świetną historią, jednak komiks, to nie książka i potrzebuje jeszcze dobrej oprawy wizualnej. Nie mówię, że nie czytałem tego komiksu z przyjemnością, jednak gdyby John Byrne postarał się trochę bardziej "Mroczna Phoenix" byłaby najlepszym albumem z Wielkiej Kolekcji, jaki do tej pory przeczytałem. Niestety, komiks mimo bliskiego doskonałości wydania, jakim raczy nas wydawnictwo Hachette, w środku wygląda jak wygląda, na czym dużo traci. Jednak warto do niego zajrzeć, ze względu na świetny scenariusz.

czwartek, 7 marca 2013

Takiej draki się nie spodziewałem

Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale z pomocą braci Kimołków, opracowałem pierwsze prawo tworzenia komiksów. Brzmi ono: jeśli chcesz, żeby twój komiks był brany na poważnie, nie nazywaj prastarej istoty "Pan Pyta", nawet jeśli występuje w duecie z "Panem Odpowiada".



Nie wiem co mam napisać na temat czwartego zeszytu przygód Białego Orła. To co od razu rzuca się w oczy, to fakt, że komiks prezentuje się wizualnie dużo lepiej niż trylogia "Pierwszy Lot". Być może to zasługa Rexa Locusa, który w tym numerze robił kolory, albo po prostu styl Adama Kimołka się poprawił.

Komiks rozpoczyna się wstępem, który opowiada nam kim są Pan Pyta (ech...) i Pan Odpowiada. Są to dwa pradawne byty, podróżujące wspólnie od początku wszechświata. Pan Odpowiada zna odpowiedź na każde pytanie, jednak cytując: "balansuje na krawędzi obłędu", natomiast Pan... Ten drugi, "Drążąc pytaniem, potrafi dotrzeć do najgłębiej skrywanych sekretów ludzkiego umysłu, doprowadzając rozmówcę na skraj szaleństwa". Ogólnie kiedy ci dwaj ze sobą rozmawiają, dla innych istot nie kończy się to najlepiej, ich kłótnia wybiła dinozaury, czy zesłała na świat plagę dżumy.
Dlatego też postanowili, że nie będą ze sobą więcej rozmawiać, a zamiast tego przesiadują w niezidentyfikowanym warszawskim parku i grają w szachy.
Niestety, w przypływie frustracji Pan Pyta, który wygląda kropka w kropkę jak Pan Spock, no może poza uszami. Wiecie co? Będę go nazywał Pan Spock, tak będzie nieco wygodniej (swoją drogą, twórcy nie mają litości dla kolesia, nazwali go "Pyta" i obcięli na pieczarkę...). Wracając do naszej historii - Pan Spock w przypływie frustracji zadaje retoryczne pytanie, które Pan Odpowiada niestety usłyszał. No i się zaczęło. Na początku nic nadzwyczajnego, po prostu rozpętała się burza, która jednak szybko przerodziła się w ostrą nawałnicę, jakby tego było mało, Wisła wylała, a z jej odmętów zaczęły wychodzić "zalewiaki", wredne, zielone, gremlinopodobne stworki.
Nasz dzielny protagonista jest jednak zbyt zajęty użalaniem się nad sobą w strugach deszczu, więc za ratowanie przerażonych warszawiaków zabiera się ktoś inny, a mianowicie stara, poczciwa, warszawska Syrenka, która wyszła z wody razem z zalewiakami.
Jednak ponieważ na kartach Białego Orła pojawiło się tak mało samozwańczych obrońców uciśnionych, nasz dzielny Kapitan Polska spotyka niejakiego Obywatela, który podobnie jak Biały Orzeł walczy ze złem, jednak w przeciwieństwie do niego, nie ma skrupułów przed mordowaniem bandytów, a nawet wręcz przeciwnie, uważa, że jest to wysoce wskazane. To dosyć oklepany motyw, jednak nie przeszkadzałby mi tak, gdyby nie fakt, że w tym jednym, dwudziestopięciostronicowym zeszycie pojawiły się już cztery zupełnie nowe postacie, które prawdopodobnie odegrają jakąś rolę w najbliższych numerach.
Obywatel ucieka Białemu Orłowi, a ten leci w stronę Mostu Poniatowskiego.
W pobliżu rzeczonego mostu z wody wyłania się coś, co wygląda jak skrzyżowanie Godzilli z Krakenem. Na prawdę, przez moment miałem wrażenie, że patrzę na scenę z komiksu Godzilla vs. Barkley, brakowało jedynie Charlesa Barkleya.
Biały Orzeł przybywa na miejsce, gdzie spotyka wspomnianą wcześniej Syrenę, oraz Projekt Zero, super-żołnierza Techcorpu z którym walczył wcześniej, a który postanowił stanąć jednak po stronie dobra. We trójkę ruszają przeciw bestii i w ten sposób kończy się pierwsza część historii "Wielka Draka w Stolicy".




Nie pamiętam dokładnie kiedy wyszedł trzeci numer Białego Orła, ale było to albo latem, albo wczesną jesienią zeszłego roku. Twórcy kazali nam długo czekać na kolejną część przygód pierwszego polskiego superbohatera, po czym zaserwowali nam wielkie rozczarowanie. Faktycznie, komiks wizualnie prezentuje się o wiele lepiej niż poprzednie zeszyty, ale za jaką cenę (i nie mam tu na myśli ceny finansowej, 9.99 to nie tak dużo)?
Wszystko wygląda tak, jakby bracia Kimołkowie nagle postanowili, że Biały Orzeł, nie będzie wzorowany na amerykańskich komiksach, ale będzie ich parodią. Szczerze mówiąc, nawet jako parodia byłby dość słaby. Być może twórcy wiedzieli co czynią, nazywając postać "Pan Pyta"; być może zdawali sobie sprawę, że postać "mrocznego bohatera" mordującego przestępców, to wyjątkowo powtarzalny motyw; być może domyślali się, że ładowanie ogromnego potwora, niszczącego Warszawę z pomocą małych potworów już w czwartym zeszycie to nie najlepsze posunięcie. W takim razie, dlaczego to wszystko zrobili?
Komiks mimo wszystko ma również swoje plusy, pierwszym z nich są kolory, dużo lepsze niż w poprzednich numerach, styl rysowania również się poprawił. Co więcej, dużym plusem jest prawie naga Syrena, oraz Czarna Śmierć (asystentka Wiktora Rossa - polskiego Lexa Luthora) w obcisłym lateksie, a poza tym bardzo przyjemny zapach tuszu, którego niestety już prawie nie czuć.

Nie będzie chyba wielką tajemnicą, jeśli napiszę, że jestem zawiedziony. Trylogia "Pierwszy Lot", nie była niczym nadzwyczajnym, jednak były to całkiem przyzwoite komiksy, pomimo paru potknięć. "Wielka Draka w Stolicy" to festiwal potknięć, z których większość kończy się bolesnymi upadkami. Tak, czy inaczej, myślę, że kupię następny zeszyt. Nie lubię przerywać historii w połowie, a kto wie, może dalszy ciąg zmieni sposób w jaki postrzegam ten komiks? Myślę jednak, że to mało prawdopodobne.

Wielka Kolekcja #5: The Amazing Spider Man: Narodziny Venoma

 Zawsze uważałem, że klasyczna czerń sprawdza się dużo lepiej, niż krzykliwe, amerykańskie barwy, szczególnie w przypadku Człowieka-Pająka.



Historie o czarnym kostiumie i Venomie zawsze były moimi ulubionymi we wszystkich kreskówkach o Spider-Manie (w filmie nie koniecznie). W komiksach, "saga o czarnym kostiumie" zajmowała ponad 50 odcinków cyklu The Amazing Spider-Man, plus albumy z serii Spectacular Spider-Man i Web of Spider-Man, co oznacza, że była porządnie rozbudowana. Co więcej, wszystko zaczęło się w jeszcze innej serii zwanej Secret Wars (o której prawdopodobnie również napiszę, gdyż jest całkiem ciekawa). Secret Wars opowiada o wydarzeniach na odległej planecie zwanej Battleworld, gdzie kilkudziesięciu ziemskich bohaterów i łotrów (plus Galactus), zostaje zesłanych przez istotę spoza wszechświata zwaną Beyonderem.
Beyonder wysyła na Battleworld obie grupy i mówi im, że mają się nawzajem pozabijać, a wtedy on spełni życzenia zwycięskiej drużyny.


Nie zagłębiając się w szczegóły, w międzyczasie Spider-Man znajduje maszynę, z której wypada coś, co bierze za nowy kostium, a ponieważ jego oryginalny strój zostaje zniszczony, przyjmuje ten dar z wdzięcznością. Jego szczęście jest jeszcze większe, kiedy okazuje się, że nowy strój potrafi produkować własną sieć, przybierać kształt zwykłego ubrania, oraz reaguje na myśli właściciela.
Kiedy dzielnym bohaterom udaje wrócić się na Ziemię, Peter Parker wręcz tryska radością. Szybko jednak zostaje przytłoczony przez brutalną rzeczywistość. Mieszka w ciasnym, brudnym mieszkaniu, porzucił studia, ma problemy z pracą, w dodatku kobieta którą kocha odrzuciła jego zaręczyny, a on związał się za to ze zresocjalizowaną złodziejką (Black Cat/Felicia Hardy), która tak naprawdę lubi jego heroiczne alter ego, nie przepadając specjalnie za samym Peterem.Na domiar złego, ciocia May obrażą się na Petera za to, że rzucił studia, a Pająk wdaje się w konfrontacje z gangsterem imieniem Rose, który wysyła za nim wyjątkowego zabójcę na zlecenie. W ten sposób poznajemy Pumę, Indianina, który na co dzień jest bogatym biznesmenem, potrafi jednak przybierać postać bestii, którą często wykorzystuje niezgodnie z wolą swojego plemienia.



Chociaż Puma, to całkiem ciekawy przeciwnik i sprawił Pająkowi trochę kłopotów, to jednak jest niczym wobec Venoma. Do tej pory Zielony Goblin był nazywany największym przeciwnikiem Spider-Mana. Jednak Venom to jego nemezis ostateczne - posiada te same moce, lecz jest większy i silniejszy, nie aktywuje pajęczego zmysłu, w dodatku jedynym uczuciem do jakiego jest zdolny jest nienawiść, a cała jego nienawiść jest wymierzona w naszego dzielnego bohatera w czerwono-niebieskim trykocie.
Już jego wygląd mówi nam, że mamy do czynienia z czymś więcej, niż kolejny jednorazowy przeciwnik. Czarny kostium z symbolem pająka, opięty na stalowych muskułach Brocka (który bardziej przypomina zawodowego kulturystę, niż zwykłego pismaka), ogromna, najeżona zębami paszcza, zamrożona w wiecznym, złowieszczym uśmiechu,  wielkie szponiaste dłonie - czysta groza w pełnej okazałości. Bardzo lubię okładkę tego albumu, na której Venom w całej swojej strasznej okazałości, sięga zakrwawioną dłonią do głowy pokonanego Spider-Mana.
Oczywiście, Spider-Man miał w swojej karierze wielu naprawdę groźnych przeciwników i chociaż większość z nich bardzo go nienawidziła, Venom całe swoje życie dedykuje zgładzeniu Pająka. I ma ku temu dobre powody, Eddie Brock stracił przez niego pracę i reputację, a symbiont został odrzucony i prawie zabity. Venom prawdopodobnie pokonał by Spider-Mana bez większych trudności, jednak jak każdy złoczyńca, on również miewa skłonności do przesadnego dramatyzmu, który w decydującym momencie obrócił się przeciw niemu.



Tak jak mówiłem, wszystkich komiksów opowiadających o Spider-Manie w czerni, oraz Venomie, jest bardzo dużo, dlatego też ludzie odpowiedzialni za tworzenie albumu do Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, musieli nieco streścić całą historię, upychając w jeden album siedem zeszytów: The Amazing Spider-Man #252, #256 - #259, Web of Spider-Man #1, oraz The Amazing Spider-Man #300, streszczając historię do granic możliwości.
Jest to zrozumiałe, w końcu na przestrzeni tych (licząc tylko komiksy z serii TASM) pięćdziesięciu zeszytów, Peter spotkał wielu przeciwników i przeżył wiele przygód, zupełnie nie związanych z czarnym kostiumem.
Twórcy kolekcji mieli przed sobą ciężkie zadanie, gdyż tworząc serię najlepszych i najbardziej znaczących komiksów w historii Marvela, nie można pominąć historii powstania Venoma. Z drugiej jednak strony, ta historia jest zdecydowanie za długa, aby przedstawić ją w jednym albumie. Dlatego zrobili co mogli, wybrali najważniejsze momenty z serii i umieścili je w jednym albumie, aby przedstawić nam historię Venoma w możliwie najprzystępniejszy sposób. Czy im się udało? Cóż, ja nie zrobiłbym tego lepiej. 

Scenariusze autorstwa Toma DeFalco, Louise Simonson i Davida Micheliniego trzymają równy, wysoki poziom. Cały album jest pełen akcji, soczystych dialogów i ciekawych zwrotów akcji. Moją ulubioną sceną jest chyba sekwencja snu, z ASM #258, w której czarny i czerwony kostium walczą o "duszę" Petera.
Jeżeli chodzi o rysunki, każdy z artystów pracujących przy tych komiksach ma swoje mocne i słabe strony. Jeśli chodzi o wygląd postaci, najbardziej przypadły mi do gustu prace Rona Frenza, aczkolwiek Eddie Brock w wykonaniu Todda Macfarlane'a również prezentuje się całkiem nieźle. Greg LaRocaque natomiast, świetnie narysował scenę oddzielenia symbionta od Petera w albumie Web of Spider-Man #1. Chociaż mógł narysować symbionta bardziej "brejowato", a Parkera zdecydowanie zrobił zbyt barczystego. Ale to już zwykłe czepialstwo.

Kolejny album do którego zdecydowanie warto zajrzeć, szczególnie jeśli chcemy poznać historię Venoma, a nie mamy czasu, ni ochoty (nie mówiąc już o możliwości ich zdobycia) czytać wszystkich zeszytów od powrotu Spider-Mana z Battleworld do pokonania Venoma.
Ciekawa, przełomowa dla Spider-Mana historia, opatrzona całkiem przyjemnymi dla oka rysunkami, absolutnie pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów Pająka.



sobota, 2 marca 2013

Wielka Kolekcja #4: Wolverine

W tym co robię, nie ma ode mnie lepszego. Ale to, w czym jestem najlepszy, nie jest zbyt przyjemne.
Cóż, w moim przypadku to nie do końca prawda, istnieje wielu recenzentów dużo lepszych ode mnie, a pisanie recenzji sprawia mi całkiem niezłą frajdę. Jednak kiedy te słowa wypowiedział Wolverine, na wstępie swojej pierwszej "prywatnej" miniserii, miały one dużo więcej sensu.



Wolverine, to nietypowa opowieść, pokazująca nam, że Logan to ktoś więcej, niż tylko niski Kanadyjczyk ze szkieletem z adamantium i wysuwanymi szponami.
Cała historia kręci się wokół miłości Logana do japońskiej arystokratki Mariko Yoshida. Kiedy nasz bohater dowiaduje się, że jego ukochana nic mu nie mówiąc wyjechała z USA do Japonii, długo się nie zastanawiając wsiada w samolot i leci za nią. Na miejscu dowiaduje się, że zza grobu powrócił ojciec Mariko, potężny boss mafii, próbujący przejąć władzę nad japońskim półświatkiem, a następnie nad całym państwem. Co więcej sama Mariko została zmuszona do ślubu z mężczyzną, którego nie kocha.
Nietrudno się domyślić, że Logan jest z tego powodu raczej średnio zadowolony, tym bardziej, że mąż jego ukochanej lubi ją "srogo upominać", zostawiając przy tym pokaźnej wielkości siniaki na jej pięknej twarzy.
Wolverine przegrywa jednak pojedynek z niedoszłym teściem i poniżony odchodzi, próbując zapomnieć o Mariko, a na jego drodze staje Yukio, młoda, piękna (przynajmniej w zamyśle), zabójcza, rządna krwi i zbuntowana, słowem – bratnia dusza Wolverina.
Mimo to, nasz dzielny mutant nie zaznaje spokoju. Szanowny teść cały czas ma wobec niego pewne plany, a i jego nowa ukochana okazuje się nie mieć do końca czystych zamiarów.
Wolverine zostaje uwikłany w intrygę w której nie koniecznie chce uczestniczyć, jednak ścigany przez elitarnych skrytobójców, nieświadomie wykorzystywany przez japońskiego bossa mafii, oraz oszukiwany przez osoby którym ufa, cały czas potrafi wykaraskać się z kłopotów we właściwym sobie, krwawym stylu.
Wolverine ukazuje czytelnikom ukryte strony Logana - X-Mena znanego głównie ze swej buty i brutalności. Chris Claremont chciał rozwinąć postać, pokazać jaki Wolverine jest naprawdę, co go ukształtowało, jakie emocje w sobie skrywa i do jakich uczuć jest zdolny. I udało mu się to znakomicie.

Komiksy z lat osiemdziesiątych graficznie raczej nie przypadają mi do gustu. Nie wywołują u mnie obrzydzenia, ale też daleko im do wprowadzenia mnie w stan estetycznej ekstazy. Podobnie jest z tym albumem. Kobiety, które miały być piękne wyglądają mocno przeciętnie, tokijski agent wygląda jak Clark Kent, a pekaesy Logana momentami przybierają monstrualne wręcz rozmiary. Jednak trzeba przyznać, że dzięki nietypowemu ułożeniu kadrów, niektóre sceny wyglądają bardzo ciekawie.

Logan, to jeden z najbardziej lubianych X-Menów, a zdecydowanie najbardziej rozpoznawalny z podopiecznych Charlesa Xaviera. Aż trudno uwierzyć, że pierwszy raz pojawił się na kartach komiksu nie jako bohater, a jako jednorazowy przeciwnik Hulka. Len Wein polubił go jednak tak bardzo, że postanowił wciągnąć go do drużyny X-Men.
Początkowy koncept Wolverina był zupełnie inny od tego, co możemy podziwiać na przykład w tym komiksie. Na początku heros miał nazywać się Badger (Borsuk), na szczęście Roy Thomas uznał, że Wolverine brzmi dużo lepiej. Później, rzekomo Wolverine miał nie być człowiekiem, a zmutowanym przez High Evolutionary rosomakiem, jednakże to tylko niepotwierdzona plotka. Co więcej, Wolverine w zamyśle scenarzysty Lena Weina miał być smagłym, około dziewiętnastoletnim młodzieńcem, lecz rysownik Dave Cockrum miał zupełnie inną wizję kanadyjskiego herosa, robiąc z niego dojrzałego mężczyznę o ostrych rysach twarzy i niedorzecznie długich bokobrodach, jakiego znamy dzisiaj.
Wolverine, to album który warto przeczytać, szczególnie w przededniu premiery filmu, w którym to Hugh Jackman, jako kanadyjski rosomak również wyruszy do Japonii.