wtorek, 11 grudnia 2012

Czytać, czy oglądać? Katastrofa w praktyce

 Ach, ekranizacje. Niektóre z nich są słabe, inne dobre, jeszcze inne (jak na przykład "Łowca Androidów") po latach stają się bardziej popularne niż ich książkowe odpowiedniki. Które z nich jednak warto oglądać, a które lepiej ominąć szerokim łukiem, dla własnego dobra? Spróbuję chociaż częściowo odpowiedzieć na to pytanie, zaczynając od rodzimej produkcji, która powstała kilka miesięcy temu, "Felix, Net i Nika, oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa".








"Weźmy pierwszy i ostatni rozdział książki i na ich podstawie zróbmy film" - taki pomysł zagościł w głowach twórców ekranizacji książki Rafała Kosika.
Książka opowiada o trójce gimnazjalistów, którzy przy pomocy tajemniczego urządzenia znalezionego w starej, niemieckiej bazie podróżują w czasie.
Przed pójściem do kina, czytałem w "Nowej Fantastyce" artykuł, w którym Kosik ostrzega fanów przed licznymi drastycznymi zmianami. Rozumiem, że na potrzeby ekranizacji, często trzeba nieco pozmieniać historię, lub wyciąć z niej pewne wątki. Tutaj jednak ze wszystkich istotnych wątków, wybrano tylko jeden, na którym film się skupia, a który pojawia się dopiero na kilkudziesięciu ostatnich stronach książki.
Nawet tytuł zatracił swoje znaczenie, chociaż twórcy próbują go jakoś wcisnąć na siłę w ostatniej scenie.
Co więcej "Teoretycznie Możliwa Katastrofa" to druga część przygód Felixa, Neta i Niki, gdzie w takim razie podziała się pierwsza? Podobno "Gang Niewidzialnych Ludzi" miał powstać wcześniej, jako miniserial, jednak problemy finansowe na to nie pozwoliły.


Serial byłby dobrym rozwiązaniem, stuminutowy film to zdecydowanie za mało, aby przedstawić historię z tej książki, nawet jeśli wycina się trzy czwarte jej fabuły. Tym bardziej, że twórcy wrzucają do filmu sceny, które nie mają żadnego sensu, jak chociażby początkowa scena z rosiczką, która w książce była dosyć istotna, a  w filmie, dzięki zabiegom scenarzystów służy tylko i wyłącznie "pochwaleniu się" efektami specjalnymi.
"Felix, Net i Nika..." to podobno pierwszy polski film wykorzystujący efekty specjalne z prawdziwego zdarzenia. Faktycznie, efekty są, może daleko im do "Avatara", ale przynajmniej fabularnie filmy prezentują podobny poziom.


Czy mimo mojego jęczenia warto obejrzeć ten film? Zdecydowanie lepiej przeczytać książkę (uprzednio czytając oczywiście "Gang Niewidzialnych Ludzi"), jednak jeżeli macie pod ręką jakiegoś nieletniego, możecie obejrzeć z nim "Teoretycznie Możliwą Katastrofę". Młodzi aktorzy wypadają całkiem nieźle, a film chociaż leży jako adaptacja książki, sprawdza się jako przygodowy film dla dzieci.

wtorek, 23 października 2012

Nie takie martwe, jak mogłoby się wydawać



 Sam Raimi to reżyser, który miał na mnie bardzo duży wpływ już od najmłodszych lat. Dzięki jego Spider-Manowi (który z perspektywy czasu wydaje mi się dosyć kiepski) pokochałem świat komiksowych superbohaterów. Jednak dużo większe piętno na mym, dziecięcym wówczas, umyśle odcisnął kilka lat wcześniej.





Kiedy miałem jakieś pięć, lub sześć lat, podobnie jak wszyscy moi rówieśnicy zachwycałem się Power Rangers, Tabalugą, czy, trochę później, Pokemonami, jednak fakt posiadania sporo starszego brata pomógł mi zapoznać się również z filmami innego typu.
Kiedy ja całe dnie traciłem na oglądanie wyżej wymienionych tytułów, mój starszy brat przeżywał akurat okres fascynacji filmami gore i slasherami, które namiętnie oglądał na video, nie zważając na kilkuletniego brzdąca, siedzącego obok (dzięki Ci, bracie za te wszystkie nieprzespane noce).

Tak poznałem „Martwe Zło 2”, jakkolwiek dziwnie i głupio by to nie brzmiało, najważniejszy film mojego życia.
Obecnie „Evil Dead” nie straszy mnie już tak bardzo, jak piętnaście lat temu, jednak cały czas uważam, że jest to cholernie dobry film. Oczywiście, w zależności od tego, co kto uważa za dobre. Nie jest to „Obywatel Kane”, jednak jak na horror klasy B, broni się całkiem nieźle.
Bruce Campbell jako Ash, kultowa „scena z jeleniem”, czy Henrietta, pozostają na ustach i w umysłach fanów tego typu filmów już od ćwierć wieku i zapewne pozostaną jeszcze na długie lata.



Cały czas trwają spory, czy film jest sequelem oryginalnego „Martwego Zła”, czy raczej, wbrew dwójce w tytule jest to remake.
Przedstawiciele tego pierwszego stanowiska mówią, że to ewidentnie sequel, gdyż tylko przypomina wydarzenia z „jedynki”, które następnie są kontynuowane, ich przeciwnicy natomiast grzmią, że wydarzenia z poprzedniej części są przedstawione w nieco inny sposób, więc musi być to remake.
Mnie osobiście mało to obchodzi, najważniejsze, że oglądanie tego filmu sprawia mi cholernie dużą frajdę.
Sama fabuła nie jest specjalnie skomplikowana. Główny bohater Ash, wraz ze swoją dziewczyną, Lindą (w pierwszej części z grupą przyjaciół)jadą na weekend do domku w lesie, w którym wcześniej mieszkał pewien archeolog.
Na miejscu znajdują magnetofon, z którego odtwarzają nagranie profesora, który tłumaczy zaklęcie z księgi Necronomicon. Każdy kto chociażby słyszał tę nazwę, wie, że nie jest to dobry pomysł. Zaklęcie budzi pierwotne, nienazwane zło, które próbuje przedostać się do naszego świata.
Efekty specjalne filmu zestarzały się mocno i zwyczajnie nie są straszne, jednak rosnące napięcie i klimat szaleństwa, jakim powoli obrasta główny bohater, nie zestarzeją się nigdy, dzięki czemu film cały czas potrafi wywołać ciarki na plecach, chociaż nie robi tego tak dobrze, jak kilka lat temu.




Do trylogii „Martwe Zło” należy podchodzić z wielkim dystansem. O ile pierwsza część jest horrorem w pełnym tego słowa znaczeniu, to jednak jest to po prostu ogłupiająca rąbanka z demonami, siekierą i ciężkim klimatem, w której o erudycji jej twórców świadczy wyłącznie nawiązanie do prozy Lovecrafta.
„Dwójka” jest już nieco łagodniejsza od poprzedniej części, można się w niej dopatrzeć nawet pewnych, niewielkich (konkretnie wielkości dłoni) elementów komediowych, które wywołują iście groteskowy efekt, jednak to cały czas horror pełną gębą. „Armia Ciemności”, zamknięcie trylogii, ma zupełnie inny klimat od poprzednich części i jest już raczej czarną komedią (chociaż jako szkrab, nawet tej części się bałem).
Raimi rezygnuje w „Armii Ciemności” ze znanego z dwóch poprzednich części domku w lesie i przenosi akcję do średniowiecznej Europy, oczywiście razem z głównym bohaterem.
Ash cofa się w czasie, gdzie dowiaduje się, że aby wrócić do swoich czasów, musi zdobyć (dumdumduuuum!) Necronomicon.
Odnajduje księgę, jednak źle wypowiada jedno zaklęcie, przez co budzi tytułową Armię.
Ash jest już jednak zaprawionym w boju badassem i nie boi się bandy umarlaków.
Demony Armii Ciemności, w przeciwieństwie do tych z poprzednich części, nie budzą grozy, a wywołują uśmiech, rzucają żartami, oraz są animowane w (celowo) zabawny sposób.
   


Później nie powstawały już filmy tego typu, trylogia Raimiego przez wiele lat była niepowtarzalna, jednak trzy lata temu, reżyser postanowił powrócić do korzeni, czego efektem był film „Wrota do Piekieł”, z Alison Lohman w roli głównej.
„Wrota do Piekieł” to swoisty duchowy spadkobierca „Martwego Zła”, ten sam czarny humor, obrzydliwe efekty specjalne, mocno podrasowane, jednak utrzymane w podobnym klimacie, oraz te same pozostawione bez odpowiedzi pytania o logikę (kto do cholery, trzyma w komórce kowadło, podwieszone na linie pod sufitem?!).

Na samą myśl o trylogii Raimiego, a w szczególności jej drugiej części, łezka się w mym oku kręci. Zawsze chętnie puszczam ten film znajomym, kiedy spotykamy się przy piwie, jednak niewielu z nich potrafi dojrzeć tę magię, którą dostrzegłem ja.
Za Asha, który był bohaterem mego dzieciństwa, za groteskowy humor, za trzymające w napięciu sceny, w końcu za przyjemną rzeźnię i hektolitry (dosłownie) krwi, kocham trylogię „Martwe Zło”.

piątek, 19 października 2012

Detektyw w kosmosie




W czasach, które na szczęście znam tylko z opowieści, kiedy sklepowe półki świeciły pustkami,  a każda książka, gazeta, utwór muzyczny, czy nawet komiks, przed wydaniem przechodziły ścisłe kontrole,  twórcom mimo wszystko nie brakowało wyobraźni i inwencji twórczej.   
Najlepszym tego przykładem jest Stanisław Lem,  o nim jednak innym razem.
Teraz chciałem opowiedzieć o Bogusławie Polchu, Macieju Parowskim i Jacku Rodku,  a raczej o stworzonym przez tych panów detektywie.

Funky Koval,  bo o nim mowa,  to kosmiczny detektyw pracujący w agencji Universs. 
Porucznik Koval to typ maczo-kobieciarza,  który chętnie rzuca się w wir akcji i ratuje piękne panie z opresji. Ot, typowy główny bohater, nie pozbawiony charakteru.
Funky to jednak nie Rambo i jeśli nie musi nie działa sam.
W licznych przygodach często towarzyszy mu piękna Brenda, której twarzy użyczyła Dana Polch, małżonka rysownika, oraz jego szef Paul Barley, inspirowany postacią Lecha Jęczmyka.
W komiksie pojawia się w ogóle dużo postaci wzorowanych na mniej, lub bardziej znanych osobistościach, a scenarzyści wpisali do historii nawet samych siebie.  



Czterdziestodziewięciostronicowy album opowiada o kilku, nie powiązanych ze sobą misjach agencji Universs, w trakcie których Funky zwiedza odległe planety, ratuje miss universum, a nawet cofa się w czasie.
Funky Koval (komiks, nie bohater)  w pewien sposób kojarzy mi się z Kapitanem Żbikiem, może to przez kreskę Bogusława Polcha, który pracował również przy Żbiku, lub ze względu na fakt, iż oba komiksy powstawały w tych samych realiach, mają więc pewne cechy wspólne.

Pierwszy album opowiadający o przygodach Funky’ego zakupiłem za całkiem rozsądną cenę dwudziestu jeden złotych,  dostając za te pieniądze ładne, odświeżone wydanie, na dobrym śliskim papierze. Dla porównania stary komiks „Batman & Judge Dredd” (o którym również planuję napisać) mający niemal tyle lat co ja, oraz gubiący kartki, kupiłem trzy razy drożej. Niestety, tak to już w świecie komiksów bywa, że im coś bardziej zniszczone, tym zazwyczaj droższe.



Podobno powstaje film na podstawie komiksów o Funky’m, a w tytułową rolę ma wcielić się Josh Holloway. Jednak chociaż filmweb twierdzi, że premiera filmu „będzie” w roku 2011, cały czas ani widu, ani słychu filmowego Kovala.

Pierwszy album opowiadający o przygodach Funky’ego sprawia wrażenie, jakby twórcy sami jeszcze do końca nie wiedzieli co chcą zrobić z komiksem, oraz jak dalej potoczy się akcja, jest to jednak częsta przypadłość początków serii. Wnioskując po opinii jaką cieszy się Funky wśród fanów komiksu, śmiem twierdzić, że stan ten zmienia się, wraz z kolejnymi albumami.  

Mimo wszystko, ciężko mi komukolwiek ten komiks polecić. Jeśli ktoś lubi komiksy, zapewne już czytał, lub przeczytać ma zamiar, a jeśli ktoś za nimi nie przepada, po przeczytaniu Funky’ego raczej się nie przekona. Tak czy inaczej, jest to dosyć istotny kawałek polskiej popkultury i znać się powinno, tak jak Mickiewicza, czy Kochanowskiego.

czwartek, 18 października 2012

Czerwie na melanżu


Jak zapewne wszyscy zauważyli, ostatnimi czasy nie udzielałem się na blogu, co wytłumaczyć mogę swoją przeprowadzką. Na szczęście Meph pracowała za dwoje kiedy mnie nie było.
Nadszedł jednak najwyższy czas, aby nadrobić zaległości.
 Nadrabianie zacznę od obiecanego już wcześniej, szerszego artykułu n temat „Diuny”.






„Kroniki Diuny” Franka Herberta, to niewątpliwie arcydzieło s-f, często porównywane do "Władcy Pierścieni". Faktycznie można dostrzec tutaj pewną analogię. Herbert, na podobieństwo Tolkiena stworzył 
rozbudowane, bogate uniwersum, w którym osadził akcję swoich książek. 
Jednak o ile w trylogii Tolkiena mamy do czynienia z szablonową heroic fantasy (wszak Tolkien sam ten szablon stworzył), książki Herberta są bardzo nietypowe i zrywają z wieloma tradycyjnymi dla science-fiction schematami.
Co więcej, historia „Diuny” jest o wiele bardziej zawiła i nieprzewidywalna, a bohaterowie ciekawi i niejednowymiarowi.

To właśnie wciągająca, pełna tajemnic fabuła zadecydowała o sukcesie „Diuny”, która po prawie pięćdziesięciu latach od wydania, ciągle sprzedaje się całkiem nieźle. Żywotność serii utrzymuje w pewnym stopniu Brian Herbert, syn autora, który w tandemie z Kevinem J. Andersonem, wydaje coraz to kolejne prequele, sequele i interquele oryginalnej sagi.






Na „Kroniki” składa się sześć tomów: „Diuna”, „Mesjasz Diuny”, „Dzieci Diuny”, „Bóg Imperator Diuny”, „Heretycy Diuny”, oraz „Diuna: Kapitularz” (lub w innym tłumaczeniu „Kapitularz Diuną”). Opowiadają one o losach pustynnej planety Arrakis, przez tubylców zwanej właśnie Diuną i rządzącego nią rodu Atrydów.

Pierwsze trzy tomy, opowiadające o losach trzech pokoleń Atrydów, to najlepsze, nie tylko książki, ale w ogóle dzieła s-f z jakimi miałem do czynienia (z którymi konkuruje chyba tylko Blade Runner).
Historia zaczyna się w momencie, kiedy książę Leto Atryda z rozkazu imperatora ma przejąć władzę na Arrakis , gdzie będzie nadzorował wydobycie substancji zwanej melanżem, wytwarzanej przez żyjące na planecie ogromne czerwie pustyni. Melanż jest szeroko wykorzystywany w całym wszechświecie, gdyż posiada liczne właściwości, między innymi przedłuża życie, czy pozwala w ograniczonym stopniu przewidywać przyszłość, dzięki czemu nawigatorzy statków kosmicznych potrafią omijać przeszkody, zanim te pojawią się na ich drodze.
Oddanie władzy nad Diuną Atrydom jest jednak częścią wymierzonego przeciw nim spisku, który cesarz uknuł razem z Baronem Harkonnenem, wrogiem księcia Leto, poprzednio rządzącym pustynną planetą.
Głównym bohaterem pierwszych dwóch części cyklu jest Paul Atryda, syn Leto, którego poznajemy jako nastolatka. 
Paul okazuje się być postacią z fremeńskich legend, Muad’Dibem, Mesjaszem Diuny. Po tragicznej śmierci Leto, Paul i jego matka, Lady Jessica, uciekają do fremeńskiej siczy, gdzie otrzymują schronienie. Po kilku latach Muad'Dib wraz z Fremenami odbijają Diunę z rąk  Harkonnenów, a następnie ruszają na podbój całego wszechświata.
Paul zostaje imperatorem, a w imperium zapanowuje pokój, jednak dawne potęgi rządzące wszechświatem wymierzają w Muad’Diba spisek, który ostatecznie doprowadza do jego śmierci. (Ale czy na pewno?!) Dlatego też w trzecim tomie obserwujemy historię dzieci Paula, bliźniąt Leto i Ganimy, które w wyniku działań melanżu zażywanego przez ich matkę, posiadają wspomnienia wszystkich swoich przodków. 
„Dzieci Diuny” to ostatni tom który naprawdę mnie wciągnął.

W czwartym tomie autor postanawia przenieść akcję o trzy tysiące lat w przyszłość i wprowadza dużo zmian, które lekko zniechęciły mnie do dalszego czytania. Przyzwyczaiłem się i szczerze polubiłem świat „Diuny” takim jakim był w pierwszych tomach, więc wraz z tomem czwartym powoli traciłem zainteresowanie, chociaż sam tytułowy Bóg Imperator to jedna z najciekawszych postaci z jakimi spotkałem się na kartach książek. Tom piąty przynosi nam przeskok o kolejne półtora tysiąca lat, odbierając mi resztki zainteresowania serią. Przebrnąłem jednak jakoś przez dwa ostatnie tomy i dochodzę do wniosku, że było warto. Teraz powinienem zabrać się za serie pisane przez Briana Herberta, jednak na razie mam dosyć uniwersum "Diuny".

To co dodatkowo przemawia za zapoznaniem się ze światem „Diuny”, to sposób w jaki Herbert buduje napięcie. Wątki i tajemnice wręcz piętrzą się przez całe tomy, aby w dwóch, czy trzech ostatnich rozdziałach zalać nas falą rozwiązań i wyjaśnień tak niespodziewanych, że mogą wywołać krwotok z nosa (jeden tom oddałem do biblioteki lekko poplamiony).



Nie należy zapominać również o wspaniałym, rozbudowanym świecie, pełnym tajemniczych istot, galaktycznych organizacji i różnorodnych planet. Chociaż większość akcji toczy się oczywiście na Arrakis, która przez autora została dopieszczona do granic możliwości. Zamieszkujące je istoty z czerwiami na czele, fremeni, oraz ich zwyczaje, czy techniki radzenia sobie z życiem na pozbawionej wody planecie zasługują na słowa uznania.

Z bogactw świata stworzonego przez Franka Herberta czerpie nie tylko jego syn. Na podstawie książek powstało kilka gier komputerowych (w które niestety nie miałem okazji zagrać), w 1984 David Lynch zekranizował pierwszy tom „Kronik Diuny”, z Kylem MacLachlanem w roli Paula Atrydy, oraz takimi sławami jak Sting, czy Patrick Stewart. Film zbiera bardzo różne opinie, najczęściej nieprzychylne, sam Lynch również niechętnie o nim wspomina. 
Ekranizacja „Diuny” faktycznie posiada liczne błędy, a oglądając miałem wrażenie, że gdybym nie czytał książki nie wiedziałbym o co chodzi. Pomimo tego (i pomimo brwi Thufira Hawata), film oglądało mi się całkiem przyjemnie, może z powodu sentymentu do książki, albo bardzo udanych (jak na rok produkcji) efektów specjalnych, ciągle jednak zdarza mi się od czasu do czasu włączać film i oglądać pojedyncze sceny.
W roku 2000 powstał jeszcze mini serial  na podstawie pierwszego tomu książki, pod tym samym tytułem, a trzy lata później jego kontynuacja zatytułowana „Dzieci Diuny”.
Na 2014 rok została zapowiedziana kolejna ekranizacja „Diuny”, czekam na nią, żywiąc nadzieję, że autorzy wyciągną jakieś wnioski z błędów swoich poprzedników.



To tyle na temat prozy Franka Herberta. Jeżeli ktoś czuje niedosyt i uważa, że dowiedział się za mało, proponuję udać się do najbliższej księgarni, lub biblioteki i przekonać się na własnej skórze o talencie Tego autora.
Nie zdziwcie się, drodzy czytelnicy, jeśli w najbliższym czasie pojawi się notka na temat twórczości Briana Herberta i nowszych ekranizacji „Kronik”. Bo chociaż na chwilę obecną mam przesyt Diuny, jest to uniwersum na tyle ciekawe, że sytuacja ta może się szybko zmienić.  

sobota, 22 września 2012

Madman with a Box




"Doctor who?"

Długi czas zbierałem się do napisania tej notki, a to dlatego iż o serialu „Doktor Who” można tyle napisać, że albo będzie ona horrendalnie długa, albo śmiesznie krótka, biorąc pod uwagę ogrom tematu.
Z góry uprzedzam, że nie znajdziecie tutaj za dużo suchych informacji na temat serialu, a raczej moje osobiste wrażenia i przemyślenia na jego temat, które postaram się jakoś uporządkować, aby potencjalny czytelnik się w tym nie pogubił. Spróbuję jedynie ogólnie zarysować z czym to się je, aby ludzie którzy w ogóle nie znają tematu mieli pojęcie o co chodzi.

Otóż „Doktor Who” to brytyjski serial science-fiction kręcony w latach 1963-89, a następnie kontynuowany od roku 2005 po dziś dzień.
Serial opowiada o tytułowym Doktorze, przedstawicielu kosmicznej rasy Władców Czasu z planety Gallifrey, którzy dzięki statkom zwanym TARDIS (Time And Relative Dimensions In Space) potrafią podróżować w czasie i przestrzeni. TARDIS Doktora w wyniku usterki systemu kamuflażu imituje na stałe londyńską budkę policyjną z lat 50tych.
Co więcej, Władcy Czasu posiadają wyjątkowy sposób na unikanie śmierci. Otóż, kiedy któryś z nich jest stary (co w ich przypadku jest sporym wyczynem), śmiertelnie chory, lub ranny, potrafi się zregenerować, co owocuje zupełną zmianą wyglądu, jak i charakteru. Dzięki temu twórcy mogli bez problemu zmienić aktora grającego główną rolę, jeśli zaszła taka konieczność, oraz nadać serialowi nieco świeżości. 
Osobiście z serii emitowanych w latach 63-89 widziałem tylko pojedyncze epizody (jedynie sezon 12 z czwartym wcieleniem Doktora granym przez Toma Bakera widziałem w całości) i niewiele mogę o nich powiedzieć. Nowe serie obejrzałem za to już kilka razy i mógłbym o nich opowiadać godzinami, jednak zacznijmy od początku.

"Where do you want to start?"

Wszystko zaczęło się od tego gifa:




Natrafiłem nań na jakiejś przypadkowej stronie z wszelkim internetowym śmieciem i bardzo mnie zaintrygował. Wizja tańczącego, humanoidalnego robota nie dawała mi spokoju, więc zacząłem drążyć, przekopując zakamarki Internetu. W końcu natrafiłem na opowiadającą o „Doktorze Who” retrospektywę, autorstwa niejakiego Ichaboda(link), po obejrzeniu której stwierdziłem, że tańczący robot pochodzi  z serialu tak zwariowanego, ciekawego i pełnego akcji, że po prostu muszę zacząć go oglądać.  Nie pożałowałem tej decyzji.


Zacząłem, tak jak większość młodych fanów serialu, od pierwszego sezonu nowych serii, gdzie główną rolę grał Christopher Eccleston. Jest to już dziewiąte wcielenie Doktora, a w sumie w serialu pojawiło się ich jak do tej pory jedenaście. Kolejne wcielenia zagrali David Tennant i Matt Smith.
Eccleston grał Doktora tylko przez jeden sezon, a jego historia była później kontynuowana, już z Davidem Tennantem w roli głównej. Natomiast odejście Tennanta było wielkim wydarzeniem w historii serialu, gdyż zmienił się nie tylko aktor grający główną rolę, ale cała obsada, oraz główny scenarzysta.
Matt Smith zaczyna więc „na świeżo”. Wątki z poprzednich sezonów nie są już poruszane, oraz nie pojawiają się żadne postacie, które spotykali na swojej drodze Doktorzy numer dziewięć i dziesięć. Wszystkie wcielenia Doktora różnią się znacznie między sobą, mają jednak kilka cech wspólnych.
Doktor, niezależnie od wyglądu, zawsze chętnie pomaga ludziom, brzydzi się przemocą, oraz uwielbia podróżować i poszerzać swoją wiedzę, której i tak mogą mu pozazdrościć najtęższe umysły wszechświata. Jednocześnie, jeżeli wymaga tego obrona ludzkości, nie waha się użyć drastycznych metod, wliczając w to nawet wybicie całej obcej rasy. I chociaż zazwyczaj daje swoim wrogom szanse na poddanie się, lub ucieczkę, nietrudno się domyślić, że rzadko z niej korzystają, co zwykle kończy się dla nich śmiercią. Jeśli mają szczęście. 





Nie będę nikogo zanudzał opowiadaniem o każdym wcieleniu Doktora z osobna, gdyż zajęłoby mi to stanowczo zbyt dużo miejsca i czasu, a i mało komu pewnie chciałoby się to czytać. Każdy z nich jest inny i każdy ma swoje wady i zalety. Niezależnie od aktora jaki go gra, Doktora lubię zawsze, a jeśli miałbym wybrać mojego ulubionego, po długim zastanowieniu wymieniłbym ostatniego, granego przez Matta Smitha. Uwielbiam go, za jego wręcz dziecięcy entuzjazm (sam Jedenasty również wyjątkowo często pomaga nieletnim), oraz totalne oderwanie od rzeczywistości, a z drugiej strony, za jego bezwzględność, kiedy trzeba podjąć odważne kroki, którą przebija nawet swoich poprzedników.
W Dziesiątym Doktorze natomiast irytowała mnie nieco jego płaczliwość i kochliwość, które nijak nie pasują mi do tej postaci. Mimo wszystko cały czas pozostaje facetem, który pokonał przywódcę obcych najeźdźców za pomocą mandarynki, w dodatku ledwo wyrwany z łóżka. David Tennant jest najlepiej kojarzonym Doktorem z nowych serii,  i najbardziej lubianym przez fanów, spośród trzech ostatnich odtwórców tej roli. 



Film nagrany przez ekipę serialu na zakończenie kadencji dziesiątego Doktora:




 "Next stop - everywhere!"

„Doktor Who” to serial, który nigdy się nie nudzi. Jako że Doktor dysponuje jednocześnie statkiem kosmicznym i wehikułem czasu, twórcy mają ogromne pole manewru, mogąc do woli zamieszczać akcję zarówno w realiach historycznych, w przyszłości, w kosmosie, albo we współczesnym Londynie, jeśli akurat mają taki kaprys. Doktor spotkał na swej drodze wiele postaci historycznych, takich jak Królowa Wiktoria, Winston Churchill, Karol Dickens, Vincent van Gogh, czy Agatha Christie. Poza tym odwiedził również Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Jork, dryfującą w kosmosie Wielką Brytanię, a nawet asteroidę usytuowaną poza wszechświatem.
I chociaż efekty specjalne raczej nie powalają, serial, podobnie jak statek Doktora, jest zdecydowanie większy w środku niż na zewnątrz, a pomysłowość scenarzystów zasługuje na gromkie oklaski. Nie mają praktycznie żadnych ograniczeń i korzystają z tego w pełni, serwując nam, fanom, coraz ciekawsze przygody. Nie boją się także korzystać ze spuścizny jaką pozostawili po sobie twórcy pierwszych serii, nękając Doktora jego starymi wrogami, a także stawiając ponownie na jego drodze dawnych przyjaciół.



"All the strange, strange creatures"

Skoro już o wrogach mowa, Doktor ma ich więcej niż ktokolwiek inny. W końcu przez ponad dziewięćset lat swojego życia zdążył spotkać wiele istot czyniących, lub planujących uczynić coś złego, a każdy kto snuje podobne plany, automatycznie staje się jego wrogiem. 



Galeria łotrów Doktora jest jedną z większych, a na pewno najbardziej zróżnicowaną w historii. Od tych całkiem zabawnych, jak Adiopsy, zbudowane w całości z tłuszczu, przez Slitheenów, pochodzących z planety Raxacoricofalapatorius, którzy chcą przejąć i sprzedać Ziemię, a przez źle dopasowane przebrania ciągle „puszczają gazy”. Aż po istoty wywołujące ciarki na plecach, takie jak Płaczące Anioły, które są wyjątkowo szybkie, przenoszą w czasie za pomocą dotyku, oraz zamieniają się w kamienne posągi kiedy są widziane przez inne istoty, jednak wystarczy jedno mrugnięcie, aby stać się ich ofiarą. Czy Vashta Nerada, niematerialne istoty, żyjące w cieniu, które potrafią w ułamek sekundy ogryźć ludzkie ciało do kości. Nie należy również zapominać o „Ciszy”, kosmitach, którzy od zarania dziejów kontrolują życie ludzi, co mogą osiągnąć za pomocą niesamowitej zdolności, dzięki której są zapominani przez ludzi w momencie kiedy znikają im z oczu.



 Największy postrach budzą chyba jednak Dalekowie, odwieczni wrogowie Doktora, którzy byli przez niego niezliczoną ilość razy niszczeni i niezliczoną ilość razy wracali do życia. Dalekowie to ni mniej ni więcej naziści z kosmosu. Są mutantami stworzonymi przez naukowca imieniem Davros, pozbawieni wszelkich uczuć poza nienawiścią mają być rzekomo istotami idealnymi. I chociaż na pierwszy rzut oka budzą raczej uśmiech politowania, a to z powodu ich pancerzy przypominających wyglądem R2D2 skrzyżowanego z solniczką, wystarczy obejrzeć jeden odcinek z nimi w roli głównej, aby przekonać się, że pozory mogą mylić. 




"Im the Doctor, by the way. And who are you?"


 

Doktor jednak nigdy nie staje sam przeciwko tym okropnościom. Zawsze ma u swego boku wiernych towarzyszy (najczęściej płci żeńskiej), którzy mimo swojego za zwyczaj ziemskiego pochodzenia, oraz niewątpliwie mniejszej wiedzy i umiejętności, zawsze okazują się w jakiś sposób pomocni. Pilnują również, aby Doktor w trakcie „walki ze złem” nie zatracił swojego człowieczeństwa i nie stał się taki, jak jego wrogowie. Doktor zawsze posiada jakichś „stałych towarzyszy”, w przypadku nowych serii były to same młode kobiety(z jednym wyjątkiem). Żadna z nich jakoś wyjątkowo nie przypadła mi do gustu (może poza Amy, ostatnią towarzyszką Doktora), na szczęście poza nimi pojawiają się również ludzie, których Doktor nie wozi ze sobą cały czas, ale odwiedzili TARDIS raz czy dwa.




 Jako moich ulubionych wymieniłbym River Song, archeolożkę, która również podróżuje w czasie. Łączy ją z Doktorem pewne uczucie, jednak spotykają się w odwrotnej kolejności, co znacznie komplikuje sprawę. Oraz Kapitana Jacka Harknessa, dawnego agenta „Agencji Czasu” z pięćdziesiątego pierwszego wieku, który zapadł fanom w pamięć dzięki niesamowitemu urokowi osobistemu, oraz ciekawej historii, której nie będę tutaj zdradzał.



 Kolejnym niepełnoetatowym towarzyszem zasługującym na uznanie jest Wilfred Mott, dziadek Donny (jednej z towarzyszek Doktora), który pomagał Doktorowi uratować Ziemię i cały wszechświat przed Mistrzem, innym Władcą Czasu, będącym największym Nemezis Doktora. 

Wilfred to emerytowany żołnierz, z obsesją na punkcie UFO. Jest jednym z nielicznych mieszkańców Londynu, którzy zwracają uwagę na latające nad miastem statki kosmiczne. Wilf podziwia Doktora, nazywa go najwspanialszym człowiekiem jakiego poznał. Głównie dlatego, że Doktor zmienił nudne, zwykłe życie jego wnuczki w sposób jakiego ani on, ani Donna nie byli w stanie sobie wyobrazić. Chociaż pojawia się w serialu ledwie kilka razy, odgrywa znaczącą rolę w życiu Doktora.


 "It's a screwdriver!"
 
Oczywiście niebywała wiedza i wierni towarzysze nikomu nie wystarczą do uratowania wszechświata. Wsparcie technologiczne również się przydaje. W „Doktorze Who” nie uraczymy fazowych blasterów, laserów wysokoenergetycznych, czy dział atomowych (przynajmniej nie za często). Doktorowi wystarczy potrafiąca prawie wszystko niebieska budka telefoniczna. Mówiąc prawie wszystko, mam na myśli, poza podróżą w czasie i przestrzeni, tłumaczenie wszystkich języków wszechświata, możliwość stawania się niewidzialną, czy holowania ukradzionych przez szalonych naukowców planet. TARDIS ma coś w rodzaju jaźni, która raz została nawet przelana w ciało kobiety. Jest już dosyć stara, więc nie zawsze przenosi Doktora dokładnie tam gdzie by chciał, jednak zawsze tam, gdzie powinien się znaleźć. „Seksowna” jak nazywa ją Doktor, przeżyła wiele poważnych usterek, wymienię tylko zderzenie z kosmicznym Titanikiem, przekształcenie w złowieszczą machinę paradoksu, czy wrzucenie do jądra planety. Na szczęście Doktor zawsze pamięta o tym, aby ją naprawić i przygotować do kolejnych podróży.
Poza TARDIS, Doktor nader często korzysta z sonicznego śrubokrętu, którego używa chyba do wszystkiego, poza wkręcaniem śrubek, oraz psychicznej wizytówki, na której ludzie widzą dokładnie to, co w danej chwili chce im pokazać.



"Dinosaurs! On a spaceship!"

Niedawno rozpoczął się kolejny sezon „Doktora Who”, który ma przynieść kolejne zmiany, począwszy od towarzyszy Doktora, którzy podróżowali z jedenastym jego wcieleniem od samego początku. Wyjątkowo ich polubiłem, żywię jednak nadzieję, że zostaną godnie zastąpieni. 
Zmiany to coś do czego trzeba się przyzwyczaić oglądając „Doktora Who” i coś dzięki czemu ten serial wciąż żyje. Bo gdyby twórcy nie wpadli na pomysł zamiany Williama Hartnela, pierwszego odtwórcy roli Doktora, na kogoś innego, serial upadłby po kilku latach i dzisiaj byłby tylko starym brytyjskim serialem science-fiction dla dzieci, o którym pamiętałoby jedynie kilku koneserów. Na szczęście serial przetrwał i teraz wielkimi krokami zbliża się jego pięćdziesiąta rocznica.


Oto moja, bardzo zwięzła, odpowiedź na pytanie "dlaczego lubię "Doktora Who"?". Mam nadzieję, że udało mi się kogoś zachęcić do oglądania, albo przynajmniej do bliższego zapoznania się z serialem, gdyż naprawdę warto. Jeśli ciągle nie jesteście przekonani o fenomenie tego serialu, odpowiedzcie sobie na pytanie: ile znacie seriali, wokół których powstają zespoły muzyczne, tworzące muzykę tylko o nich? Doktor ma swoich "Chamelion Circuit" których jeden z utworów dodałem troszkę wyżej.