Batman to jeden z najpopularniejszych i najbardziej lubianych superbohaterów w historii komiksu. Również na moim blogu pojawia się bardzo często, co widać zresztą w ostatnich wpisach. Jednak co za dużo, to niezdrowo i ta zasada dotyczy również nietoperzy. Na chwilę obecną czuję straszny przesyt Batmanem, być może dlatego że czytam sporo komiksów z jego udziałem, jednak w innych mediach Mroczny Rycerz pojawia się ostatnimi czasy nader często.
Szczególnie na tle swoich kolegów i koleżanek z Ligi Sprawiedliwych, czy innych postaci z DC. W ciągu ostatniej dekady pojawiły się trzy filmy i dwie gry z udziałem Batmana, a w produkcji mamy kolejny film i kolejną grę, co więcej w lipcu tego roku do ramówki Cartoon Network weszła również nowa kreskówka z Zamaskowanym Krzyżowcem w roli głównej.
Aby zobrazować "problem" nadmiaru Batmana w mediach, pozwolę sobie przedstawić pewną statystykę.
Jak wiele razy - licząc od początku lat dziewięćdziesiątych - poszczególni członkowie Ligi Sprawiedliwych pojawiali się na dużym i małym ekranie:
Flash:
- Flash - serial TV, 1990-1991
- Flash II: Revenge of Trickster - Film, 1991
Wonder Woman:
- Wonder Woman - film animowany, 2009
- Wonder Woman - Serial, 2011 (wycofany z ramówki po jednym odcinku)
Aquaman:
- Aquaman - film TV, 2006
Martian Manhunter:
-
Green Lantern:
- Green Lantern: First Flight - Film animowany, 2009
- Green Lantern - Film, 2011
- Green Lantern: The Animated Series - Serial animowany, 2011
- Green Lantern: Emerald Knights - Film animowany, 2011
Superman:
- Lois and Clark: The New Adwentures of Superman - Serial, 1993-1997
- Superman: The Animated Series - serial animowany, 1996-2000
- The Batman/Superman Movie - Film animowany, 1998
- Tajemnice Smallville - Serial, 2001-2011
- Superman: Powrót - Film, 2006
- Superman/Batman: Public Enemies - Film animowany, 2009
- Superman/Batman: Apocalypse - Film animowany, 2010
- All Star Superman - Film animowany, 2011
- Superman Versus The Elite - Film animowany 2012
- Człowiek ze Stali - Film, 2013
Batman:
- Batman Returns - Film, 1992
- Batman: The Animated Series - Serial animowany, 1992-1995
- Batman: Mask of the Phantasm - Film animowany, 1993
- Batman Forever - Film, 1995
- The New Batman Adventures - Serial animowany, 1997
- Batman & Robin - Film, 1997
- SubZero - Film animowany, 1998
- The Batman/Superman Movie - Film animowany, 1998
- Batman Beyond - serial animowany, 1999-2001
- Batman Beyond: Return of The Joker - Film animowany, 2000
- Batman: Mystery of the Batwoman - Film animowany, 2003
- The Batman - serial animowany, 2004-2008
- The Batman vs Dracula - Film animowany, 2005
- Batman Begins - Film, 2005
- Batman: Gotham Knight - Film animowany, 2008
- The Dark Knight - Film, 2008
- Batman: the Brave and the Bold - serial animowany, 2008-2011
- Superman/Batman: Public Enemies - film animowany, 2009
- Superman/Batman: Apocalypse - Film animowany, 2010
- Batman: Under the Red Hood - Film animowany, 2010
- Batman: Year One - Film animowany, 2011
- The Dark Knight Returns, part 1 - FIlm animowany, 2012
- The Dark Knight Rises - Film, 2012
- The Dark Knight Returns, part 2 - FIlm animowany, 2013
- Beware the Batman - Serial animowany, 2013-
Do zaprezentowanego tutaj zestawienia nie wliczyłem ekranizacji przygód całej Ligi, filmów fanowskich, krótkometrażowych, ani filmów z lego, które tylko pogłębiłyby przewagę Batmana. Dlatego też pytanie samo ciśnie się na usta: po co nam kolejne filmy, czy seriale z Batmanem w roli głównej, podczas gdy inni bohaterowie, również bardzo ciekawi, w przypadku ekranizacji są ciągle pomijani?
Wiem, że w niedalekiej przyszłości mają pojawić się filmy o Flashu, czy Wonder Woman, mające być podstawą do aktorskiej wersji Ligi Sprawiedliwych, w którą szczerze mówiąc, wątpię coraz bardziej po każdym, kiepskim filmie na podstawie komiksów DC.
Wracając jednak do tematu, o ile ucieszyłem się na wieść o Arkham Origins, na wiadomość o występie Batmana w kolejnym filmie o Supermanie zareagowałem jedynie uniesieniem brwi w geście zdziwienia. W końcu minął dopiero rok od kiedy biedny Christian Bale ostatni raz zdzierał sobie gardło nosząc pelerynę i kaptur, natomiast nowego Batmana ma zagrać ktoś inny. Z jednej strony to całkiem logiczne, w końcu trylogia Nolana to historia zakończona i (chociaż za ostatnią częścią nie przepadam) dopięta na ostatni guzik. Toteż nie rozumiem dlaczego u boku Człowieka ze Stali musi pojawić się akurat Batman, a nie na przykład zapomniany przez wszystkich J'onn J'onzz, który co prawda nie sprzedaje się tak dobrze jak Nietoperz, jednak jest równie ciekawą postacią. Poza tym przydałoby mu się nieco reklamy wśród ludzi niezaznajomionych z komiksami, którzy w przyszłości mają przecież iść do kina na Ligę Sprawiedliwych.
Jednak w nowym Supermenie dostaniemy Batmana, kto zatem będzie go grał? Ben Afleck, o tym już wszyscy wiedzą. Czy zgadzam się z masową nienawiścią wobec niego? Nie do końca. Nie uważam żeby był to idealny wybór, jednak na pewno fizycznie dużo bardziej przypomina komiksowego Bruce'a Wayne'a niż Christian Bale, o Michaelu Keatonie nie wspominając.
Co do samego Bale'a, uważam że dobrze zrobił odrzucając rolę. W końcu tak jak wspomniałem, historia przedstawiona w filmach Nolana jest zamknięta, dlatego też przedstawienie tamtego "konkretnego" Batmana w innym filmie mogłoby mocno namieszać w chronologii trylogii Nolana.
Jeśli chodzi o Arkham Origins, prequel gier Arkham Asylum i Arkham City, to wszystko wskazuje na to, że będzie to gra równie dobra jak dwie poprzednie. Nie podobają mi się niektóre zmiany, jak nowi aktorzy dubbingowi (jednak może spiszą się dobrze), czy zmiana wizerunku Batmana. Uwielbiałem jego kostium w poprzednich częściach, gdzie wygląda jak zwykły trykot, jaki Nietoperz nosi w komiksach, jednak jednocześnie sprawia wrażenie bardzo wytrzymałego. Tutaj twórcy postanowili dać mu twardy pancerz, podobnie jak w najnowszych filmach. To jednak tylko drobne zmiany, które nie wpłyną na fabułę, ani gameplay, a to one są tutaj najważniejsze i zapowiadają się całkiem nieźle.
Co do kreskówki Beware the Batman, mam mocno mieszane uczucia. Z jednej strony mieliśmy już tyle kreskówek i filmów animowanych z Batmanem, że nie ma potrzeby kręcenia kolejnych, ten jest jednak zupełnie inny od wszystkiego co widzieliśmy do tej pory. Z jednej strony dobrze, że twórcy postanowili przedstawić Batmana bardziej jako detektywa niż wojownika, co więcej na jego drodze stają jego mniej znani przeciwnicy, tacy jak profesor Pyg, czy Anarky. Jednak z drugiej strony niektóre zmiany względem pierwowzoru są tutaj po prostu dziwne. Najdziwniejszy jest Alfred, który ze starszego brytyjskiego dżentelmena zamienił się w byłego agenta MI6, z wyglądu przypominającego Agenta 47 na sterydach. Jak stwierdził mój kolega: "Z takim Alfredem, Gotham City nie potrzebuje Batmana".
Uświadczymy tutaj bardzo ładnej animacji CGI, oraz świetnego dubbingu. Ciekawym wyborem był Anthony Ruivivar, który (przynajmniej według filmwebu) z dubbingiem nie miał wcześniej do czynienia, jednak świetnie się spisuje jako Bruce Wayne.
I chociaż ten konkretny serial jest całkiem dobry, mieliśmy po drodze parę kiepskich. Poza tym, jak wiele różnych scenariuszy z udziałem Batmana można przedstawić w tak krótkim czasie?
Osobiście mam nadzieję, że twórcy z WB pójdą po rozum do głowy i dojdą do wniosku, że inni herosi z DC istnieją również poza Ligą Sprawiedliwych i potrafią radzić sobie bez pomocy Batmana. I chociaż nie są tak "mroczni" i "tajemniczy", mają równie duży potencjał. Oczywiście Batman jako marka sprzedaje się sam. Krzyknij "Batman", a ludzie zaczną rzucać w ciebie pieniędzmi. Natomiast kręcąc filmy o innych herosach trzeba się napracować, zainwestować w kampanię reklamową, no i oczywiście stworzyć na prawdę dobry film, bo jak widzieliśmy na przykładzie Zielonej Latarni, kiepskie filmy w których nie ma Batmana, są przyjmowane dużo gorzej, niż kiepskie filmy w których Batman jest.
piątek, 30 sierpnia 2013
wtorek, 20 sierpnia 2013
Dwa oblicza sprawiedliwości
Zeszytówki nie cieszą się w Polsce wielką popularnością. Komiksy zagraniczne, jeśli są w ogóle wydawane, to raczej w formie zbiorczych tomów, a rodzimych tytułów mamy na rynku niewiele.
Jednak jeszcze dziesięć, dwadzieścia lat temu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Głównie dzięki wydawnictwu TM-Semic, które w latach 1990-2003 wypuściło na polski rynek kilkadziesiąt tytułów komiksów, głównie z wydawnictwa Marvel, jednak nie tylko.
Osobiście posiadam kilka zeszytów wydanych przez TM-Semic, a z czasem mam zamiar swoją kolekcje powiększyć, toteż postanowiłem poopowiadać co nieco o tych najciekawszych, zaczynając od wydania specjalnego z roku 1993 - Batman/Judge Dredd - Sąd nad Gotham.
Przy okazji recenzji Tajnej Wojny wspominałem, że nie przepadam za crossoverami, szczególnie tymi splatającymi losy postaci z różnych uniwersów. Cóż, Sąd nad Gotham nie jest złym komiksem, jednak na pewno bardzo specyficznym, zresztą jak większość komiksów z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
Batman i Dredd muszą pokonać Judge Death, który przeniósł się do wymiaru Batmana i jednocząc siły ze Scarecrowem planuje dokonać tytułowego sądu.
Muszę przyznać, że sparowanie Mrocznego Rycerza z Dreddem to dobry pomysł. Obaj mają bardzo silne poczucie sprawiedliwości, aczkolwiek pojmują ją w nieco odmienny sposób. Batman powstrzymuje przestępców, ale ich nie osądza, natomiast Dredd z urzędu jest prokuratorem, sędzią i ławą przysięgłych. Panowie od początku nie przypadli sobie do gustu, nie zdając sobie sprawy, że w zasadzie stoją po tej samej stronie.
Inaczej jest z duetem Scarecrow i Death, którzy oczywiście nie ufają sobie w najmniejszym stopniu, jednak darzą się wzajemną fascynacją, tworząc duet rodem z horroru.
Sąd nad Gotham to komiks przerysowany zarówno w formie jak i w treści, momentami wręcz groteskowy.
Muszę przyznać, że rysunki niespecjalnie przypadły mi do gustu. Styl rysowania Simona Bisleya osobiście mi się nie podoba, jego rysunki momentami przybierają wręcz formę karykatury, co więcej kilka razy można dostrzec problem z zachowaniem proporcji ciała, a kilka paneli sprawia wrażenie niedokończonych.
Rysunki pasują jednak w pewien sposób do scenariusza sporządzonego przez Alana Granta i Johna Wagnera, którzy również wspięli się na szczyt karykaturalnej groteski, dając Scarecrowowi garbatego sługę, a do ramion Judge Death przybijając martwego kurczaka i żeberka.
Myślę, że to idealnie podsumowuje cały ten komiks: martwy kurczak i żeberka przybite do ramion nieumarłego sędziego planującego wybić wszystkich mieszkańców Gotham. Czy naprawdę trzeba mówić coś więcej?
Nie pokuszę się o nazwanie Sądu nad Gotham dobrym komiksem, jest jednak pewną ciekawostką, którą warto mieć w swojej kolekcji, w końcu to Batman i Sędzia Dredd, w historii tak groteskowej, że po prostu nie da się przejść obok tego obojętnie.
Jednak jeszcze dziesięć, dwadzieścia lat temu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Głównie dzięki wydawnictwu TM-Semic, które w latach 1990-2003 wypuściło na polski rynek kilkadziesiąt tytułów komiksów, głównie z wydawnictwa Marvel, jednak nie tylko.
Osobiście posiadam kilka zeszytów wydanych przez TM-Semic, a z czasem mam zamiar swoją kolekcje powiększyć, toteż postanowiłem poopowiadać co nieco o tych najciekawszych, zaczynając od wydania specjalnego z roku 1993 - Batman/Judge Dredd - Sąd nad Gotham.
Przy okazji recenzji Tajnej Wojny wspominałem, że nie przepadam za crossoverami, szczególnie tymi splatającymi losy postaci z różnych uniwersów. Cóż, Sąd nad Gotham nie jest złym komiksem, jednak na pewno bardzo specyficznym, zresztą jak większość komiksów z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
Batman i Dredd muszą pokonać Judge Death, który przeniósł się do wymiaru Batmana i jednocząc siły ze Scarecrowem planuje dokonać tytułowego sądu.
Muszę przyznać, że sparowanie Mrocznego Rycerza z Dreddem to dobry pomysł. Obaj mają bardzo silne poczucie sprawiedliwości, aczkolwiek pojmują ją w nieco odmienny sposób. Batman powstrzymuje przestępców, ale ich nie osądza, natomiast Dredd z urzędu jest prokuratorem, sędzią i ławą przysięgłych. Panowie od początku nie przypadli sobie do gustu, nie zdając sobie sprawy, że w zasadzie stoją po tej samej stronie.
Inaczej jest z duetem Scarecrow i Death, którzy oczywiście nie ufają sobie w najmniejszym stopniu, jednak darzą się wzajemną fascynacją, tworząc duet rodem z horroru.
Sąd nad Gotham to komiks przerysowany zarówno w formie jak i w treści, momentami wręcz groteskowy.
Muszę przyznać, że rysunki niespecjalnie przypadły mi do gustu. Styl rysowania Simona Bisleya osobiście mi się nie podoba, jego rysunki momentami przybierają wręcz formę karykatury, co więcej kilka razy można dostrzec problem z zachowaniem proporcji ciała, a kilka paneli sprawia wrażenie niedokończonych.
Rysunki pasują jednak w pewien sposób do scenariusza sporządzonego przez Alana Granta i Johna Wagnera, którzy również wspięli się na szczyt karykaturalnej groteski, dając Scarecrowowi garbatego sługę, a do ramion Judge Death przybijając martwego kurczaka i żeberka.
Myślę, że to idealnie podsumowuje cały ten komiks: martwy kurczak i żeberka przybite do ramion nieumarłego sędziego planującego wybić wszystkich mieszkańców Gotham. Czy naprawdę trzeba mówić coś więcej?
sobota, 17 sierpnia 2013
Wielka Kolekcja #17: Tajna Wojna
Zazwyczaj podchodzę sceptycznie do crossoverów, szczególnie takich, w
których splatają się losy więcej niż dwóch bohaterów. W takich
komiksach, poza samą fabułą ważne jest również ukazanie relacji
zachodzących między postaciami. Świetnym przykładem jest tutaj wydawana w
latach osiemdziesiątych seria Secret Wars (Tajne Wojny),
opowiadająca o potyczce toczonej między grupą bohaterów, a grupą łotrów
przeniesionych na obcą planetę przez tajemniczą istotę zwaną Beyonder. Ta składająca się z dwunastu zeszytów seria idealnie prezentuje jak powinien wyglądać dobry crossover, w którym fabuła w zasadzie opierała się na przyjaźniach i nieprzyjaźniach pomiędzy poszczególnymi bohaterami i złoczyńcami. To w czasie tej przygody również Spider-Man znajduje czarnego symbionta, w przeciwieństwie do tego, jak jest to ukazywane we wszelkiej maści filmowych i animowanych adaptacjach jego przygód.
Dwadzieścia lat później duet Bendis i Dell'otto stworzył podobną jedynie z nazwy opowieść Tajna Wojna.
Historia zaczyna się w momencie kiedy Luke Cage - znany również jako Power Man - zostaje napadnięty we własnym domu i niemal zabity przez tajemniczą kobietę.
Wkrótce ofiarami podobnych ataków padają również inni zamaskowani herosi: Kapitan Ameryka, Daredevil, Spider-Man i Wolverine.
W całą sprawę zdaje się być zamieszany również pułkownik Fury. Jak się okazuje, rok wcześniej wraz z wymienionymi wyżej herosami, Fury przeprowadził niepopartą przez ONZ, ani SHIELD, oraz wręcz odradzaną przez rząd Stanów Zjednoczonych akcję, mającą na celu powstrzymanie premier Latverii, która finansowała amerykańskich terrorystów.
Akcja jednak nie przebiegła tak jak powinna, Fury postanowił więc wymazać tę misję z pamięci bohaterów. Przeszłość której nie pamiętają zaczyna się jednak na nich mścić, toteż Fury wyjaśnia herosom z jakiego powodu spotykają ich te drobne niedogodności.
Sama historia jest dosyć ciekawa, ukazuje jak pochopne - aczkolwiek podjęte w dobrej wierze - decyzje Nicka Fury'ego doprowadzają do tragedii. Mamy tutaj sporo akcji, mamy intrygującą tajemnicę, jednak komiks aż trąci niewykorzystanym potencjałem. Nie mamy tutaj ani zarysowanych relacji między bohaterami (poza jedną sceną, z której dowiadujemy się, że Spider-Man i Daredevil się lubią, a Kapitan Ameryka i Wolverine niekoniecznie), ani ukazanych zalet i wad poszczególnych herosów, oraz ich przydatności w konkretnych sytuacjach, co miałoby sens w przypadku zebrania takiej drużyny.
Oprawa graficzna Gabrielle'a Del'Otto jest bardzo miła dla oka i dopieszczona w każdym szczególe, jednak rysownik często wykorzystuje po kilka razy te same ilustracje ze zmienionymi kolorami, czy kadrowaniem, co odrobinę psuje efekt. Trzeba go jednak pochwalić za projekt alternatywnych kostiumów superbohaterów, które jednak w samym komiksie pojawiają się tylko przez chwilę i to w dodatku w czerni i bieli, pozostawiając lekki niedosyt. Możemy je jednak popodziwiać w materiałach dodatkowych na końcu albumu.
Tajna Wojna to album godny polecenia, ciekawy zarówno graficznie, jak i fabularnie, jednak czegoś mu brakuje i zdaje się, że i rysownik i scenarzysta o czymś zapomnieli i gdyby postarali się odrobinę bardziej, mogliby stworzyć coś o wiele lepszego.
Dwadzieścia lat później duet Bendis i Dell'otto stworzył podobną jedynie z nazwy opowieść Tajna Wojna.
Historia zaczyna się w momencie kiedy Luke Cage - znany również jako Power Man - zostaje napadnięty we własnym domu i niemal zabity przez tajemniczą kobietę.
Wkrótce ofiarami podobnych ataków padają również inni zamaskowani herosi: Kapitan Ameryka, Daredevil, Spider-Man i Wolverine.
W całą sprawę zdaje się być zamieszany również pułkownik Fury. Jak się okazuje, rok wcześniej wraz z wymienionymi wyżej herosami, Fury przeprowadził niepopartą przez ONZ, ani SHIELD, oraz wręcz odradzaną przez rząd Stanów Zjednoczonych akcję, mającą na celu powstrzymanie premier Latverii, która finansowała amerykańskich terrorystów.
Akcja jednak nie przebiegła tak jak powinna, Fury postanowił więc wymazać tę misję z pamięci bohaterów. Przeszłość której nie pamiętają zaczyna się jednak na nich mścić, toteż Fury wyjaśnia herosom z jakiego powodu spotykają ich te drobne niedogodności.
Sama historia jest dosyć ciekawa, ukazuje jak pochopne - aczkolwiek podjęte w dobrej wierze - decyzje Nicka Fury'ego doprowadzają do tragedii. Mamy tutaj sporo akcji, mamy intrygującą tajemnicę, jednak komiks aż trąci niewykorzystanym potencjałem. Nie mamy tutaj ani zarysowanych relacji między bohaterami (poza jedną sceną, z której dowiadujemy się, że Spider-Man i Daredevil się lubią, a Kapitan Ameryka i Wolverine niekoniecznie), ani ukazanych zalet i wad poszczególnych herosów, oraz ich przydatności w konkretnych sytuacjach, co miałoby sens w przypadku zebrania takiej drużyny.
Oprawa graficzna Gabrielle'a Del'Otto jest bardzo miła dla oka i dopieszczona w każdym szczególe, jednak rysownik często wykorzystuje po kilka razy te same ilustracje ze zmienionymi kolorami, czy kadrowaniem, co odrobinę psuje efekt. Trzeba go jednak pochwalić za projekt alternatywnych kostiumów superbohaterów, które jednak w samym komiksie pojawiają się tylko przez chwilę i to w dodatku w czerni i bieli, pozostawiając lekki niedosyt. Możemy je jednak popodziwiać w materiałach dodatkowych na końcu albumu.
Tajna Wojna to album godny polecenia, ciekawy zarówno graficznie, jak i fabularnie, jednak czegoś mu brakuje i zdaje się, że i rysownik i scenarzysta o czymś zapomnieli i gdyby postarali się odrobinę bardziej, mogliby stworzyć coś o wiele lepszego.
czwartek, 8 sierpnia 2013
Nietoperz i Sowy
Strzeż się Trybunału Sów,
Co wszystko widzi wokół,
I rządzi Gotham tak jak chce,
Choć nie wychodzi z mroku.
Trybunał wie, co dzieje się
W twym łożu i umyśle,
Gdy choćby "sowa" szepniesz,
On za tobą szpona wyśle.
Trybunał Sów to już moje drugie spotkanie z Nowym DC, ponownie za pośrednictwem Mrocznego Rycerza.
Scott Snyder stworzył ciekawą, trzymającą w napięciu historię, opartą na popularnym motywie "wielkiego brata". Snyder pokazuje, że Gotham to coś więcej niż Batman i jego przeciwnicy.
Tym starym miastem rządzą legendy. Od dawna zapomniane przypominają o sobie w dosyć dobitny sposób. Batman będzie musiał zmierzyć się nie z zagrożeniem atakującym Gotham, ale z samym miastem, którego bronił przez tyle lat.
Historia zaczyna się w momencie, kiedy Batman dowiaduje się o bardzo dziwnym, brutalnym morderstwie. Podczas dochodzenia wszystkie dowody wskazują na legendarny Trybunał Sów, który rzekomo rządził kiedyś Gotham. Co więcej, na miejscu zbrodni nasz detektyw odnajduję wiadomość, głoszącą, że w ciągu najbliższego dnia zginie pewien bogaty mieszkaniec Gotham, lubujący się w maskach i pelerynach.
Batman oczywiście nie wierzy w to, że faktycznie ma do czynienia z legendarnym Trybunałem, tak czy inaczej, musi jednak powstrzymać niebezpieczeństwo zagrażające mieszkańcom miasta, jak i jemu samemu.
W trakcie śledztwa coraz więcej dowodów wskazuje na istnienie Trybunału, oraz jego powiązania z ostatnimi wydarzeniami, mimo to, Mroczny Rycerz do końca nie jest przekonany o istnieniu tajnej organizacji. Dlaczego? I tutaj pojawia się największa fabularna bolączka tego albumu.
Otóż Bruce, zaraz po śmierci swoich rodziców, jako mały chłopiec, obwinił właśnie Trybunał o tragedię jaka go spotkała i zaczął prowadzić "śledztwo" na jego temat, które jednak nie przyniosło oczekiwanych efektów. Domyślam się, że autor chciał nam w ten sposób pokazać, że Bruce od zawsze był świetnym detektywem i wręcz urodził się, aby robić to co robi. Ale serio? Kilkuletni chłopiec prowadzący śledztwo w sprawie tajnej organizacji? Mógłby zostać przedstawiony jako starszy nastolatek, albo już nawet dorosły Bruce, który nie przywdział jeszcze peleryny i maski, jednak Snyder postawił na małego chłopca, co nie było do końca dobrym wyborem.
O prawdziwości istnienia Trybunału, Bruce przekonuje się w bardzo bolesny sposób. Sowy z Gotham niemal dokonują tego, co do tej pory udało się tylko Bane'owi, prawie złamały Batmana. I o ile Bane dokonał tego iście fizycznie, podczas nierównej walki z Trybunałem, Mroczny Rycerz był bliski złamania psychicznego.
Oczywiście wyrwał się z tej opresji w swoim stylu, jednak Sowy cały czas gdzieś tam są i szykują kolejny atak, planują odzyskać władzę nad Gotham. Czy im się uda, czy nie, dowiemy się dopiero w kolejnym tomie.
Oprawa graficzna autorstwa Grega Capullo, nie wgniata w fotel, ale też nie budzi obrzydzenia. Szczególnie nie podoba mi się tutaj wygląd samego Bruce'a, który byłby w prządku, lecz wygląda zdecydowanie zbyt młodo, na późne dwadzieścia, maksymalnie trzydzieści lat. Tymczasem u boku Batmana widzimy nie tylko dorosłego już Dicka Graysona, czy nastoletniego Tima Drake'a, ale również całkiem wyrośniętego Damiana Wayne'a, latorośl samego Detektywa, co sugerowałoby, że dzielny obrońca Gotham jest już jednak nieco starszy.
Co więcej, w pewnym momencie kiedy Batman jest bliski utraty zmysłów, twórcy decydują się na ciekawy zabieg, mianowicie niektóre plansze umieszczają bokiem, lub do góry nogami, co może i utwierdza nas, że Mroczny Rycerz powoli szaleje, jednak jednocześnie jest nieco mylące.
Trybunał Sów czytało mi się dużo lepiej, niż recenzowane wcześniej Oblicza Śmierci. Ten album skupia się na jednym, bardzo ciekawym wątku i rozwija go stopniowo, z kolei Oblicza Śmierci skakały z tematu na temat, sugerując, że autor cierpi na ADHD. Tamten komiks był jednak dużo lepszy graficznie. Oba, chociaż różnią się od siebie, są bardzo dobre i zasługują na uwagę każdego fana Mrocznego Rycerza, czy w ogóle Uniwersum DC.
Scott Snyder stworzył ciekawą, trzymającą w napięciu historię, opartą na popularnym motywie "wielkiego brata". Snyder pokazuje, że Gotham to coś więcej niż Batman i jego przeciwnicy.
Tym starym miastem rządzą legendy. Od dawna zapomniane przypominają o sobie w dosyć dobitny sposób. Batman będzie musiał zmierzyć się nie z zagrożeniem atakującym Gotham, ale z samym miastem, którego bronił przez tyle lat.
Historia zaczyna się w momencie, kiedy Batman dowiaduje się o bardzo dziwnym, brutalnym morderstwie. Podczas dochodzenia wszystkie dowody wskazują na legendarny Trybunał Sów, który rzekomo rządził kiedyś Gotham. Co więcej, na miejscu zbrodni nasz detektyw odnajduję wiadomość, głoszącą, że w ciągu najbliższego dnia zginie pewien bogaty mieszkaniec Gotham, lubujący się w maskach i pelerynach.
Batman oczywiście nie wierzy w to, że faktycznie ma do czynienia z legendarnym Trybunałem, tak czy inaczej, musi jednak powstrzymać niebezpieczeństwo zagrażające mieszkańcom miasta, jak i jemu samemu.
W trakcie śledztwa coraz więcej dowodów wskazuje na istnienie Trybunału, oraz jego powiązania z ostatnimi wydarzeniami, mimo to, Mroczny Rycerz do końca nie jest przekonany o istnieniu tajnej organizacji. Dlaczego? I tutaj pojawia się największa fabularna bolączka tego albumu.
Otóż Bruce, zaraz po śmierci swoich rodziców, jako mały chłopiec, obwinił właśnie Trybunał o tragedię jaka go spotkała i zaczął prowadzić "śledztwo" na jego temat, które jednak nie przyniosło oczekiwanych efektów. Domyślam się, że autor chciał nam w ten sposób pokazać, że Bruce od zawsze był świetnym detektywem i wręcz urodził się, aby robić to co robi. Ale serio? Kilkuletni chłopiec prowadzący śledztwo w sprawie tajnej organizacji? Mógłby zostać przedstawiony jako starszy nastolatek, albo już nawet dorosły Bruce, który nie przywdział jeszcze peleryny i maski, jednak Snyder postawił na małego chłopca, co nie było do końca dobrym wyborem.
O prawdziwości istnienia Trybunału, Bruce przekonuje się w bardzo bolesny sposób. Sowy z Gotham niemal dokonują tego, co do tej pory udało się tylko Bane'owi, prawie złamały Batmana. I o ile Bane dokonał tego iście fizycznie, podczas nierównej walki z Trybunałem, Mroczny Rycerz był bliski złamania psychicznego.
Oczywiście wyrwał się z tej opresji w swoim stylu, jednak Sowy cały czas gdzieś tam są i szykują kolejny atak, planują odzyskać władzę nad Gotham. Czy im się uda, czy nie, dowiemy się dopiero w kolejnym tomie.
Oprawa graficzna autorstwa Grega Capullo, nie wgniata w fotel, ale też nie budzi obrzydzenia. Szczególnie nie podoba mi się tutaj wygląd samego Bruce'a, który byłby w prządku, lecz wygląda zdecydowanie zbyt młodo, na późne dwadzieścia, maksymalnie trzydzieści lat. Tymczasem u boku Batmana widzimy nie tylko dorosłego już Dicka Graysona, czy nastoletniego Tima Drake'a, ale również całkiem wyrośniętego Damiana Wayne'a, latorośl samego Detektywa, co sugerowałoby, że dzielny obrońca Gotham jest już jednak nieco starszy.
Co więcej, w pewnym momencie kiedy Batman jest bliski utraty zmysłów, twórcy decydują się na ciekawy zabieg, mianowicie niektóre plansze umieszczają bokiem, lub do góry nogami, co może i utwierdza nas, że Mroczny Rycerz powoli szaleje, jednak jednocześnie jest nieco mylące.
Trybunał Sów czytało mi się dużo lepiej, niż recenzowane wcześniej Oblicza Śmierci. Ten album skupia się na jednym, bardzo ciekawym wątku i rozwija go stopniowo, z kolei Oblicza Śmierci skakały z tematu na temat, sugerując, że autor cierpi na ADHD. Tamten komiks był jednak dużo lepszy graficznie. Oba, chociaż różnią się od siebie, są bardzo dobre i zasługują na uwagę każdego fana Mrocznego Rycerza, czy w ogóle Uniwersum DC.
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
Tick tock goes the clock
Jakiś czas temu świat obiegła wiadomość o rezygnacji Matta Smitha z roli Doktora w serialu Doctor Who. Wczoraj ogłoszono, że jego następcą będzie Peter Capaldi, a wśród fanów zawrzało.
Jedni są zachwyceni, inni wołają o pomstę do nieba, nieliczni podchodzą do sprawy na zimno i czekają na to, co przyniesie odcinek świąteczny, oraz kolejny sezon.
Wielu przeciwników, czy może raczej przeciwniczek nowego Doktora marudzi głównie na jego wiek. Pan Capaldi ma bowiem już 55 lat. Ale czy to źle? Moim zdaniem to bardzo miła odmiana, po bardzo młodym jedenastym Doktorze. Oczywiście "fangirls" nie będą mogły tworzyć wyimaginowanych paringów starego dziada z młodymi towarzyszkami, skończą się również mokre sny nastolatek na temat młodego i przystojnego podróżnika w czasie.
W końcu w tym serialu nie chodzi o wygląd postaci, czy jakieś bezsensowne, wciskane na siłę wątki miłosne. Pierwszym wcieleniom Doktora było daleko zarówno do bycia młodym, jak i do zakochiwania się w swoich kompankach.
William Hartnell, Patrick Troughton i Jon Pertwee - Pierwsi trzej odtwórcy roli Doktora
Nowy, nieco starszy Doktor, może wskazywać na chęć twórców do powrotu do korzeni serii. Wskazuje na to również kilka innych elementów, takich jak zmiana wystroju TARDIS na bardziej zbliżony do tego klasycznego, sięganie po motywy ze starych serii, czy nawet zmiana intra.
Czy Capaldi dorówna Smithowi? Cóż, taką mam nadzieję. Matt Smith wykreował świetną, niejednoznaczną postać. Świetnie wychodziło mu zarówno granie podekscytowanego wszystkim dzieciaka z ADHD, który zjadł za dużo cukru, jak i zgryźliwego, doświadczonego przez życie w bolesny sposób starca, którym Doktor - niezależnie od zagęszczenia zmarszczek na jego twarzy - przecież jest. Trzeba przyznać, że świetną robotę przy jedenastym wcieleniu Doktora wykonali również scenarzyści. Wielu ludzi marudzi na Stephena Moffata, głównego scenarzystę serialu, jednak ja muszę przyznać, że za czasów jego poprzednika, Russela T. Daviesa Doktor nie przeżywał tak trzymających w napięciu, ekscytujących przygód, a jeśli przeżywał, to były one właśnie autorstwa Moffata (może poza świetnym odcinkiem Midnight z czwartego sezonu).
Muszę jednak przyznać, że Matt Smith na początku wydawał mi się kompletnie niedopasowanym do tej roli, jednak już w pierwszym odcinku przekonał mnie, że się myliłem. Natomiast David Tennant wydawał mi się świetnym wyborem, a z czasem moje zdanie na jego temat stopniowo się pogarszało. Dlatego też trochę się obawiam, lecz Doktor, to Doktor i chociaż jedne jego wcielenia lubię bardziej, a inne mniej, to w każdej odsłonie (może poza filmem), wypadał co najmniej bardzo dobrze.
Peter Capaldi to znany i charakterystyczny brytyjski aktor, a za jego postać są odpowiedzialni ci sami ludzie, którzy stworzyli jego świetnego poprzednika. Dlatego też mam wielką nadzieję, że kiedy powie po raz pierwszy "I am the Doctor", uwierzę mu od razu.
Jeżeli chodzi o moje wymagania wobec postaci, to nawet nie śmiem stawiać żadnych konkretnych. Nie ważne, czy będzie szalony, stateczny, zgryźliwy, czy zabawny, ma być po prostu Doktorem, a ponieważ Peter Capaldi jest wieloletnim fanem serialu, na pewno będzie wiedział jak tego dokonać.
Jedni są zachwyceni, inni wołają o pomstę do nieba, nieliczni podchodzą do sprawy na zimno i czekają na to, co przyniesie odcinek świąteczny, oraz kolejny sezon.
Wielu przeciwników, czy może raczej przeciwniczek nowego Doktora marudzi głównie na jego wiek. Pan Capaldi ma bowiem już 55 lat. Ale czy to źle? Moim zdaniem to bardzo miła odmiana, po bardzo młodym jedenastym Doktorze. Oczywiście "fangirls" nie będą mogły tworzyć wyimaginowanych paringów starego dziada z młodymi towarzyszkami, skończą się również mokre sny nastolatek na temat młodego i przystojnego podróżnika w czasie.
W końcu w tym serialu nie chodzi o wygląd postaci, czy jakieś bezsensowne, wciskane na siłę wątki miłosne. Pierwszym wcieleniom Doktora było daleko zarówno do bycia młodym, jak i do zakochiwania się w swoich kompankach.
William Hartnell, Patrick Troughton i Jon Pertwee - Pierwsi trzej odtwórcy roli Doktora
Nowy, nieco starszy Doktor, może wskazywać na chęć twórców do powrotu do korzeni serii. Wskazuje na to również kilka innych elementów, takich jak zmiana wystroju TARDIS na bardziej zbliżony do tego klasycznego, sięganie po motywy ze starych serii, czy nawet zmiana intra.
Czy Capaldi dorówna Smithowi? Cóż, taką mam nadzieję. Matt Smith wykreował świetną, niejednoznaczną postać. Świetnie wychodziło mu zarówno granie podekscytowanego wszystkim dzieciaka z ADHD, który zjadł za dużo cukru, jak i zgryźliwego, doświadczonego przez życie w bolesny sposób starca, którym Doktor - niezależnie od zagęszczenia zmarszczek na jego twarzy - przecież jest. Trzeba przyznać, że świetną robotę przy jedenastym wcieleniu Doktora wykonali również scenarzyści. Wielu ludzi marudzi na Stephena Moffata, głównego scenarzystę serialu, jednak ja muszę przyznać, że za czasów jego poprzednika, Russela T. Daviesa Doktor nie przeżywał tak trzymających w napięciu, ekscytujących przygód, a jeśli przeżywał, to były one właśnie autorstwa Moffata (może poza świetnym odcinkiem Midnight z czwartego sezonu).
Muszę jednak przyznać, że Matt Smith na początku wydawał mi się kompletnie niedopasowanym do tej roli, jednak już w pierwszym odcinku przekonał mnie, że się myliłem. Natomiast David Tennant wydawał mi się świetnym wyborem, a z czasem moje zdanie na jego temat stopniowo się pogarszało. Dlatego też trochę się obawiam, lecz Doktor, to Doktor i chociaż jedne jego wcielenia lubię bardziej, a inne mniej, to w każdej odsłonie (może poza filmem), wypadał co najmniej bardzo dobrze.
Peter Capaldi to znany i charakterystyczny brytyjski aktor, a za jego postać są odpowiedzialni ci sami ludzie, którzy stworzyli jego świetnego poprzednika. Dlatego też mam wielką nadzieję, że kiedy powie po raz pierwszy "I am the Doctor", uwierzę mu od razu.
Jeżeli chodzi o moje wymagania wobec postaci, to nawet nie śmiem stawiać żadnych konkretnych. Nie ważne, czy będzie szalony, stateczny, zgryźliwy, czy zabawny, ma być po prostu Doktorem, a ponieważ Peter Capaldi jest wieloletnim fanem serialu, na pewno będzie wiedział jak tego dokonać.
Wielka Kolekcja #16 - New X-Men: Z jak Zagłada (część 1)
X-Men zdecydowanie wiodą prym wśród komiksów Wielkiej Kolekcji. W jej ramach opublikowano już cztery tomy przygód mutantów: Astonishing X-Men: Obdarowani, Wolverine - solową przygodę Rosomaka w Japonii, Uncanny X-Men: Mroczna Phoenix, oraz tom który teraz omówię, czyli New X-Men: Z jak zagłada.
Cóż, wielka kolekcja ma na celu nie tylko przybliżyć czytelnikom najlepsze dzieła twórców Marvela, ale również podkreślić największe zmiany i najbardziej przełomowe momenty historii uniwersum, jak i jego najsłynniejszych mieszkańców.
A podopieczni Charlesa Xaviera musieli przywyknąć do częstych zmian, dotyczących nie tylko składu drużyny.
Z jak Zagłada to dobry komiks, a przynajmniej taka jest jego pierwsza część, w wielkiej kolekcji opatrzona numerem 16.
Zaczyna się tradycyjnie dla X-Men: Wolverine i Cyclops walczą z Sentinelami, a nieznana nam kobieta tłumaczy nieznanemu nam mężczyźnie czemu mutanci powinni zginąć.
Wątek eugeniczno-rasistowski jest dla X-Men kluczowy, gdyż to właśnie rasizm był powodem dla którego wydawnictwo Marvel w ogóle zaczęło publikować przygody mutantów.
Tajemnicza para to Donald Trask, bratanek Bolivara Traska - twórcy Sentineli, robotów zaprojektowanych do walki z mutantami, o kobiecie wiemy natomiast tylko tyle, że nazywa się Cassandra Nova, oraz jest bardzo podobna do pewnego niepełnosprawnego, łysego profesora.
Nie wiadomo dlaczego Cassandra pragnie wybić do nogi gatunek Homo Superior, jednak trzeba przyznać, że zna się na rzeczy i podchodzi do sprawy profesjonalnie.
Odnajduje w Ekwadorze Master Molda - fabrykę produkującą dzikich Sentineli, łatwo adaptujących się do otoczenia i ogólnie dużo groźniejszych od pierwowzoru.
Poza oczyszczeniem świata z mutantów, Nova chce pragnie również przejąć kontrolę ciałem profesora Xaviera, z którym łączy ją więcej, niż tylko brak włosów. Są do siebie bardzo podobni fizycznie, posiadają podobne moce - aczkolwiek Cassandra zdaje się przewyższać Xaviera swoimi zdolnościami - a samą siebie nazywa "genetyczną bliźniaczką" Charlesa (cokolwiek to znaczy).
Cassandra to ogólnie bardzo tajemnicza postać, nie wiadomo nawet czym tak na prawdę jest. Człowiekiem? Mutantem? Kolejnym, przedziwnym szczeblem na drabinie ludzkiej ewolucji? Zapewne dowiemy się tego w kolejnym tomie.
Poza walką z nowym, nieznanym przeciwnikiem, potrafiącym włamać się do umysłu profesora X, kontrolować myślami Sentinele a także obrać do gołej kości (metalu) rękę Wolverine'a, dostaniemy również kilka innych, typowych dla X-Men motywów, oraz parę nowości.
Jak na przykład "mutacja wtórna", która dała niektórym członkom drużyny nowe moce, a Hanka McCoya upodobniła do wielkiego kota, a chociaż wszyscy lubią koty, zupełnie zrujnowało to życie towarzyskie niebieskiego futrzaka.
U innych również nie wiedzie się najlepiej. Scott i Jean przeżywają kryzys, a Emma Frost jako jedyna przeżyła masową rzeź mutantów. Jedynie Wolverine zdaje się niczym nie przejmować, z uśmiechem miażdżąc kolejnych blaszanych przeciwników.
Podobnie jak w przypadku Witaj Ponownie Frank, nie jestem w stanie w pełni ocenić fabuły komiksu, gdyż nie wiem jak ona się rozwinie, jednak w przeciwieństwie do tamtego albumu, ten od początku zrobił na mnie dobre wrażenie. Historia jest ciekawa, rozwija się stopniowo, od czasu do czasu przyspieszając gwałtownie, ale i dając chwilę oddechu, kiedy taka jest potrzebna. Album kończy się trzymającym w napięciu cliffhangerem, a jedna z ostatnich scen, dotycząca Bestii, oraz ucznia o pseudonimie Beak, wywołała u mnie na prawdę spore emocje. Irytuje mnie tylko jedna scena, w której Wolverine i Scott postanawiają zabrać uratowanego cywila na zwiad, w trakcie którego natrafiają na Sentinele. Jak można się domyślić, dla nikogo nie skończyło się to dobrze.
Wizualnie również jest całkiem nieźle. Niektórzy narzekają na nowy (to znaczy, teraz już stary) wygląd Bestii, ale szczerze mówiąc, wygląda tutaj dużo lepiej niż w albumie Astonishing X-Men: Obdarowani, aczkolwiek wydaje się być trochę zbyt barczysty. Jego barki są nienaturalnie szerokie względem reszty ciała. Z kolei Scott Summers ma nieco przerośnięty podbródek, natomiast kostium Emmy Frost to po prostu X przyklejony na piersi (nie żebym miał ku temu jakieś zastrzeżenia).
Ostatni zeszyt zawarty w tym albumie nie został narysowany przez Franka Quitely, jak pozostałe, a przez Ethana Van Scivera. Jego rysunki podobają mi się nieco bardziej. Wszyscy wyglądają bardziej naturalnie, a kostium Emmy Frost, zostaje totalnie odwrócony i abstrahując od erotyzmu tej postaci, ten design wydaje się być dużo ciekawszy. Lepiej wygląda również otoczenie, a kolory w tym zeszycie są bardziej stonowane, być może, dlatego że większość jego akcji toczy się w nocy.
Pierwsza część historii Z jak Zagłada ustępuje fabularnie Mrocznej Phoenix, a wizualnie przegrywa z Astonishing X-Men: Obdarowani. Jednak mimo wszystko, jest to całkiem dobry, trzymający w napięciu komiks, a wszystko wskazuje na to, że jego kontynuacja będzie jeszcze lepsza.
Cóż, wielka kolekcja ma na celu nie tylko przybliżyć czytelnikom najlepsze dzieła twórców Marvela, ale również podkreślić największe zmiany i najbardziej przełomowe momenty historii uniwersum, jak i jego najsłynniejszych mieszkańców.
A podopieczni Charlesa Xaviera musieli przywyknąć do częstych zmian, dotyczących nie tylko składu drużyny.
Z jak Zagłada to dobry komiks, a przynajmniej taka jest jego pierwsza część, w wielkiej kolekcji opatrzona numerem 16.
Zaczyna się tradycyjnie dla X-Men: Wolverine i Cyclops walczą z Sentinelami, a nieznana nam kobieta tłumaczy nieznanemu nam mężczyźnie czemu mutanci powinni zginąć.
Wątek eugeniczno-rasistowski jest dla X-Men kluczowy, gdyż to właśnie rasizm był powodem dla którego wydawnictwo Marvel w ogóle zaczęło publikować przygody mutantów.
Tajemnicza para to Donald Trask, bratanek Bolivara Traska - twórcy Sentineli, robotów zaprojektowanych do walki z mutantami, o kobiecie wiemy natomiast tylko tyle, że nazywa się Cassandra Nova, oraz jest bardzo podobna do pewnego niepełnosprawnego, łysego profesora.
Nie wiadomo dlaczego Cassandra pragnie wybić do nogi gatunek Homo Superior, jednak trzeba przyznać, że zna się na rzeczy i podchodzi do sprawy profesjonalnie.
Odnajduje w Ekwadorze Master Molda - fabrykę produkującą dzikich Sentineli, łatwo adaptujących się do otoczenia i ogólnie dużo groźniejszych od pierwowzoru.
Poza oczyszczeniem świata z mutantów, Nova chce pragnie również przejąć kontrolę ciałem profesora Xaviera, z którym łączy ją więcej, niż tylko brak włosów. Są do siebie bardzo podobni fizycznie, posiadają podobne moce - aczkolwiek Cassandra zdaje się przewyższać Xaviera swoimi zdolnościami - a samą siebie nazywa "genetyczną bliźniaczką" Charlesa (cokolwiek to znaczy).
Cassandra to ogólnie bardzo tajemnicza postać, nie wiadomo nawet czym tak na prawdę jest. Człowiekiem? Mutantem? Kolejnym, przedziwnym szczeblem na drabinie ludzkiej ewolucji? Zapewne dowiemy się tego w kolejnym tomie.
Poza walką z nowym, nieznanym przeciwnikiem, potrafiącym włamać się do umysłu profesora X, kontrolować myślami Sentinele a także obrać do gołej kości (metalu) rękę Wolverine'a, dostaniemy również kilka innych, typowych dla X-Men motywów, oraz parę nowości.
Jak na przykład "mutacja wtórna", która dała niektórym członkom drużyny nowe moce, a Hanka McCoya upodobniła do wielkiego kota, a chociaż wszyscy lubią koty, zupełnie zrujnowało to życie towarzyskie niebieskiego futrzaka.
U innych również nie wiedzie się najlepiej. Scott i Jean przeżywają kryzys, a Emma Frost jako jedyna przeżyła masową rzeź mutantów. Jedynie Wolverine zdaje się niczym nie przejmować, z uśmiechem miażdżąc kolejnych blaszanych przeciwników.
Podobnie jak w przypadku Witaj Ponownie Frank, nie jestem w stanie w pełni ocenić fabuły komiksu, gdyż nie wiem jak ona się rozwinie, jednak w przeciwieństwie do tamtego albumu, ten od początku zrobił na mnie dobre wrażenie. Historia jest ciekawa, rozwija się stopniowo, od czasu do czasu przyspieszając gwałtownie, ale i dając chwilę oddechu, kiedy taka jest potrzebna. Album kończy się trzymającym w napięciu cliffhangerem, a jedna z ostatnich scen, dotycząca Bestii, oraz ucznia o pseudonimie Beak, wywołała u mnie na prawdę spore emocje. Irytuje mnie tylko jedna scena, w której Wolverine i Scott postanawiają zabrać uratowanego cywila na zwiad, w trakcie którego natrafiają na Sentinele. Jak można się domyślić, dla nikogo nie skończyło się to dobrze.
Wizualnie również jest całkiem nieźle. Niektórzy narzekają na nowy (to znaczy, teraz już stary) wygląd Bestii, ale szczerze mówiąc, wygląda tutaj dużo lepiej niż w albumie Astonishing X-Men: Obdarowani, aczkolwiek wydaje się być trochę zbyt barczysty. Jego barki są nienaturalnie szerokie względem reszty ciała. Z kolei Scott Summers ma nieco przerośnięty podbródek, natomiast kostium Emmy Frost to po prostu X przyklejony na piersi (nie żebym miał ku temu jakieś zastrzeżenia).
Ostatni zeszyt zawarty w tym albumie nie został narysowany przez Franka Quitely, jak pozostałe, a przez Ethana Van Scivera. Jego rysunki podobają mi się nieco bardziej. Wszyscy wyglądają bardziej naturalnie, a kostium Emmy Frost, zostaje totalnie odwrócony i abstrahując od erotyzmu tej postaci, ten design wydaje się być dużo ciekawszy. Lepiej wygląda również otoczenie, a kolory w tym zeszycie są bardziej stonowane, być może, dlatego że większość jego akcji toczy się w nocy.
Pierwsza część historii Z jak Zagłada ustępuje fabularnie Mrocznej Phoenix, a wizualnie przegrywa z Astonishing X-Men: Obdarowani. Jednak mimo wszystko, jest to całkiem dobry, trzymający w napięciu komiks, a wszystko wskazuje na to, że jego kontynuacja będzie jeszcze lepsza.
czwartek, 1 sierpnia 2013
Wielka Kolekcja #15 - Punisher: Witaj Ponowie, Frank (część 1)
Punisher to ciekawa postać. Wymykająca się standardowemu,
komiksowemu podziałowi na "dobro" i "zło", cały
czas, mimo prawie czterdziestu lat na karku, nie zdefiniowana
jednoznacznie jako bohater, czy łotr. Jedni lubią Franka Castle'a
bardziej, inni mniej, nie ulega jednak wątpliwości, że jest to
jedna z najbardziej charakterystycznych postaci z uniwersum Marvela i
z pewnością zasłużył sobie na swoje miejsce w Wielkiej Kolekcji.
Ale czy musiał tutaj trafić akurat album Witaj Ponownie, Frank?
Osobiście nie jestem co do tego przekonany, chociaż nie za dobrze
znam historię Punishera, to jestem pewien, że w trakcie swojej
długiej kariery przeżył ciekawsze przygody.
Historia - autorstwa Gartha Ennisa - zaczyna się w momencie kiedy Frank Castle, po długiej nieobecności wraca do Nowego Jorku.
Nowojorscy bandyci zdążyli już o nim częściowo zapomnieć, dlatego Frank postanawia odświeżyć im pamięć.W tym celu wybija jednego po drugim członków mafijnej rodziny Gnucci.
Nie powiem, w wymyślaniu coraz to nowych sposobów na mordowanie bandytów, Frank wykazuje się nieprzeciętną kreatywnością. Jednak to w zasadzie wszystko co komiks nam oferuje - malownicze sceny śmierci.
Ktoś mógłby powiedzieć, że to miła odmiana po wielowątkowych, niejednoznacznych i pełnych ukrytych intryg historiach, jednak po komiksie, który zakwalifikował się do serii najlepszych komiksów Marvela oczekiwałem czegoś więcej.
Najbardziej przeszkadza mi fakt, że Punisher robi to co robi - czyli przykrywa ulice Nowego Jorku dywanem z trupów - tylko po to, aby zwrócić na siebie uwagę. Jasne, to gangsterzy, ale ani nie zrobili niczego strasznego, za co Punisher mógłby ich ukarać, ani nie mści się na nich za osobiste przewiny. Po prostu, są źli, więc ich morduje.
Zresztą to zawsze trochę przeszkadzało mi w Punisherze. Osobiście wychowałem się na tradycyjnych historiach o superbohaterach, w których dobro zawsze zwyciężało ograniczając się do nabicia kilku siniaków, czy połamania nogi. Dlatego też, dla mnie Punisher zawsze był bardziej łotrem, niż bohaterem.
Niemniej jednak jest to bardzo ciekawa i złożona postać, w przeciwieństwie do tego komiksu.
Poza polowaniem na włoskich gangsterów dostaniemy również dwa wątki poboczne, jeden opowiadający o parze policjantów ścigających Punishera i Gnuccich, drugi przedstawiający naśladowców Punishera.
Przyznam szczerze, że historia policjanta-nieudacznika i jego partnerki, która nie chciała pójść do łóżka z komendantem, więc dostaje zawsze najbardziej beznadziejne sprawy, jest dużo ciekawszy od głównego wątku komiksu. Muszą złapać przestępce, którego wszyscy policjanci uwielbiają, oraz matronę mafijnej rodziny, która trzyma w kieszeni całe miasto. To nie lada wyzwanie i szczerze mówiąc, gdyby to oni byli tutaj głównymi bohaterami, komiks dużo by zyskał.
Graficznie komiks nie jest szczytem marzeń, ale prezentuje się nieźle. Chociaż sam Frank jest narysowany raczej średnio, pozostałe postacie, a także otoczenie idealnie wpasowują się w klimat tego albumu, który mi co prawda nie przypadł do gustu, jest jednak mocny i wyrazisty. Akcja komiksu toczy się głównie w nocy, wszystko jest brudne, ciemne i poplamione krwią. Steve Dillon świetnie oddaje charakter postaci, poprzez rysy ich twarzy. Kiedy widzimy drobnego gangstera, od razu wiemy, że to drobny gangster, mafijnego bossa również można bez problemu rozpoznać, natomiast dobrzy ludzie... cóż, w tym albumie ze świecą takich szukać (uważając przy tym aby nie spalić komiksu).
Marco Lupoi w przedmowie do tego albumu napisał: "To historia czysto rozrywkowa - niepohamowana, szaleńcza jazda bez trzymanki obalająca wszelkie reguły" - to jedno zdanie w zasadzie podsumowuje album Witaj Ponownie Frank i może gdybyśmy poza tą "szaleńczą jazdą bez trzymanki" dostali też trochę fabuły, oceniłbym ten komiks trochę lepiej. Jest to jednak dopiero pierwsza część tej historii i kto wie, może jej kontynuacja sprawi, że zupełnie zmienię zdanie a temat tego komiksu.
Tymczasem, pierwszej części komiksu Witaj Ponownie Frank, raczej nie polecam. Jeżeli ktoś na prawdę ma ochotę na historię tego typu, lepiej obejrzeć stary, dobry film sensacyjny z lat osiemdziesiątych, z Arnoldem, lub Sylwestrem w roli głównej.
Historia - autorstwa Gartha Ennisa - zaczyna się w momencie kiedy Frank Castle, po długiej nieobecności wraca do Nowego Jorku.
Nowojorscy bandyci zdążyli już o nim częściowo zapomnieć, dlatego Frank postanawia odświeżyć im pamięć.W tym celu wybija jednego po drugim członków mafijnej rodziny Gnucci.
Nie powiem, w wymyślaniu coraz to nowych sposobów na mordowanie bandytów, Frank wykazuje się nieprzeciętną kreatywnością. Jednak to w zasadzie wszystko co komiks nam oferuje - malownicze sceny śmierci.
Ktoś mógłby powiedzieć, że to miła odmiana po wielowątkowych, niejednoznacznych i pełnych ukrytych intryg historiach, jednak po komiksie, który zakwalifikował się do serii najlepszych komiksów Marvela oczekiwałem czegoś więcej.
Najbardziej przeszkadza mi fakt, że Punisher robi to co robi - czyli przykrywa ulice Nowego Jorku dywanem z trupów - tylko po to, aby zwrócić na siebie uwagę. Jasne, to gangsterzy, ale ani nie zrobili niczego strasznego, za co Punisher mógłby ich ukarać, ani nie mści się na nich za osobiste przewiny. Po prostu, są źli, więc ich morduje.
Zresztą to zawsze trochę przeszkadzało mi w Punisherze. Osobiście wychowałem się na tradycyjnych historiach o superbohaterach, w których dobro zawsze zwyciężało ograniczając się do nabicia kilku siniaków, czy połamania nogi. Dlatego też, dla mnie Punisher zawsze był bardziej łotrem, niż bohaterem.
Niemniej jednak jest to bardzo ciekawa i złożona postać, w przeciwieństwie do tego komiksu.
Poza polowaniem na włoskich gangsterów dostaniemy również dwa wątki poboczne, jeden opowiadający o parze policjantów ścigających Punishera i Gnuccich, drugi przedstawiający naśladowców Punishera.
Przyznam szczerze, że historia policjanta-nieudacznika i jego partnerki, która nie chciała pójść do łóżka z komendantem, więc dostaje zawsze najbardziej beznadziejne sprawy, jest dużo ciekawszy od głównego wątku komiksu. Muszą złapać przestępce, którego wszyscy policjanci uwielbiają, oraz matronę mafijnej rodziny, która trzyma w kieszeni całe miasto. To nie lada wyzwanie i szczerze mówiąc, gdyby to oni byli tutaj głównymi bohaterami, komiks dużo by zyskał.
Graficznie komiks nie jest szczytem marzeń, ale prezentuje się nieźle. Chociaż sam Frank jest narysowany raczej średnio, pozostałe postacie, a także otoczenie idealnie wpasowują się w klimat tego albumu, który mi co prawda nie przypadł do gustu, jest jednak mocny i wyrazisty. Akcja komiksu toczy się głównie w nocy, wszystko jest brudne, ciemne i poplamione krwią. Steve Dillon świetnie oddaje charakter postaci, poprzez rysy ich twarzy. Kiedy widzimy drobnego gangstera, od razu wiemy, że to drobny gangster, mafijnego bossa również można bez problemu rozpoznać, natomiast dobrzy ludzie... cóż, w tym albumie ze świecą takich szukać (uważając przy tym aby nie spalić komiksu).
Marco Lupoi w przedmowie do tego albumu napisał: "To historia czysto rozrywkowa - niepohamowana, szaleńcza jazda bez trzymanki obalająca wszelkie reguły" - to jedno zdanie w zasadzie podsumowuje album Witaj Ponownie Frank i może gdybyśmy poza tą "szaleńczą jazdą bez trzymanki" dostali też trochę fabuły, oceniłbym ten komiks trochę lepiej. Jest to jednak dopiero pierwsza część tej historii i kto wie, może jej kontynuacja sprawi, że zupełnie zmienię zdanie a temat tego komiksu.
Tymczasem, pierwszej części komiksu Witaj Ponownie Frank, raczej nie polecam. Jeżeli ktoś na prawdę ma ochotę na historię tego typu, lepiej obejrzeć stary, dobry film sensacyjny z lat osiemdziesiątych, z Arnoldem, lub Sylwestrem w roli głównej.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
























