środa, 25 września 2013

Gothic przez lata (cz. 4)


Zmierzch Bogów
to samodzielny dodatek do trzeciej części serii Gothic, oraz jedna z największych porażek w historii gier komputerowych.
Kiedy na rynku pojawił się Gothic 3, internet zahuczał od plotek na temat planowanego dodatku, który miał rozwinąć grę fabularnie, dać nam dodatkowe lokacje do zwiedzania i ogólnie, wzorem Nocy Kruka poszerzyć jej zawartość. Niestety, z różnych powodów dodatku nie robili już ludzie z Piranha Bytes, a pewna nieznana, indyjska firma i nie miał on być już rozszerzeniem trójki, ale jej kontynuacją. Hindusi zupełnie minęli się z celem, tworząc coś tak totalnie niegrywalnego, oraz niezgodnego z oryginałem, że nawet nie wiem od czego zacząć.

"Wojna w Myrtanie zakończyła się dwa lata temu..."

Lenistwo i niekompetencja twórców rzucają się w oczy już na samym początku. Rolę intra pełni tutaj pokaz slajdów, z którego dowiadujemy się, że Myrtana została podzielona na cztery rywalizujące ze sobą  frakcje, którym przewodzą Thorus, Gorn, Anogi i Inog, oraz Lee. Natomiast Bezimienny i Xardas obserwują całe zajście z nieznanego wymiaru.
Gra rozpoczyna się tak, jakbyśmy zakończyli "trójkę" po stronie Adanosa. To dosyć logiczne, w końcu było to "neutralne" zakończenie, w którym nie obieramy żadnej ze stron w wojnie. Jednak kiedy wybieramy to zakończenie w podstawowej wersji gry, wyraźnie jest powiedziane, że Bezimienny i Xardas opuszczają ten świat na zawsze, gdyż dopóki oni żyją w Myrtanie, dopóty będzie trwała wojna.
Bezimienny jednak nie przejmuje się tym ani troszkę i po spuszczeniu Xardasowi łomotu radośnie wskakuje w portal do Myrtany, z zamiarem ponownego zjednoczenia krainy.

(Xardas i Bezimienny toczący walkę w intro do gry)


"Co możesz mi powiedzieć o Gornie?"

Postać Bezimiennego - który w tej części powinien dostać imię Adolf - również ma niewiele wspólnego z tą z poprzednich części. Bezimienny zawsze był typem sarkastycznego, nieco aroganckiego wesołka, który ratował świat, ale robił to jakby mimochodem, wiedział, że jeśli nie on, to nikt inny tego nie zrobi, a mimo wszystkich nieprzyjemności jakie go spotkały, lubił ten świat. Tutaj nasz bohater sprawia wrażenie nacjonalistycznego fanatyka, gotowego mordować i palić na stosach, żeby tylko zakończyć waśnie między zajmującymi Myrtanę nacjami.
Chyba nawet podkładający mu głos Jacek Mikołajczak zauważył, że coś jest nie tak, bo gra tutaj tak sztywno i z taką przesadą, że na myśl przychodzą mi skecze Monty Pythona. Które są zresztą bardziej sensowne od tego, co tutaj widzimy. Wiele dialogów nie ma żadnego sensu, jeden z moich ulubionych brzmi:

"NPC: Co możesz mi powiedzieć o Gornie?
Bohater: Świeża dostawa czego?
NPC: Mam tu wszystko czego szukasz.
Bohater: Co możesz mi powiedzieć o Gornie?
NPC: Lud Gorna jest lojalny wobec Gorna."
Kurtyna.



Fabuła gry trzyma mniej-więcej ten sam poziom, co dialogi. chociaż trzeba przyznać, że w przeciwieństwie do "trójki", tutaj główny wątek jest wyraźnie zarysowany. Jednak zarówno główne, jak i poboczne zadania są mdłe, nieciekawe i powtarzalne. Natomiast samo zakończenie gry można wywnioskować już po pierwszej rozmowie z NPC (tylko trochę bardziej sensownej niż dialog przedstawiony powyżej).



(Bezimienny w Zmierzchu Bogów)

Świt Bugów

O mechanice nie ma się co rozpisywać, dokładnie to samo co w podstawce. Jednak twórcy ze studia Trine Games dokonali czegoś niesamowitego. Dostając działającego gotowca zabugowali go tak, że gra stała się praktycznie niegrywalna.
Co prawda błędy zawsze były stałym elementem Gothica, jednak w tym przypadku, to Gothic jest elementem błędów. Zanikające tekstury są na porządku dziennym, co więcej w pewnym momencie w grze zaczęły zanikać kolory. Gra przeskakiwała co ułamek sekundy z trybu kolorowego w tryb czarno-biały, co zapewne miało wywołać epilepsję u graczy, aby nie grali dalej i nie dowiedzieli się jak wielkim gniotem jest Zmierzch Bogów. Czasem zdarza się też, że jeden NPC mówi kilkoma różnymi głosami (a czasem w ogóle nie ma głosu), a wyrzucanie do systemu jest nieodzownym elementem naszej przygody. Na płycie z grą znajduje się również nieoficjalna edycja rozszerzona, która rzekomo poprawia większość tych błędów, jednak na moim komputerze nie chciała się ona nawet zainstalować. Nigdy nie widziałem gry równie niestabilnej, ba nawet najbardziej amatorskie fanowskie mody do Gothica w które grałem, były bardziej stabilne niż Zmierzch Bogów. Dużo do myślenia daje fakt, że wspomniana edycja rozszerzona została również stworzona przez fanów. Brawo, Jowood, fani potrafią zrobić lepszą grę, niż studio któremu to zleciliście.

Dodatek?

Zmierzch Bogów został hucznie określony mianem "dodatku". Jednak, czy dodatek nie powinien czegoś, no cóż... dodawać? Uświadczymy kilka nowych pancerzy i broni, które w zasadzie niczym ciekawym się nie wyróżniają, poza tym, nie dostaniemy nic, żadnych nowych czarów, czy umiejętności, żadnych nowych lokacji. Co więcej, z trzech krain które mogliśmy zwiedzać w podstawowej wersji gry, tutaj odwiedzimy jedną. Wiem, że to wokół Myrtany kręci się fabuła gry, jednak mimo wszystko, to wielkie rozczarowanie. Jakby tego było mało, droga do Nordmaru została zablokowana przez niewidzialną ścianę, natomiast do Varantu możemy sobie spokojnie wejść, oczywiście jeśli lubicie brak tekstur, to wam się spodoba. W Gothicu 2, gdzie twórcy nie chcieli umieszczać całej Kolonii Karnej z pierwszej części gry, mieli chociaż na tyle przyzwoitości, żeby umieścić wielki mur, który odgradzał część grywalną od reszty. Niestety Zmierzch Bogów i przyzwoitość nie idą ze sobą w parze.

Zmierzch Gothica

Są gry, które są po prostu kiepskie, są również gry bardzo złe, albo takie, które są tak słabe, że aż śmieszne, a głęboko pod nimi wszystkimi leży Zmierzch Bogów, gra która bez mrugnięcia okiem zarżnęła jedną z najlepszych serii action RPG w historii.
Jedynymi ludźmi, którzy powinni zagrać w tę piekielną abominację są QA testerzy, bo z tego co widzę, żaden z nich w nią nie grał.
Pyranha Bytes chcieli stworzyć trylogię. Stworzyli i to nawet bardzo dobrą. Co prawda trójka była lekkim niewypałem, ale mimo to, grało się w nią całkiem przyjemnie. Niestety Jowood wypatrzyło w Gothicu dojną krowę, którą podłączyli do indyjskiego respiratora (Hindusi lubią krowy), aby wyciągnąć z niej jak najwięcej. Co więcej Zmierzch Bogów został totalnie przez twórców olany, gdyż jest po prostu pomostem pomiędzy trylogią Gothic, a Arcanią, zwykłą, niepotrzebną zapchajdziurą.
Zmierzch Bogów przypomina niedokończone dzieło średnio rozgarniętego modera.
Jedynym plusem tej gry jaki przychodzi mi do głowy jest fakt, że po pograniu weń chociażby dwie minuty, nawet Arcania: Gothic 4 może wydać się bardzo ciekawą grą, jednak o tej perełce pomówimy innym razem. 

poniedziałek, 23 września 2013

Wielka Kolekcja #20 - Daredevil: Odrodzony


Daredevil - człowiek, który nie zna strachu, za dnia szanowany prawnik, w nocy egzekwuje prawo na własną rękę, ochraniając nowojorską dzielnicę Hell's Kitchen.
Chociaż nie dorównuje popularnością Spider-Manowi, czy drużynie X-Men, jest postacią równie interesującą, a pod pewnymi względami, może nawet ciekawszą, niż inni bohaterowie uniwersum Marvela.

Odrodzony to opowieść mroczna i brutalna. Frank Miller miał przywrócić Daredevilowi dawną chwałę i uratować miesięcznik przed zamknięciem i wykonał zadanie w stu procentach. Napisał odważny scenariusz, trzymający w napięciu do samego końca. Nie uświadczymy tutaj wielkich, heroicznych bitew z niesamowitymi superłotrami. Zamiast tego poznamy historię człowieka złamanego przez los i doprowadzonego na skraj wytrzymałości.
Miller zaczyna ostro, od poinformowania czytelnika jaki los spotkał Karen Page, dawną sekretarkę i byłą dziewczynę Matta. Później napięcie już tylko rośnie.
Kingpin poznaje sekretną tożsamość Daredevila i postanawia zamienić jego życie w piekło, co zresztą udaje mu się znakomicie. Błąd popełnia dopiero w ostatniej fazie swojego planu, kiedy miał miłosiernie pozbawić niewidomego prawnika nędznego życia. Murdock postanawia więc dokonać zemsty.
Nazwisko Franka Millera na okładce to znak jakości, któremu można zaufać. Ten album jest tego dowodem, a jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, niech sięgnie po inne komiksy z Daredevilem, sygnowane jego nazwiskiem.


Graficznie bez szału, styl Mazzucchelliego nie specjalnie przypadł mi do gustu. Jeżeli miałbym użyć jednego słowa na opisanie zaprezentowanych tu ilustracji, "brzydkie" byłoby tutaj odpowiednim przymiotnikiem. Jednak z drugiej strony historia przedstawiona przez Millera również jest bardzo brzydka i ładne ilustracje niekoniecznie by do niej pasowały.
Całość dobrze się ze sobą komponuje, chociaż muszę przyznać, że momentami dostrzegam pewne ślady lenistwa ze strony rysownika, które jednak nie umniejszają przyjemności z czytania.

Odrodzony, to bardzo dobry album, który jest jednak dosyć specyficzny, przez co zapewne nie każdemu przypadnie do gustu. Jeśli szukacie poważnej historii, czy odskoczni od typowego, superbohaterskiego mordobicia, warto wydać czterdzieści złotych na Odrodzonego.

niedziela, 22 września 2013

10 najlepszych animowanych czołówek (cz.2)

5. Wojownicze Żółwie Ninja

Żółwie Ninja to najbardziej rozrywkowe i waleczne gady w Nowym Jorku. Jeśli ktoś w to nie wierzy, po obejrzeniu poniższego intra na pewno przekona się o słuszności tego poglądu.
Chwytliwy motyw przewodni wpada w ucho i zostaje w głowie na długie tygodnie, niezależnie od tego co robicie. Czy jesteście w pracy, czy w domu, spędzacie miły wieczór ze znajomymi, czy udajecie się na samotny spacer, wszędzie słyszycie tę nie dającą spokoju melodię.
Ale nie bójcie się, to dobry kawałek, który w połączeniu z odpowiednim klipem idealnie wprowadza w klimat serii. Oglądając tę kreskówkę wręcz nie da się nie zakrzyknąć "Heroes in the half shell... TURTLE POWER!"



4. Spectacular Spider-Man

O tej czołówce wspominałem już przy okazji omawiania kreskówek o człowieku pająku. Spectacular Spider-Man przeżył tylko dwa sezony, a szkoda, bo jest to zdecydowanie moja ulubiona kreskówka o Spider-Manie, chociaż kreska nie specjalnie przypadła mi do gustu, ma jednak całkiem dobrą fabułę, ciekawe postacie i motyw muzyczny, przy którym nawet słynne Friendly neighbourhood Spider-Man w wykonaniu Aeorosmith brzmi jak Ona tańczy dla mnie. Do tego szybkie, dynamiczne i płynne sceny akcji, wkomponowane w Daily Bugle - to zdecydowanie wystarczy, aby przyciągnąć dzieciaki przed telewizor.


3. ReBoot

ReBoot, to bardzo ciekawa produkcja, o której - ku mojemu zdziwieniu - mało kto słyszał. Jest to pierwszy serial animowany w całości komputerowo. I chociaż animacja jest dosyć koślawa, szczególnie w pierwszych dwóch sezonach, ReBoot nadrabia fabułą. Serial opowiada bowiem o istotach zamieszkujących komputer, które wiodą spokojne życie, dopóki użytkownik nie włączy gry. Ten kto znajdzie się w obrębie gry, automatycznie staje się przeciwnikiem gracza i jeśli umrze w grze, umiera naprawdę. Właśnie dlatego istnieją strażnicy, tacy jak Bob - nasz główny bohater, którzy "naprawiają i bronią". W trzecim sezonie Bob jednak znika, a głównym bohaterem zostaje Enzo Matrix - koleś, który zaczynał jako mały, nieco denerwujący chłopiec, ciągle pakujący się w tarapaty.
Mały Enzo jednak dorósł i stał się kozackim renegatem z jednym okiem, tatuażem i wielką spluwą, przemierzającym sieć w poszukiwaniu swego zaginionego przyjaciela.
ReBoot to pierwszy serial który jako szkrab oglądałem regularnie, czekając niecierpliwie na kolejne odcinki. Natomiast kiedy Bob został wystrzelony, a później jego miejsce zajął dorosły Enzo, po prostu nie byłem w stanie tego ogarnąć. Nawet dzisiaj nie spodziewałbym się takiego zwrotu akcji w serialu dla dzieci. I o ile Bob był dobrym wzorcem dla małych chłopców, to Matrix był tym, kim naprawdę chcieliśmy być w przyszłości, nieustraszonym twardzielem, przemierzającym nieznany świat wraz z ładną (na ile pozwalała animacja) dziewczyną i wiernym psem u boku.
Dlatego też, jako mały chłopiec zawsze miałem ciarki na plecach, kiedy widziałem intro z narracją Enza. Były takie dwa, pozwoliłem sobie wybrać jedno z nich.
Weźmy głęboki głos Matrixa, klimatyczną muzykę i ciekawe sceny akcji, dodajmy do tego nutkę nostalgii, a powstanie jedna z najlepszych czołówek w historii.




2. Batman The Animated Series

Czołówka w której wszystko jest dopięte na ostatni guzik i dopieszczone do granic absurdu. Od świateł reflektorów sterowca, poprzez wybuch w banku, zacienioną postać Mrocznego Rycerza, kopiącego tyłki dwóch opryszków, niedorzecznie długi Batmobil, aż po przecinającą niebo błyskawicę. Wszystko idealnie oddaje panujący w serialu klimat czarnego kryminału, a w połączeniu z motywem muzycznym w wykonaniu Danny'ego Elfmana wywołuje ciarki na plecach i wgniata w fotel niczym wkurzony Bane.



1.Batman Przyszłości

Usilnie próbowałem nie umieszczać na podium aż dwóch Batmanów, ale nic na to nie poradzę, Warner Bros. robią świetne kreskówki z jeszcze lepszymi czołówkami.
Batman Przyszłości różni się mocno od poprzedniej pozycji na liście, chociaż jest umiejscowiony w tych samych realiach, jednak wiele lat później. Bruce Wayne jest już za stary na bieganie po dachach w stroju nietoperza, dlatego rolę Batmana przejmuje jego zupełne przeciwieństwo - Terry McGinnis.
McGinnis jest młody, porywczy, nieokrzesany, w dodatku pochodzi z rozbitej, niezbyt zamożnej rodziny, jako zupełnie inny Batman w zupełnie innych czasach, musiał dostać również inne miasto. Co prawda to cały czas Gotham, jednak zaprojektowane w stylu futurystycznej, cyberpunkowej dystopii pełnej łotrów, którym nasz dzielny bohater musi kopać tyłki.
Skoro zmienił się Batman i zmieniło się Gotham, również i intro nie mogło przypominać tego z przygód starszego nietoperza.
Zamiast Elfmanowskiej symfonii, dostaniemy tutaj ciężki rockowy kawałek w wykonaniu kapeli Static-X, posiłkowany obrazami, które bardziej kojarzą się z Łowcą Androidów, niż z kreskówką dla dzieci. Wyłaniające się z mroku kolosalne budowle Gotham City, symboliczne przedstawienie przeciwników młodego Batmana, cmentarz wyłaniający się zza pleców Terry'ego, czy postać Batmana na tle wielkiego księżyca, a nawet pojawiające się na ekranie pojedyncze słowa, wszystko to ma na celu przykleić nas do telewizora i robi to bardzo skutecznie. Kiedy na ekranie pojawia się tytuł odcinka, widzowie są już kupieni. To intro to coś więcej niż prosta czołówka, to obietnica świetnej rozrywki, dane słowo, którego dzielni twórcy z WB dotrzymują prawie za każdym razem.




Oto moja lista najlepszych animowanych czołówek. Nie każdy musi się z nią zgadzać, zapewne ktoś inny ułożył by ten ranking zupełnie inaczej, sam kilka razy zmieniałem kolejność, a nawet kilka tytułów wyrzuciłem z listy na rzecz innych, a zapewne za parę dni, jeśli zerkną na ten wpis, dojdę do wniosku, że powinienem ułożyć ją inaczej. Jednak prawda jest taka, że jedna czołówka pozostanie już na zawsze najlepszą animowaną czołówką w historii, tak doskonałą, że cały powyższy ranking zupełnie traci sens:



czwartek, 19 września 2013

10 najlepszych animowanych czołówek (cz.1)

Kreskówki - kto z nas jako szkrab nie lubił ich oglądać? Jedne były lepsze, inne gorsze, jednak tak naprawdę, to pierwszych kilka chwil nastrajało nas pozytywnie, lub negatywnie, do konkretnego tytułu. Dlatego tak ważną rolę pełniło tutaj intro. Jeżeli ono było słabe, to i tego co po nim następowało, nie chciało nam się oglądać (chyba że był to Dragon Ball z francuskim dubbingiem). Nieraz również się zdarzało, że samo intro było dużo lepsze niż serial, postanowiłem więc zagłębić się nieco w temat i stworzyć listę dziesięciu najlepszych intrów... intr... inter... czołówek z seriali animowanych.

10. Swamp Thing

Ten tytuł trafił na listę z jednego powodu - twórcy uznali, że świetnym pomysłem będzie przerobienie na potrzeby czołówki do serialu piosenki Jimiego Hendrixa "Wild Thing".
Trudno nie przyznać im racji. Co prawda animacja w czołówce, jak i w samym serialu pozostawia wiele do życzenia, przedstawione w niej sceny niespecjalnie zachęcają do oglądania i nikt nie pali gitary, ale hej, w końcu to Hendrix, a raczej ktoś, kto próbuje udawać Hendrixa i w ogóle mu nie wychodzi. Studio DiC dostaje piątkę za pomysł i naciągane trzy minus za wykonanie.





9. Faceci w Czerni

Animowany spin-off popularnego filmu z Tommy Lee-Jonesem i Willem Smithem. Motyw muzyczny tego serialu różnił się nieco od motywów z innych kreskówek powstających w tym samym czasie, które zazwyczaj były rockowe i szybkie. MIB idzie w drugą stronę, serwując nam spokojniejszą muzykę, która jednak w połączeniu z prezentowanymi na ekranie obrazami, idealnie wprowadza nas w klimat serii. Zresztą, zobaczcie sami:



                                   
8. Liga Sprawiedliwych: Bez Granic

Liga sprawiedliwych - najznamienitsi bohaterowie świata. Zasłużyli sobie na godną czołówkę i taką dostali, a w zasadzie nawet dwie. Zarówno intro Ligi Sprawiedliwych, jak i Ligi Sprawiedliwych: Bez Granic prezentują się bardzo dobrze, jednak to drugie ma o wiele ciekawszy motyw muzyczny, uświadczymy w nim również kilka scen z serialu, które pokazują nam czego możemy się spodziewać, podczas gdy intro "zwykłej" Ligi Sprawiedliwych ukazuje nam jedynie oświetlone złotą poświatą wizerunki głównych postaci, które w zasadzie niewiele nam mówią.



7. Iron Man

Oto intro, które każdy prawdziwy mężczyzna powinien oglądać przed poranną kawą zagryzioną cygarem. Czołówka tak ociekająca testosteronem, że od samego patrzenia na nią rosną włosy na klacie. Tony Stark uderzający młotem w ogromne kowadło, wykuwający swoje wspaniałe zbroje.
To intro ma bardzo jasne przesłanie - jeśli nie jesteś prawdziwym mężczyzną, nie oglądaj tej kreskówki.




6. Pokémon

Jestem dumnym przedstawicielem pokolenia, którym w pewnym momencie zawładnęły na spółkę Pokemony i Dragon Ball. Francuskojęzyczne intro Dragon Balla które musieliśmy oglądać pozwolę sobie przemilczeć. Pokemon to jednak coś więcej niż serial, to cała kultura. Życie towarzyskie w podstawówkach początku ubiegłej dekady opierało się na tej marce. Serial, gry, zabawki, legendarne kapsle tazo, naklejki, karty (które w większości przyczyniały się do promowania hazardu wśród nieletnich). Wszyscy byliśmy omamieni kieszonkowymi potworami. Kto nie marzył o liście z Hogwartu, ten chciał zostać trenerem Pokemon. Niestety, rzeczywistość nie była taka kolorowa i złapane biedronki, czy koniki polne nigdy nie chciały wykonywać naszych poleceń (prawdopodobnie miały dla nas za wysoki poziom) i uciekały przy pierwszej możliwej okazji.
Tak czy inaczej, ten utwór, ta wspaniała tyrtejska pieśń w wykonaniu Janusza Radka niosła nadzieję, motywowała do działania, pomagała wstać rano z łóżka, bo wiedzieliśmy, że kiedy skończymy lekcje i wrócimy do domu, w kwadratowym pudełku w naszym salonie będzie na nas czekał wspaniały świat niezwykłych istot i ciekawych przygód.
Trochę przesadziłem, patrząc z perspektywy czasu, Pokemon to przeciętny serial dla dzieci (gry są jednak ciągle świetne), nie wiem jak wyglądają jego nowe sezony, bo zakończyłem swoją przygodę z telewizyjnymi Pokemonami gdzieś w trakcie ligi Johto, jednak piosenka z intro wypadła naprawdę świetnie i każdy znał ją na pamięć. Być może przemawia przeze mnie nostalgia, jednak to o czymś świadczy, kiedy po tylu latach potrafię ją zaśpiewać bez zająknięcia.
Niestety samej czołówki w wersji polskiej nigdzie w internecie znaleźć nie mogę, jednak w bonusie cała piosenka w wykonaniu Janusza Radka.





Pierwsza piątka z tej listy już niebawem. Tymczasem pamiętajcie, że jest to subiektywna lista, oparta na moich prywatnych odczuciach i wcale nie musicie się z nią zgadzać, polemika jest nawet wskazana.

niedziela, 15 września 2013

Wielka Kolekcja #19 - Kapitan Ameryka: Nowy Porządek


Kapitan Ameryka to bohater, który większości ludzi (szczególnie tym, którzy nie czytali nigdy jego przygód), kojarzy się z kiczem i przesadną patetycznością. W końcu chodzi ubrany w barwy narodowe, a jego rola sprowadza się do kopania tyłków tym, którzy zagrażają amerykańskiemu marzeniu.
W Zimowym Żołnierzu, Ed Brubaker pokazuje nam, że Steve Rogers to ktoś więcej, niż żołdak z uśmiechem kopiący tyłki nazistów. Ukazuje nam głębię tej postaci, cierpienie przez jakie musiał przejść, przeżywając piekło wojny i tracąc najbliższych.

Nowy Porządek to komiks wyjątkowy. Pierwszy z Kapitanem Ameryką wydany po 11 września 2001. Pokazuje nam, że wiele się zmieniło od czasów drugiej wojny światowej, kiedy Kapitan tłukł na kwaśne jabłko ludzi Hitlera i Red Skulla. Nastały czasy terroryzmu, wojny prowadzonej z ukrycia i wymierzonej w cywili, zagrażającej przede wszystkim życiu niewinnych.
Ten album pokazuje nam jak głęboko komiks jest zakorzeniony w amerykańskiej kulturze. Kapitan Ameryka nie jest i nigdy nie będzie tylko osiłkiem w trykocie, który kopie tyłki złych ludzi. Jest on symbolem, zwierciadłem, w którym odbija się to potężne mocarstwo, jego pragnienia i nastroje.
Pierwsze co widzimy w tym komiksie, to Steve Rogers, który bez maski na twarzy i bez tarczy z białą gwiazdą rusza na pomoc ludziom przygniecionym przez ruiny World Trade Center, nie jako obrońca Ameryki, ale jako jej obywatel.


Album ten świetnie oddaje nastrój strachu i terroru, jaki zapanował w tamtym czasie w Stanach Zjednoczonych. Jednak mimo swojego politycznego charakteru nie zanudza czytelnika, oferując również rozrywkę na wysokim poziomie.
Scenariusz, którego autorem jest John Ney Rieber, nie skupia się na samym ataku z 11 września, ale na następujących później - na szczęście już fikcyjnych - aktach terroryzmu, które Kapitan musi powstrzymać. Przedstawiona tutaj historia z pewnością trzyma w napięciu i nie pozwala odłożyć komiksu aż do ostatniej strony.

Za rysunki odpowiadał John Cassaday, z którym już mieliśmy okazję się spotkać w ramach Wielkiej Kolekcji. Tym razem również zachwyca nas świetnymi rysunkami. Aczkolwiek, w pewnym momencie podczas walki Kapitan przybiera jedną z najbardziej komicznych póz, jakie miałem okazję oglądać w komiksach, co - biorąc pod uwagę poważną otoczkę komiksu - było trochę nie na miejscu.



Nowy Porządek może wydawać się nieco zbyt ciężki i przesiąknięty polityką, przez co na pewno nie każdemu się spodoba. Jest to jednak obowiązkowa lektura dla wszystkich, którzy uważają Kapitana Amerykę, za kiczowatego, pompatycznego osiłka w rajtuzach.

wtorek, 10 września 2013

Wielka Kolekcja #18 - Iron Man: Pięć Koszmarów



Matt Fraction i Salvador Larocca stworzyli historię mającą przyciągnąć do czytania przygód Pancernego Mściciela nowych fanów, kupionych poprzez świetną ekranizację w reżyserii Jona Favreau.
Trzeba przyznać, że świetnie udało im się uchwycić klimat filmu z Robertem Downeyem w roli głównej.
Wszystko, od kreacji głównego bohatera, poprzez relacje z Pepper Potts, aż po głównego antagonistę, nawiązuje do filmowej adaptacji przygód Iron Mana.
W ogóle filmy i komiksy o Iron Manie, które wychodziły w podobnym czasie wzorują się jedne na drugich.
Widać to szczególnie na przykładzie przeciwnika Tony'eo z tego albumu. Jest nim Ezekiel Stane, syn Obadaiaha Stane'a, z którym Iron Man mierzył się w pierwszym filmie, chce on zemścić się na Starku za śmierć ojca, podobnie jak Ivan Vanko z drugiego filmu, co więcej jest terrorystą działającym w sposób uderzająco podobny do AIM w filmie trzecim.  


Tony Stark w Pięciu Koszmarach ma na prawdę sporo na głowie. Jest nie tylko szefem Stark Industries i superbohaterem w metalowej zbroi, ale również naczelnikiem SHIELD.
Co więcej na scenę wkracza młody Zeke Stane, spełniając najgorszy ze wszystkich pięciu koszmarów Iron Mana.
Ezekiel to ciekawa postać, prezentująca najgorsze połączenie, jakie można sobie wyobrazić, jest geniuszem i terrorystą. Obie te cechy z wielką starannością pielęgnuje. Stane wprowadza zamachy terrorystyczne na wyższy poziom, wszczepiając w klatki piersiowe zamachowców-samobójców ładunki o sile zbliżonej do siły wybuchu bomby atomowej.
Fraction i Larocca nie wzdragają się przed serwowaniem nam scen masowego, pozbawionego skrupułów ludobójstwa, dokonywanego przez fanatyków, upojonych potęgą, jaką dał im Stane.
Terroryzm to temat, który pojawia się często przy okazji przygód Iron Mana, jednak rzadko prezentowane są zamachy na taką skalę. Zamachy, w których giną nie tylko postronni obywatele, ale również bohaterowie (konkretnie filipińska grupa herosów, zwana Zwycięską Dywizją).

Jednak widowiskowe walki i brutalne zamachy to nie wszystko. Zagłębimy się również w umysł zmęczonego, przygniecionego obowiązkami Tony'ego Starka. Poznamy jego pięć koszmarów, z których ziścił się ten największy.
Matt Fraction skupia się również na kontaktach głównego bohatera z innymi postaciami. Przede wszystkim z Pepper Potts. Autorowi udaje się uchwycić nietypową przyjaźń panującą między tą dwójką, jak również stosunki łączące Tony'ego z Marią Hill, jego zastępczynią w SHIELD, Jamesem Rhodesem (chociaż pojawia się w komiksie tylko na chwilę), czy Peterem Parkerem. 



Salvador Larocca zgrabnie zinterpretował scenariusz Fractiona. Ilustracje co prawda nie zapierają tchu w piersiach, jak na przykład te Alexa Rossa w Marvels. Są jednak schludne i miłe dla oka. Sceny walk, czy terrorystycznych zamachów robią niemałe wrażenie, postacie są dopracowane, a ponieważ akcja komiksu toczy się w różnych miejscach na całym świecie, Larocca zadbał o to, abyśmy mogli odgadnąć miejsce akcji już po samym krajobrazie. Jedyne do czego mogę się tutaj przyczepić to pornowąs Tony'ego Starka, który z jakiegoś powodu kojarzy mi się z Gomezem Addamsem, oraz twarz Reeda Richardsa, który wygląda tutaj jak nastolatek z siwymi pasmami włosów.


Pięć Koszmarów to komiks skierowany głównie do fanów filmowych przygód Iron Mana, jednak z pewnością spodoba się również "starym wyjadaczom" przygód Człowieka z Żelaza. Jeśli podobała wam się pierwsza część filmowej trylogii, powinniście łapać za ten komiks bez zastanowienia, w przeciwnym wypadku również nie powinniście go omijać szerokim łukiem, gdyż jest to bardzo dobra, przyzwoicie narysowana i bardzo wciągająca historia.

środa, 4 września 2013

Jeszcze trochę o nowym Wiedźminie

Niedawno w sieci pojawił się kolejny trailer wiedźmina, który wygląda świetnie i na pewno rozbudził apetyt u fanów białowłosego mutanta, ale co z samą grą? Jak będzie wyglądał gameplay? Jak duży będzie świat? Czego dotyczyć będzie historia? Na te i kilka innych pytań odpowiada Konrad Tomaszkiewicz w tym wywiadzie.

Podoba mi się, że główna osi fabuły skupia się na postaci Geralta, a ingerowanie w wydarzenia polityczne będzie opcjonalne. Jak pisałem już wcześniej nieco obawiałem się otwartego świata w wiedźminie. Po prostu bałem się, że twórcy nie sprostają temu wyzwaniu. Jednak jeśli Angry Joe twierdzi, że lokacje tego wielkiego, otwartego świata są równie ciekawe i szczegółowe co lokacje w dwóch poprzednich "zamkniętych" Wiedźminach, to ja mu wierzę.
To co naprawdę mnie zainteresowało, to system wiedźmińskich zmysłów i polowania na potwory.
Już przy drugiej części twórcy zrozumieli, że polowanie nie sprowadza się tylko do odwiedzenia leża potwora i spuszczenia mu przysłowiowego łomotu. Wprowadzili na przykład pułapki, czy przynęty, jednak jak wynika z powyższego wywiadu, w "trójce" polowanie na potwory będzie rozbudowane do granic możliwości. Odnajdowanie informacji na temat zwyczajów, czy słabości poszczególnych bestii, tropienie ich po śladach, oraz ciekawe, dynamiczne walki "przypominające walki z bossami", do tego około osiemdziesięciu gatunków potworów, przy czym każdy ma swój unikatowy pakiet zachowań. Prawdopodobnie doprowadzi to do niemałej rewolucji w świecie komputerowych RPG, a na pewno podniesie ocenę nowego Wiedźmina o kilka oczek w górę.
Ciekawi mnie jak dokładnie będzie wyglądał wspomniany system wiedźmińskich zmysłów. Podejrzewam coś na zasadzie trybu detektywa z Arkham City i Arkham Asylum, chociaż mam nadzieję, że nie będzie to tryb, który da się włączyć i wyłączyć (w końcu to zmysły), ale że będzie "uruchamiał" się sam reagując na otoczenie i te jego elementy, do których wiedźmińskie zmysły można zastosować.
Jednak Wiedźmin, to przede wszystkim fabuła, oraz wspaniały, żywy, "prawdziwy" świat. Jeżeli twórcy skopią te dwie kwestie, nie pomoże im nawet najlepszy gameplay i grafika.

Na chwilę obecną zdaje się, że Wiedźmin 3 nie może zawieść. Chociaż "dwójka" nie była do końca tym, czego oczekiwałem, mocno wierzę w to, że CD Projekt nie pozwoli sobie na żadną wpadkę przy produkcji zwieńczenia tej wspaniałej trylogii. Przyjdzie nam przekonać się o tym dopiero w przyszłym roku, ale ja już wiem, że muszę zrobić na półce miejsce na edycje kolekcjonerską trzeciego (i miejmy nadzieję ostatniego) Wiedźmina.