Ach, ekranizacje. Niektóre z nich są słabe, inne dobre, jeszcze inne (jak na przykład "Łowca Androidów") po latach stają się bardziej popularne niż ich książkowe odpowiedniki. Które z nich jednak warto oglądać, a które lepiej ominąć szerokim łukiem, dla własnego dobra? Spróbuję chociaż częściowo odpowiedzieć na to pytanie, zaczynając od rodzimej produkcji, która powstała kilka miesięcy temu, "Felix, Net i Nika, oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa".
"Weźmy pierwszy i ostatni rozdział książki i na ich podstawie zróbmy film" - taki pomysł zagościł w głowach twórców ekranizacji książki Rafała Kosika.
Książka opowiada o trójce gimnazjalistów, którzy przy pomocy tajemniczego urządzenia znalezionego w starej, niemieckiej bazie podróżują w czasie.
Przed pójściem do kina, czytałem w "Nowej Fantastyce" artykuł, w którym Kosik ostrzega fanów przed licznymi drastycznymi zmianami. Rozumiem, że na potrzeby ekranizacji, często trzeba nieco pozmieniać historię, lub wyciąć z niej pewne wątki. Tutaj jednak ze wszystkich istotnych wątków, wybrano tylko jeden, na którym film się skupia, a który pojawia się dopiero na kilkudziesięciu ostatnich stronach książki.
Nawet tytuł zatracił swoje znaczenie, chociaż twórcy próbują go jakoś wcisnąć na siłę w ostatniej scenie.
Co więcej "Teoretycznie Możliwa Katastrofa" to druga część przygód Felixa, Neta i Niki, gdzie w takim razie podziała się pierwsza? Podobno "Gang Niewidzialnych Ludzi" miał powstać wcześniej, jako miniserial, jednak problemy finansowe na to nie pozwoliły.
Serial byłby dobrym rozwiązaniem, stuminutowy film to zdecydowanie za mało, aby przedstawić historię z tej książki, nawet jeśli wycina się trzy czwarte jej fabuły. Tym bardziej, że twórcy wrzucają do filmu sceny, które nie mają żadnego sensu, jak chociażby początkowa scena z rosiczką, która w książce była dosyć istotna, a w filmie, dzięki zabiegom scenarzystów służy tylko i wyłącznie "pochwaleniu się" efektami specjalnymi.
"Felix, Net i Nika..." to podobno pierwszy polski film wykorzystujący efekty specjalne z prawdziwego zdarzenia. Faktycznie, efekty są, może daleko im do "Avatara", ale przynajmniej fabularnie filmy prezentują podobny poziom.
Czy mimo mojego jęczenia warto obejrzeć ten film? Zdecydowanie lepiej przeczytać książkę (uprzednio czytając oczywiście "Gang Niewidzialnych Ludzi"), jednak jeżeli macie pod ręką jakiegoś nieletniego, możecie obejrzeć z nim "Teoretycznie Możliwą Katastrofę". Młodzi aktorzy wypadają całkiem nieźle, a film chociaż leży jako adaptacja książki, sprawdza się jako przygodowy film dla dzieci.
Sam Raimi to reżyser, który miał na mnie bardzo duży
wpływ już od najmłodszych lat. Dzięki jego Spider-Manowi (który z perspektywy
czasu wydaje mi się dosyć kiepski) pokochałem świat komiksowych superbohaterów.
Jednak dużo większe piętno na mym, dziecięcym wówczas, umyśle odcisnął kilka
lat wcześniej.
Kiedy miałem jakieś pięć, lub sześć lat, podobnie jak
wszyscy moi rówieśnicy zachwycałem się Power Rangers, Tabalugą, czy, trochę
później, Pokemonami, jednak fakt posiadania sporo starszego brata pomógł mi
zapoznać się również z filmami innego typu.
Kiedy ja całe dnie traciłem na oglądanie wyżej
wymienionych tytułów, mój starszy brat przeżywał akurat okres fascynacji
filmami gore i slasherami, które namiętnie oglądał na video, nie zważając na
kilkuletniego brzdąca, siedzącego obok (dzięki Ci, bracie za te wszystkie
nieprzespane noce).
Tak poznałem „Martwe Zło 2”, jakkolwiek dziwnie i głupio
by to nie brzmiało, najważniejszy film mojego życia.
Obecnie „Evil Dead” nie straszy mnie już tak bardzo,
jak piętnaście lat temu, jednak cały czas uważam, że jest to cholernie dobry
film. Oczywiście, w zależności od tego, co kto uważa za dobre. Nie jest to
„Obywatel Kane”, jednak jak na horror klasy B, broni się całkiem nieźle.
Bruce Campbell jako Ash, kultowa „scena z jeleniem”, czy Henrietta,
pozostają na ustach i w umysłach fanów tego typu filmów już od ćwierć wieku i
zapewne pozostaną jeszcze na długie lata.
Cały czas trwają spory, czy film jest sequelem
oryginalnego „Martwego Zła”, czy raczej, wbrew dwójce w tytule jest to remake.
Przedstawiciele tego pierwszego stanowiska mówią, że to
ewidentnie sequel, gdyż tylko przypomina wydarzenia z „jedynki”, które
następnie są kontynuowane, ich przeciwnicy natomiast grzmią, że wydarzenia z
poprzedniej części są przedstawione w nieco inny sposób, więc musi być to
remake.
Mnie osobiście mało to obchodzi, najważniejsze, że
oglądanie tego filmu sprawia mi cholernie dużą frajdę.
Sama fabuła nie jest specjalnie skomplikowana. Główny
bohater Ash, wraz ze swoją dziewczyną, Lindą (w pierwszej części z grupą
przyjaciół)jadą na weekend do domku w lesie, w którym wcześniej mieszkał pewien
archeolog.
Na miejscu znajdują magnetofon, z którego odtwarzają
nagranie profesora, który tłumaczy zaklęcie z księgi Necronomicon. Każdy kto
chociażby słyszał tę nazwę, wie, że nie jest to dobry pomysł. Zaklęcie budzi
pierwotne, nienazwane zło, które próbuje przedostać się do naszego świata.
Efekty specjalne filmu zestarzały się mocno i zwyczajnie
nie są straszne, jednak rosnące napięcie i klimat szaleństwa, jakim powoli
obrasta główny bohater, nie zestarzeją się nigdy, dzięki czemu film cały czas
potrafi wywołać ciarki na plecach, chociaż nie robi tego tak dobrze, jak kilka
lat temu.
Do trylogii „Martwe Zło” należy podchodzić z wielkim
dystansem. O ile pierwsza część jest horrorem w pełnym tego słowa znaczeniu, to
jednak jest to po prostu ogłupiająca rąbanka z demonami, siekierą i ciężkim
klimatem, w której o erudycji jej twórców świadczy wyłącznie nawiązanie do prozy
Lovecrafta.
„Dwójka” jest już nieco łagodniejsza od poprzedniej
części, można się w niej dopatrzeć nawet pewnych, niewielkich (konkretnie
wielkości dłoni) elementów komediowych, które wywołują iście groteskowy efekt,
jednak to cały czas horror pełną gębą. „Armia Ciemności”, zamknięcie trylogii,
ma zupełnie inny klimat od poprzednich części i jest już raczej czarną komedią
(chociaż jako szkrab, nawet tej części się bałem).
Raimi rezygnuje w „Armii Ciemności” ze znanego z dwóch
poprzednich części domku w lesie i przenosi akcję do średniowiecznej Europy,
oczywiście razem z głównym bohaterem.
Ash cofa się w czasie, gdzie dowiaduje się, że aby wrócić
do swoich czasów, musi zdobyć (dumdumduuuum!) Necronomicon.
Odnajduje księgę, jednak źle wypowiada jedno zaklęcie,
przez co budzi tytułową Armię.
Ash jest już jednak zaprawionym w boju badassem i nie boi
się bandy umarlaków.
Demony Armii Ciemności, w przeciwieństwie do tych z
poprzednich części, nie budzą grozy, a wywołują uśmiech, rzucają żartami, oraz
są animowane w (celowo) zabawny sposób.
Później nie powstawały już filmy tego typu, trylogia
Raimiego przez wiele lat była niepowtarzalna, jednak trzy lata temu, reżyser
postanowił powrócić do korzeni, czego efektem był film „Wrota do Piekieł”, z
Alison Lohman w roli głównej.
„Wrota do Piekieł” to swoisty duchowy spadkobierca „Martwego
Zła”, ten sam czarny humor, obrzydliwe efekty specjalne, mocno podrasowane,
jednak utrzymane w podobnym klimacie, oraz te same pozostawione bez odpowiedzi
pytania o logikę (kto do cholery, trzyma w komórce kowadło, podwieszone na
linie pod sufitem?!).
Na samą myśl o trylogii Raimiego, a w szczególności jej
drugiej części, łezka się w mym oku kręci. Zawsze chętnie puszczam ten film
znajomym, kiedy spotykamy się przy piwie, jednak niewielu z nich potrafi
dojrzeć tę magię, którą dostrzegłem ja.
Za Asha, który był bohaterem mego dzieciństwa, za
groteskowy humor, za trzymające w napięciu sceny, w końcu za przyjemną rzeźnię
i hektolitry (dosłownie) krwi, kocham trylogię „Martwe Zło”.
W czasach, które na szczęście znam tylko z opowieści,
kiedy sklepowe półki świeciły pustkami,a każda książka, gazeta, utwór muzyczny, czy nawet komiks, przed
wydaniem przechodziły ścisłe kontrole, twórcom mimo wszystko nie brakowało wyobraźni
i inwencji twórczej.
Najlepszym tego przykładem jest Stanisław Lem,o nim jednak innym razem.
Teraz chciałem opowiedzieć o Bogusławie Polchu, Macieju
Parowskim i Jacku Rodku,a raczej o
stworzonym przez tych panów detektywie.
Funky Koval, bo o
nim mowa,to kosmiczny detektyw pracujący
w agencji Universs.
Porucznik Koval to typ maczo-kobieciarza,który chętnie rzuca się w wir akcji i ratuje
piękne panie z opresji. Ot, typowy główny bohater, nie pozbawiony charakteru.
Funky to jednak nie Rambo i jeśli nie musi nie działa
sam.
W licznych przygodach często towarzyszy mu piękna
Brenda, której twarzy użyczyła Dana Polch, małżonka rysownika, oraz jego szef
Paul Barley, inspirowany postacią Lecha Jęczmyka.
W komiksie pojawia się w ogóle dużo postaci wzorowanych
na mniej, lub bardziej znanych osobistościach, a scenarzyści wpisali do
historii nawet samych siebie.
Czterdziestodziewięciostronicowy album opowiada o kilku,
nie powiązanych ze sobą misjach agencji Universs, w trakcie których Funky
zwiedza odległe planety, ratuje miss universum, a nawet cofa się w czasie.
Funky Koval (komiks, nie bohater)w
pewien sposób kojarzy mi się z Kapitanem Żbikiem, może to przez kreskę Bogusława
Polcha, który pracował również przy Żbiku, lub ze względu na fakt, iż oba
komiksy powstawały w tych samych realiach, mają więc pewne cechy wspólne.
Pierwszy album opowiadający o przygodach Funky’ego
zakupiłem za całkiem rozsądną cenę dwudziestu jeden złotych,dostając za te pieniądze ładne, odświeżone
wydanie, na dobrym śliskim papierze. Dla porównania stary komiks „Batman &
Judge Dredd” (o którym również planuję napisać) mający niemal tyle lat co ja, oraz gubiący kartki, kupiłem trzy
razy drożej. Niestety, tak to już w świecie komiksów bywa, że im coś bardziej
zniszczone, tym zazwyczaj droższe.
Podobno powstaje film na podstawie komiksów o Funky’m, a
w tytułową rolę ma wcielić się Josh Holloway. Jednak chociaż filmweb twierdzi,
że premiera filmu „będzie” w roku 2011, cały czas ani widu, ani słychu
filmowego Kovala.
Pierwszy album opowiadający o przygodach Funky’ego
sprawia wrażenie, jakby twórcy sami jeszcze do końca nie wiedzieli co chcą
zrobić z komiksem, oraz jak dalej potoczy się akcja, jest to jednak częsta
przypadłość początków serii. Wnioskując po opinii jaką cieszy się Funky wśród
fanów komiksu, śmiem twierdzić, że stan ten zmienia się, wraz z kolejnymi
albumami.
Mimo wszystko, ciężko mi komukolwiek ten komiks polecić.
Jeśli ktoś lubi komiksy, zapewne już czytał, lub przeczytać ma zamiar, a jeśli
ktoś za nimi nie przepada, po przeczytaniu Funky’ego raczej się nie przekona. Tak czy
inaczej, jest to dosyć istotny kawałek polskiej popkultury i znać się powinno,
tak jak Mickiewicza, czy Kochanowskiego.
Jak zapewne wszyscy zauważyli, ostatnimi
czasy nie udzielałem się na blogu, co wytłumaczyć mogę swoją przeprowadzką. Na szczęście Meph pracowała za dwoje kiedy mnie nie było.
Nadszedł jednak najwyższy czas, aby nadrobić zaległości.
Nadrabianie zacznę
od obiecanego już wcześniej, szerszego artykułu n temat „Diuny”.
„Kroniki Diuny” Franka Herberta, to
niewątpliwie arcydzieło s-f, często porównywane do "Władcy Pierścieni". Faktycznie można dostrzec tutaj pewną analogię. Herbert, na
podobieństwo Tolkiena stworzył
rozbudowane, bogate uniwersum, w którym osadził
akcję swoich książek.
Jednak o ile w trylogii Tolkiena mamy do czynienia z
szablonową heroic fantasy (wszak Tolkien sam ten szablon stworzył), książki
Herberta są bardzo nietypowe i zrywają z wieloma tradycyjnymi dla
science-fiction schematami.
Co więcej, historia „Diuny” jest o wiele
bardziej zawiła i nieprzewidywalna, a bohaterowie ciekawi i niejednowymiarowi.
To właśnie wciągająca, pełna tajemnic
fabuła zadecydowała o sukcesie „Diuny”, która po prawie pięćdziesięciu latach
od wydania, ciągle sprzedaje się całkiem nieźle. Żywotność serii utrzymuje w
pewnym stopniu Brian Herbert, syn autora, który w tandemie z Kevinem J.
Andersonem, wydaje coraz to kolejne prequele, sequele i interquele oryginalnej
sagi.
Na „Kroniki” składa się sześć tomów:
„Diuna”, „Mesjasz Diuny”, „Dzieci Diuny”, „Bóg Imperator Diuny”, „Heretycy
Diuny”, oraz „Diuna: Kapitularz” (lub w innym tłumaczeniu „Kapitularz Diuną”).
Opowiadają one o losach pustynnej planety Arrakis, przez tubylców zwanej
właśnie Diuną i rządzącego nią rodu Atrydów.
Pierwsze trzy tomy, opowiadające o losach
trzech pokoleń Atrydów, to najlepsze, nie tylko książki, ale w ogóle dzieła s-f
z jakimi miałem do czynienia (z którymi konkuruje chyba tylko Blade Runner).
Historia zaczyna się w momencie, kiedy
książę Leto Atryda z rozkazu imperatora ma przejąć władzę na Arrakis , gdzie
będzie nadzorował wydobycie substancji zwanej melanżem, wytwarzanej przez
żyjące na planecie ogromne czerwie pustyni. Melanż jest szeroko wykorzystywany
w całym wszechświecie, gdyż posiada liczne właściwości, między innymi przedłuża
życie, czy pozwala w ograniczonym stopniu przewidywać przyszłość, dzięki czemu
nawigatorzy statków kosmicznych potrafią omijać przeszkody, zanim te pojawią
się na ich drodze.
Oddanie władzy nad Diuną Atrydom jest
jednak częścią wymierzonego przeciw nim spisku, który cesarz uknuł razem z
Baronem Harkonnenem, wrogiem księcia Leto, poprzednio rządzącym pustynną planetą.
Głównym bohaterem pierwszych dwóch części
cyklu jest Paul Atryda, syn Leto, którego poznajemy jako nastolatka.
Paul
okazuje się być postacią z fremeńskich legend, Muad’Dibem, Mesjaszem Diuny. Po
tragicznej śmierci Leto, Paul i jego matka, Lady Jessica, uciekają do fremeńskiej
siczy, gdzie otrzymują schronienie. Po kilku latach Muad'Dib wraz z Fremenami
odbijają Diunę z rąkHarkonnenów, a
następnie ruszają na podbój całego wszechświata.
Paul zostaje imperatorem, a w imperium zapanowuje pokój, jednak dawne potęgi rządzące wszechświatem wymierzają
w Muad’Diba spisek, który ostatecznie doprowadza do jego śmierci. (Ale czy na pewno?!) Dlatego też w trzecim tomie obserwujemy historię dzieci Paula,
bliźniąt Leto i Ganimy, które w wyniku działań melanżu zażywanego przez ich matkę, posiadają wspomnienia wszystkich swoich przodków.
„Dzieci Diuny” to
ostatni tom który naprawdę mnie wciągnął.
W czwartym tomie autor postanawia przenieść
akcję o trzy tysiące lat w przyszłość i wprowadza dużo zmian, które lekko
zniechęciły mnie do dalszego czytania. Przyzwyczaiłem się i szczerze polubiłem świat
„Diuny” takim jakim był w pierwszych tomach, więc wraz z tomem czwartym powoli
traciłem zainteresowanie, chociaż sam tytułowy Bóg Imperator to jedna z
najciekawszych postaci z jakimi spotkałem się na kartach książek. Tom piąty
przynosi nam przeskok o kolejne półtora tysiąca lat, odbierając mi resztki
zainteresowania serią. Przebrnąłem jednak jakoś przez dwa ostatnie tomy i
dochodzę do wniosku, że było warto. Teraz powinienem zabrać się za serie
pisane przez Briana Herberta, jednak na razie mam dosyć uniwersum "Diuny".
To co dodatkowo przemawia za zapoznaniem
się ze światem „Diuny”, to sposób w jaki Herbert buduje napięcie. Wątki i
tajemnice wręcz piętrzą się przez całe tomy, aby w dwóch, czy trzech ostatnich
rozdziałach zalać nas falą rozwiązań i wyjaśnień tak niespodziewanych, że mogą
wywołać krwotok z nosa (jeden tom oddałem do biblioteki lekko poplamiony).
Nie należy zapominać również o wspaniałym, rozbudowanym
świecie, pełnym tajemniczych istot, galaktycznych organizacji i różnorodnych
planet. Chociaż większość akcji toczy się oczywiście na Arrakis, która przez
autora została dopieszczona do granic możliwości. Zamieszkujące je istoty z czerwiami
na czele, fremeni, oraz ich zwyczaje, czy techniki radzenia sobie z życiem
na pozbawionej wody planecie zasługują na słowa uznania.
Z bogactw świata stworzonego przez Franka
Herberta czerpie nie tylko jego syn. Na podstawie książek powstało kilka gier
komputerowych (w które niestety nie miałem okazji zagrać), w 1984 David Lynch
zekranizował pierwszy tom „Kronik Diuny”, z Kylem MacLachlanem w roli Paula
Atrydy, oraz takimi sławami jak Sting, czy Patrick Stewart. Film zbiera bardzo
różne opinie, najczęściej nieprzychylne, sam Lynch również niechętnie o
nim wspomina.
Ekranizacja „Diuny” faktycznie posiada liczne błędy, a oglądając
miałem wrażenie, że gdybym nie czytał książki nie wiedziałbym o co chodzi. Pomimo
tego (i pomimo brwi Thufira Hawata), film oglądało mi się całkiem przyjemnie,
może z powodu sentymentu do książki, albo bardzo udanych (jak na rok produkcji)
efektów specjalnych, ciągle jednak zdarza mi się od czasu do czasu włączać film
i oglądać pojedyncze sceny.
W roku 2000 powstał jeszcze mini serial na podstawie pierwszego tomu książki, pod tym
samym tytułem, a trzy lata później jego kontynuacja zatytułowana „Dzieci Diuny”.
Na 2014 rok została zapowiedziana kolejna
ekranizacja „Diuny”, czekam na nią, żywiąc nadzieję, że autorzy wyciągną jakieś
wnioski z błędów swoich poprzedników.
To tyle na temat prozy Franka Herberta.
Jeżeli ktoś czuje niedosyt i uważa, że dowiedział się za mało, proponuję udać
się do najbliższej księgarni, lub biblioteki i przekonać się na własnej skórze
o talencie Tego autora.
Nie zdziwcie się, drodzy czytelnicy, jeśli
w najbliższym czasie pojawi się notka na temat twórczości Briana Herberta i
nowszych ekranizacji „Kronik”. Bo chociaż na chwilę obecną mam przesyt Diuny,
jest to uniwersum na tyle ciekawe, że sytuacja ta może się szybko zmienić.
Długi czas zbierałem się do napisania tej notki,
a to dlatego iż o serialu „Doktor Who” można tyle napisać, że albo będzie ona
horrendalnie długa, albo śmiesznie krótka, biorąc pod uwagę ogrom tematu.
Z góry uprzedzam, że nie znajdziecie tutaj
za dużo suchych informacji na temat serialu, a raczej moje osobiste wrażenia i
przemyślenia na jego temat, które postaram się jakoś uporządkować, aby
potencjalny czytelnik się w tym nie pogubił. Spróbuję jedynie ogólnie zarysować
z czym to się je, aby ludzie którzy w ogóle nie znają tematu mieli pojęcie o co
chodzi.
Otóż „Doktor Who” to brytyjski serial
science-fiction kręcony w latach 1963-89, a następnie kontynuowany od roku 2005
po dziś dzień.
Serial opowiada o tytułowym Doktorze, przedstawicielu
kosmicznej rasy Władców Czasu z planety Gallifrey, którzy dzięki statkom zwanym
TARDIS (Time And Relative Dimensions In Space) potrafią podróżować w czasie i
przestrzeni. TARDIS Doktora w wyniku usterki systemu kamuflażu imituje na stałe
londyńską budkę policyjną z lat 50tych.
Co więcej, Władcy Czasu posiadają wyjątkowy
sposób na unikanie śmierci. Otóż, kiedy któryś z nich jest stary (co w ich
przypadku jest sporym wyczynem), śmiertelnie chory, lub ranny, potrafi się
zregenerować, co owocuje zupełną zmianą wyglądu, jak i charakteru. Dzięki temu
twórcy mogli bez problemu zmienić aktora grającego główną rolę, jeśli zaszła
taka konieczność, oraz nadać serialowi nieco świeżości.
Osobiście z serii emitowanych w
latach 63-89 widziałem tylko pojedyncze epizody (jedynie sezon 12 z czwartym
wcieleniem Doktora granym przez Toma Bakera widziałem w całości) i niewiele
mogę o nich powiedzieć. Nowe serie obejrzałem za to już kilka razy i mógłbym o
nich opowiadać godzinami, jednak zacznijmy od początku.
"Where do you want to start?"
Wszystko zaczęło się od tego gifa:
Natrafiłem nań na jakiejś przypadkowej
stronie z wszelkim internetowym śmieciem i bardzo mnie zaintrygował. Wizja
tańczącego, humanoidalnego robota nie dawała mi spokoju, więc zacząłem drążyć,
przekopując zakamarki Internetu. W końcu natrafiłem na opowiadającą o „Doktorze
Who” retrospektywę, autorstwa niejakiego Ichaboda(link), po obejrzeniu której
stwierdziłem, że tańczący robot pochodziz serialu tak zwariowanego, ciekawego i pełnego akcji, że po prostu
muszę zacząć go oglądać. Nie pożałowałem tej decyzji.
Zacząłem, tak jak większość młodych fanów serialu, od pierwszego sezonu nowych serii, gdzie główną rolę grał
Christopher Eccleston. Jest to już dziewiąte wcielenie Doktora, a w sumie w
serialu pojawiło się ich jak do tej pory jedenaście. Kolejne wcielenia zagrali
David Tennant i Matt Smith.
Eccleston grał Doktora tylko przez jeden
sezon, a jego historia była później kontynuowana, już z Davidem Tennantem w
roli głównej. Natomiast odejście Tennanta było wielkim wydarzeniem w historii
serialu, gdyż zmienił się nie tylko aktor grający główną rolę, ale cała obsada,
oraz główny scenarzysta.
Matt Smith zaczyna więc „na świeżo”. Wątki
z poprzednich sezonów nie są już poruszane, oraz nie pojawiają się żadne postacie,
które spotykali na swojej drodze Doktorzy numer dziewięć i dziesięć. Wszystkie
wcielenia Doktora różnią się znacznie między sobą, mają jednak kilka cech
wspólnych.
Doktor, niezależnie od wyglądu, zawsze
chętnie pomaga ludziom, brzydzi się przemocą, oraz uwielbia podróżować i poszerzać
swoją wiedzę, której i tak mogą mu pozazdrościć najtęższe umysły wszechświata. Jednocześnie,
jeżeli wymaga tego obrona ludzkości, nie waha się użyć drastycznych metod,
wliczając w to nawet wybicie całej obcej rasy. I chociaż zazwyczaj daje swoim
wrogom szanse na poddanie się, lub ucieczkę, nietrudno się domyślić, że rzadko
z niej korzystają, co zwykle kończy się dla nich śmiercią. Jeśli mają
szczęście.
Nie będę nikogo zanudzał opowiadaniem o
każdym wcieleniu Doktora z osobna, gdyż zajęłoby mi to stanowczo zbyt dużo
miejsca i czasu, a i mało komu pewnie chciałoby się to czytać. Każdy z nich
jest inny i każdy ma swoje wady i zalety. Niezależnie od aktora jaki go gra,
Doktora lubię zawsze, a jeśli miałbym wybrać mojego ulubionego, po długim
zastanowieniu wymieniłbym ostatniego, granego przez Matta Smitha. Uwielbiam go,
za jego wręcz dziecięcy entuzjazm (sam Jedenasty również wyjątkowo często
pomaga nieletnim), oraz totalne oderwanie od rzeczywistości, a z drugiej
strony, za jego bezwzględność, kiedy trzeba podjąć odważne kroki, którą
przebija nawet swoich poprzedników.
W Dziesiątym Doktorze natomiast irytowała
mnie nieco jego płaczliwość i kochliwość, które nijak nie pasują mi do tej
postaci. Mimo wszystko cały czas pozostaje facetem, który pokonał przywódcę
obcych najeźdźców za pomocą mandarynki, w dodatku ledwo wyrwany z łóżka. David
Tennant jest najlepiej kojarzonym Doktorem z nowych serii, i najbardziej lubianym przez fanów, spośród
trzech ostatnich odtwórców tej roli.
Film nagrany przez ekipę serialu na
zakończenie kadencji dziesiątego Doktora:
"Next stop - everywhere!"
„Doktor Who” to serial, który nigdy się nie
nudzi. Jako że Doktor dysponuje jednocześnie statkiem kosmicznym i wehikułem
czasu, twórcy mają ogromne pole manewru, mogąc do woli zamieszczać akcję zarówno
w realiach historycznych, w przyszłości, w kosmosie, albo we współczesnym
Londynie, jeśli akurat mają taki kaprys. Doktor spotkał na swej drodze wiele
postaci historycznych, takich jak Królowa Wiktoria, Winston Churchill, Karol
Dickens, Vincent van Gogh, czy Agatha Christie. Poza tym odwiedził również Nowy
Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Jork,
dryfującą w kosmosie Wielką Brytanię, a nawet asteroidę usytuowaną poza
wszechświatem.
I chociaż efekty specjalne raczej nie
powalają, serial, podobnie jak statek Doktora, jest zdecydowanie większy w
środku niż na zewnątrz, a pomysłowość scenarzystów zasługuje na gromkie
oklaski. Nie mają praktycznie żadnych ograniczeń i korzystają z tego w pełni,
serwując nam, fanom, coraz ciekawsze przygody. Nie boją się także korzystać ze
spuścizny jaką pozostawili po sobie twórcy pierwszych serii, nękając Doktora jego
starymi wrogami, a także stawiając ponownie na jego drodze dawnych przyjaciół.
"All the strange, strange creatures"
Skoro już o wrogach mowa, Doktor ma ich
więcej niż ktokolwiek inny. W końcu przez ponad dziewięćset lat swojego życia
zdążył spotkać wiele istot czyniących, lub planujących uczynić coś złego, a
każdy kto snuje podobne plany, automatycznie staje się jego wrogiem.
Galeria
łotrów Doktora jest jedną z większych, a na pewno najbardziej zróżnicowaną w
historii. Od tych całkiem zabawnych, jak Adiopsy, zbudowane w całości z
tłuszczu, przez Slitheenów, pochodzących z planety Raxacoricofalapatorius,
którzy chcą przejąć i sprzedać Ziemię, a przez źle dopasowane przebrania ciągle
„puszczają gazy”. Aż po istoty wywołujące ciarki na plecach, takie jak Płaczące
Anioły, które są wyjątkowo szybkie, przenoszą w czasie za pomocą dotyku, oraz
zamieniają się w kamienne posągi kiedy są widziane przez inne istoty, jednak
wystarczy jedno mrugnięcie, aby stać się ich ofiarą. Czy Vashta Nerada,
niematerialne istoty, żyjące w cieniu, które potrafią w ułamek sekundy ogryźć
ludzkie ciało do kości. Nie należy również zapominać o „Ciszy”, kosmitach,
którzy od zarania dziejów kontrolują życie ludzi, co mogą osiągnąć za pomocą
niesamowitej zdolności, dzięki której są zapominani przez ludzi w momencie
kiedy znikają im z oczu.
Największy postrach budzą chyba jednak
Dalekowie, odwieczni wrogowie Doktora, którzy byli przez niego niezliczoną
ilość razy niszczeni i niezliczoną ilość razy wracali do życia. Dalekowie to ni
mniej ni więcej naziści z kosmosu. Są mutantami stworzonymi przez naukowca
imieniem Davros, pozbawieni wszelkich uczuć poza nienawiścią mają być rzekomo
istotami idealnymi. I chociaż na pierwszy rzut oka budzą raczej uśmiech
politowania, a to z powodu ich pancerzy przypominających wyglądem R2D2 skrzyżowanego z solniczką, wystarczy obejrzeć jeden odcinek z nimi w roli głównej, aby
przekonać się, że pozory mogą mylić.
"Im the Doctor, by the way. And who are you?"
Doktor jednak nigdy nie staje sam przeciwko
tym okropnościom. Zawsze ma u swego boku wiernych towarzyszy (najczęściej płci
żeńskiej), którzy mimo swojego za zwyczaj ziemskiego pochodzenia, oraz
niewątpliwie mniejszej wiedzy i umiejętności, zawsze okazują się w jakiś sposób
pomocni. Pilnują również, aby Doktor w trakcie „walki ze złem” nie zatracił
swojego człowieczeństwa i nie stał się taki, jak jego wrogowie. Doktor zawsze
posiada jakichś „stałych towarzyszy”, w przypadku nowych serii były to same
młode kobiety(z jednym wyjątkiem). Żadna z nich jakoś wyjątkowo nie przypadła
mi do gustu (może poza Amy, ostatnią towarzyszką Doktora), na szczęście poza
nimi pojawiają się również ludzie, których Doktor nie wozi ze sobą cały czas,
ale odwiedzili TARDIS raz czy dwa.
Jako moich ulubionych wymieniłbym River
Song, archeolożkę, która również podróżuje w czasie. Łączy ją z Doktorem pewne
uczucie, jednak spotykają się w odwrotnej kolejności, co znacznie komplikuje sprawę. Oraz Kapitana Jacka
Harknessa, dawnego agenta „Agencji Czasu” z pięćdziesiątego pierwszego wieku,
który zapadł fanom w pamięć dzięki niesamowitemu urokowi osobistemu, oraz
ciekawej historii, której nie będę tutaj zdradzał.
Kolejnym niepełnoetatowym
towarzyszem zasługującym na uznanie jest Wilfred Mott, dziadek Donny (jednej z
towarzyszek Doktora), który pomagał Doktorowi uratować Ziemię i cały
wszechświat przed Mistrzem, innym Władcą Czasu, będącym największym Nemezis
Doktora.
Wilfred to emerytowany żołnierz, z obsesją na punkcie UFO. Jest
jednym z nielicznych mieszkańców Londynu, którzy zwracają uwagę na latające nad
miastem statki kosmiczne. Wilf podziwia Doktora, nazywa go najwspanialszym
człowiekiem jakiego poznał. Głównie dlatego, że Doktor zmienił nudne, zwykłe
życie jego wnuczki w sposób jakiego ani on, ani Donna nie byli w stanie sobie
wyobrazić. Chociaż pojawia się w serialu ledwie kilka razy, odgrywa
znaczącą rolę w życiu Doktora.
"It's a screwdriver!"
Oczywiście niebywała wiedza i wierni
towarzysze nikomu nie wystarczą do uratowania wszechświata. Wsparcie
technologiczne również się przydaje. W „Doktorze Who” nie uraczymy fazowych
blasterów, laserów wysokoenergetycznych, czy dział atomowych (przynajmniej nie
za często). Doktorowi wystarczy potrafiąca prawie wszystko niebieska budka
telefoniczna. Mówiąc prawie wszystko, mam na myśli, poza podróżą w czasie i
przestrzeni, tłumaczenie wszystkich języków wszechświata, możliwość stawania
się niewidzialną, czy holowania ukradzionych przez szalonych naukowców planet. TARDIS
ma coś w rodzaju jaźni, która raz została nawet przelana w ciało kobiety. Jest już dosyć stara, więc nie zawsze przenosi Doktora dokładnie tam gdzie by
chciał, jednak zawsze tam, gdzie powinien się znaleźć. „Seksowna” jak nazywa ją
Doktor, przeżyła wiele poważnych usterek, wymienię tylko zderzenie z
kosmicznym Titanikiem, przekształcenie w złowieszczą machinę paradoksu, czy
wrzucenie do jądra planety. Na szczęście Doktor zawsze pamięta o tym, aby ją
naprawić i przygotować do kolejnych podróży.
Poza TARDIS, Doktor nader często korzysta z
sonicznego śrubokrętu, którego używa chyba do wszystkiego, poza wkręcaniem
śrubek, oraz psychicznej wizytówki, na której ludzie widzą dokładnie to, co w
danej chwili chce im pokazać.
"Dinosaurs! On a spaceship!"
Niedawno rozpoczął się kolejny sezon
„Doktora Who”, który ma przynieść kolejne zmiany, począwszy od towarzyszy
Doktora, którzy podróżowali z jedenastym jego wcieleniem od samego początku.
Wyjątkowo ich polubiłem, żywię jednak nadzieję, że zostaną godnie zastąpieni.
Zmiany to coś do czego trzeba się przyzwyczaić oglądając „Doktora Who” i coś
dzięki czemu ten serial wciąż żyje. Bo gdyby twórcy nie wpadli na pomysł zamiany
Williama Hartnela, pierwszego odtwórcy roli Doktora, na kogoś innego, serial
upadłby po kilku latach i dzisiaj byłby tylko starym brytyjskim serialem
science-fiction dla dzieci, o którym pamiętałoby jedynie kilku koneserów. Na szczęście serial przetrwał i teraz wielkimi krokami zbliża się jego pięćdziesiąta rocznica.
Oto moja, bardzo zwięzła, odpowiedź na pytanie "dlaczego lubię "Doktora Who"?". Mam nadzieję, że udało mi się kogoś zachęcić do oglądania, albo przynajmniej do bliższego zapoznania się z serialem, gdyż naprawdę warto. Jeśli ciągle nie jesteście przekonani o fenomenie tego serialu, odpowiedzcie sobie na pytanie: ile znacie seriali, wokół których powstają zespoły muzyczne, tworzące muzykę tylko o nich? Doktor ma swoich "Chamelion Circuit" których jeden z utworów dodałem troszkę wyżej.