niedziela, 29 grudnia 2013

Wielka Kolekcja #25 - Ultimate Spider-Man: Moc i Odpowiedzialność

Ciężko czasem stworzyć od podstaw coś, co inni tworzyli przez lata. Takiemu właśnie zadaniu musieli sprostać Brian Michael Bendis i Mark Bagley tworząc serię Ultimate Spider-Man.


Ultimate Spider-Man nie tylko odświeżył przygody Człowieka-Pająka, opowiadając jego historię od zera, ale również dał początek zupełnie nowej linii wydawniczej. Jak można zauważyć w mojej poprzedniej recenzji, nie jestem wielkim fanem linii Ultimate. Tom Moc i Odpowiedzialność również niezbyt przypadł mi do gustu, ale po kolei.


To co nie podoba mi się najbardziej w tym albumie, to przede wszystkim do bólu stereotypowa sceneria w której zostały osadzone przygody Spider-Mana. Wszystko wieje tutaj banałem wyrwanym rodem z amerykańskiego serialu dla młodzieży z lat 90tych.
Dialogi między postaciami - szczególnie między szkolnymi kolegami Petera - sprawiają sztywne wrażenie. Zupełnie jakby ktoś dorosły próbował odtworzyć młodzieżowy slang i nie do końca mu wyszło. Podejrzewam jednak, że to raczej wina tłumaczenia, niż oryginalnego scenariusza.
Ostatnią rzeczą do której pragnę się przyczepić są okładki. Zazwyczaj nawet o nich nie wspominam, jednak tutaj są tak złe, że nie mogę tego przemilczeć. Mam namyśli okładki do Ultimate Spider-Man #1 i #2. Ktoś pomyślał, że idealnym pomysłem będzie zrobienie okładek przedstawiających prawdziwe zdjęcia miasta z doklejoną, rysowaną postacią Spider-Mana. Wygląda to po prostu źle i nie wiem co myśleli twórcy, ale nie było najmniejszych szans, aby ta kompozycja wypadła interesująco.

Przejdźmy jednak do historii, gdyż to ona jest tutaj najważniejsza. Album przedstawia unowocześnioną i przedstawioną bardziej szczegółowo historię początków Człowieka-Pająka. Wszystko podąża według tego samego ciągu przyczynowo skutkowego co w oryginale, od zdobycia mocy, poprzez śmierć wujka Bena, aż do zrozumienia swojego powołania i kopania tyłków czarnych charakterów.
Skoro już przy czarnych charakterach jesteśmy, tutaj na drodze Pająka staje Zielony Goblin. Jest to jeden z moich ulubionych złoczyńców stworzonych przez Dom Pomysłów, jednak jego wersja Ultimate różni się znacznie od oryginału. Zamiast zamaskowanego szaleńca na błyszczącej lotni, dostajemy wielkiego zielonego, rzucającego ognistymi kulami stwora, który nie jest w stanie wydać z siebie wiele więcej ponad niewyraźne pojękiwanie.

Rysunki są tutaj całkiem przyzwoite. Widać, że Mark Bagley miał sporo frajdy rysując Pajęczaka w locie, jak i sceny walki z Goblinem. Czasem można odnieść wrażenie, że ciało Spider-Mana w czasie lotu wygina się w zabawny sposób, a Bagley w jednym miejscu uznał za stosowne pokazać nam postać Petera Parkera w samych slipkach (widok przez który będę budził się z krzykiem jeszcze przez długie lata), jednak ogólnie jego prace prezentują całkiem solidny poziom.


Cóż, nie mogę powiedzieć, że album Moc i Odpowiedzialność podobał mi się tak bardzo, jak pozostałe przedstawione do tej pory w Kolekcji komiksy o Człowieku-Pająku. Być może jestem zbyt konserwatywny i odrzuciły mnie wprowadzone przez twórców zmiany, jednak to nie jedyny powód. Jednowymiarowe postacie i miejscami sztywne dialogi skutecznie zaniżyły poziom czegoś, co miało szansę być świetnym nowym początkiem dla Spider-Mana. Ale każdy remake już tak ma, że zawsze znajdzie się jakiś zrzęda, któremu nie przypadnie do gustu. Jeśli lubicie Spider-Mana to mimo wszystko powinniście zapoznać się z tym albumem. Jeśli natomiast postać Człowieka-Pająka jest wam obojętna, to na sklepowych półkach znajdziecie wiele ciekawszych pozycji, z którymi warto się zapoznać.

czwartek, 21 listopada 2013

Wielka Kolekcja #24: Ultimates


Ultimates
Marka Millara i Bryana Hitcha to odświeżona i nieco unowocześniona wersja przygód popularnej drużyny Mścicieli, którzy ostatnio podbijają serca fanów filmowych adaptacji komiksów Marvela.
Historia komiksu została osadzona, jak sama nazwa wskazuje, w uniwersum Ultimate, które w założeniu miało być bardziej wiarygodnym, urealnionym odbiciem świata komiksów Marvela. 
Przedstawiona w albumie historia kręci się wokół powstania tytułowej drużyny, będącej wariacją na temat Avengers.


Trzeba przyznać, że Mark Millar faktycznie bardzo mocno skupił się na kreowaniu wiarygodnych, wielowymiarowych postaci, na czym jednak ucierpiała nieco sfera fabularna, to znaczy, bohaterowie są w tym komiksie dużo ciekawsi, niż ich przygody.
Nie zrozumcie mnie źle, kreowanie wizerunków postaci i relacji między nimi jest ważne, szczególnie w przypadku drużyn jak zaprezentowani tutaj Ultimates. Jednak przez większość czasu miałem wrażenie, jakbym oglądał operę mydlaną, zamiast czytać komiks o przygodach superherosów.
Perypetie małżeńskie Wasp i Giant Mana naprawdę nie wydają mi się na tyle ważne, aby poświęcać im niemal cały zeszyt, a przecież inni bohaterowie nie mogą być traktowani gorzej, więc każdy z nich ma jakąś swoją małżeńską rozterkę, zawodową porażkę, lub nieuleczalną chorobę. Ponownie, nie uważam, że to źle, jednak zabrakło tutaj miejsca na przygody i tradycyjną, komiksową "walkę ze złem".
Zdaje się, że w pewnym momencie nawet Bruce Banner to zauważa i postanawia poszaleć trochę jako Hulk, aby dać swoim kolegom szansę na oderwanie się od nudnej codzienności.
Jednak może przesadzam, gdyż historia z tego tomu będzie jeszcze kontynuowana i może powinienem dać jej kredyt zaufania. Może Mark Millar nie spieszył się z fabułą, aby wykreować ciekawe postacie i dopiero później wrzucić je w wir ciekawych wydarzeń. Jednak ja mogę recenzować tylko to co mam w ręku, a mam tylko pierwszy tom.

Graficznie jest natomiast całkiem nieźle. Postacie zostały dopieszczone również pod tym względem i nie mam do nich większych zastrzeżeń. O ile pamięć mnie nie myli, to właśnie w tym komiksie po raz pierwszy wprowadzono czarnoskórego Nicka Furyego, który nawet żartuje, że w ewentualnej ekranizacji powinien go zagrać Samuel L. Jackson.  Koncepcje postaci zaproponowane przez Hitcha bardzo przypadły mi do gustu, może poza Thorem, którego młot bardziej przypomina topór, a sam książę Asgardu, wygląda jak przystojny osiłek z filmów z lat osiemdziesiątych. Do rysunków Hitcha w ogóle ciężko się przyczepić, piękne krajobrazy, sceny walki, panorama miasta, wszystko wygląda tak, jak powinno, chociaż może nie zapiera tchu w piersiach.

Szczerze mówiąc, Ultimates nie zrobił nam nie takiego wrażenia jakiego się spodziewałem. Komiks jest ciekawy, wielowątkowy i rozbudowany, a Mark Millar wykreował grupę naprawdę wiarygodnych postaci. Jednak przy tym jest strasznie przegadany i zbyt "spokojny" jak na standardy Avengers. Mam nadzieję, że drugi tom, który zagości na sklepowych półkach w bliżej nieokreślonej przyszłości, zmieni moje nastawienie do tego komiksu, tymczasem jednak pozostał lekki niedosyt.

środa, 6 listopada 2013

Mały chłopiec na dużym ekranie

Gra Endera to film na który czekałem z wielkim zaciekawieniem, ale również pełen  obaw. W końcu tak wiele filmów ostatnio zawiodło, a arcydzieło Orsona Scotta Carda to jednak niełatwy materiał do zekranizowania.
Historia kilkuletniego geniusza mającego niezależnie od swej woli uratować ludzkość przed ponowną inwazją z kosmosu - tak, twórcy zdecydowanie mieli twardy orzech do zgryzienia.



Szczerze mówiąc, bałem się, że  Gra Endera będzie kolejnym ładnym i efekciarskim hiciorem, w którym fabuła będzie jedynie pretekstem do pokazania widowiskowych ujęć. Zostałem jednak pozytywnie zaskoczony. Film faktycznie jest bardzo ładny i wizualnie robi wielkie wrażenie, jednak nie uświadczymy tutaj przerostu formy nad treścią. Mimo świetnych efektów specjalnych, film - podobnie jak książka - cały czas pozostaje historią genialnego chłopca, wykorzystywanego i poddawanego niesamowicie trudnym próbom, torturowanego psychicznie, aby mógł ocalić świat, dla której realia science-fiction stanowią jedynie tło.
Świetnie wypadają również aktorzy, Harison Ford był świetnym wyborem do roli pułkownika Graffa, rola Bena Kingsleya wydawała mi się nieco zbyt okrojona, chociaż on sam wypadł dobrze w roli Mazera Rackhama, a grający Endera, Asa Buttefrield, oraz jego małoletni koledzy spisali się dużo lepiej niż można by się spodziewać po aktorach w tym wieku.



Ciężko stwierdzić, czy Gra Endera to ekranizacja, czy adaptacja. Film pomija niektóre wątki poboczne książki, jednak główna oś fabularna przedstawiona jest raczej wiernie, chociaż sprawia wrażenie opowiedzianej zbyt szybko. Film jest zdecydowanie za krótki i to jego główna wada. Oczywiście  nie mówię, że Gavin Hood powinien z robić z Gry Endera trzy niedorzecznie długie filmy, tak jak robi to Peter Jackson z Hobbitem, jednak  półtorej godziny to zdecydowanie za mało na opowiedzenie historii z książki Orsona Scotta Carda. 
Mimo wszystko było to wyjątkowo przyjemne półtorej godziny i wyszedłem z kinowej sali bardzo zadowolony, chociaż nie jestem pewien, czy ludzie którzy nie czytali książki mogą powiedzieć to samo.


Widziałem już jak fani książki wylewają żółć na ten film, jednak należy zrozumieć, że literatura i kino rządzą się różnymi prawami i na dobrą sprawę zekranizowanie książki słowo w słowo nie byłoby dobrym pomysłem. Oczywiście wiele rzeczy można było zrobić lepiej, jednak mimo to polecam film wszystkim tym, którzy lubią książkowy pierwowzór. Jeśli ktoś nie czytał książki, raczej powinien się z nią zapoznać przed pójściem do kina, w żadnym wypadku nie odwrotnie.

wtorek, 29 października 2013

Pradawne zwoje, bohaterowie, przygody

Nie jest żadną tajemnicą, że uwielbiam serię The Elder Scrolls. Rozbudowany, żywy świat, ciekawe postacie, wciągająca fabuła - to wszystko zawsze do mnie przemawiało. Dlatego też, kiedy zobaczyłem na stronie Empiku antologię The Elder Scrolls, bez wahania kliknąłem "zamów", chociaż posiadam już ostatnie trzy części serii.


Muszę jednak przyznać, że nie żałuję 237 złotych które wydałem na ten zestaw, zawierający w sobie dziesięć płyt, na których znajdziemy:

- The Elder Scrolls: Arena;
- The Elder Scrolls II: Daggerfall;
- The Elder Scrolls III: Morrowind, wraz z dodatkami Bloodmoon i Tribunal, oraz narzędziem Construction Set;
- The Elder Scrolls IV: Oblivion, wraz z dodatkami Knights of the Nine i Shivering Isles;
- The Elder Scrolls V: Skyrim, wraz z dodatkami Dawnguard, Hearthfire, oraz Dragonborn.

Poza tym w pudełku dostaniemy również pięć bardzo ładnych map przedstawiających tereny dostępne w każdej części, czyli mapa całego cesarstwa Tamriel, Zatoki Illiac, wyspy Vvardenfell, prowincji Cyrodill, oraz prowincji Skyrim. 
Wszystko to zapakowane w miłe dla oka, przypominające książkę pudełko, schowane w sztywne, kartonowe etui, oraz dla bezpieczeństwa zapakowane dodatkowo w przezroczysty plastik. 
Wszystko sprawia wrażenie solidnego i misternie wykonanego, poza wspomnianym plastikowym opakowaniem, które jest bardzo sztywne i zdążyło już delikatnie pęknąć. 
Poza tym dziwi mnie fakt, że jedna płyta jest dołączona luzem, w tekturowej kopercie, chociaż w pudełku jest jeszcze jedno miejsce, w którym można by umieścić kieszeń na płytę.


Co do zawartości płyt, nie przetestowałem jeszcze Construction Set, jednak  wszystkie gry działają praktycznie bez zarzutu. Arena po pewnym czasie zaczęła się lekko zacinać, a w Daggerfallu uświadczyłem okazjonalnych problemów z dźwiękiem. Jednak są to gry tworzone jeszcze pod DOS, więc drobnych niedogodności należy się spodziewać. Natomiast przy instalacji Morrowinda (zajmującego aż trzy płyty), w pewnym momencie instalator poprosił mnie o włożenie płyty numer dwa, natomiast jak się okazało, wymagane pliki znajdowały się na płycie numer trzy, co zaniepokoiło mnie na chwilę, jednak ostatecznie wszystko działa bez zarzutów.

Tyle zdążyłem zauważyć po jednym dniu obcowania z Antologią The Elder Scrolls. Dokładniej w każdą z gier zagłębię się w przyszłości.
Ogólnie rzecz biorąc jestem bardzo zadowolony z zakupu, chociaż pewne niewielkie niedociągnięcia nieco ostudziły mój entuzjazm, jednak w bardzo znikomym stopniu.
Ostatecznie polecam każdemu, kto podobnie jak ja uwielbia Elder Scrolls i akurat ma na zbyciu
240 złotych.

piątek, 25 października 2013

Wiktor Kot nie jest wariatem

Objawienie Daniela Grepsa, to bardzo ciekawa powieść z pogranicza fantastyki i powieści psychologicznej. Jej głównym bohaterem jest Wiktor Kot, przeciętny, nieciekawy facet, porzucony przez kobietę, który pewnego dnia odkrywa, że "ściany płaczą, a za drzwiami wychodka potwory układają się do snu".
Wszystko zaczyna się od tajemniczego smsa, którego treść brzmi "Nic nie jest takie, jakie się wydaje. Mały człowiek może rzucać duży cień". Wiktor stwierdza, że wiadomość została wysłana pod zły numer, jednak jej słowa nie dają mu spokoju.
Postanawia więc obserwować mieszkańców Smutna - miejscowości w której mieszka. W trakcie swoich badań odkrywa coraz dziwniejsze rzeczy, oraz utwierdza się w przekonaniu, że wszyscy mieszkańcy miasta - poza nim samym - są uwikłani w tajemniczy spisek.


Początkowo książka nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia, jednak z czasem przekonała mnie do siebie. Daniel Greps świetnie buduje napięcie i wiąże ze sobą wątki. Potrafi zwolnić tępo akcji i uspokoić czytelnika, tylko po to, aby nagle zaatakować z zupełnie niespodziewanej strony. Mniej więcej w połowie książki akcja nagle przyspiesza i nie zwalnia już do samego końca, nie pozwalając oderwać się od lektury.
Poza głównym bohaterem nie uświadczymy tutaj ciekawych postaci, a szkoda bo książka ma na tym polu naprawdę spory potencjał.

Postać samego Wiktora jest natomiast bardzo interesująca. Objawienie to właściwie studium umysłu popadającego coraz głębiej w szaleństwo. Wiktor traci zdrowy rozsądek i świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Wie, że te wszystkie dziwne rzeczy, które go spotykają muszą być tylko wytworem jego chorego umysłu, jednak z drugiej strony ciągle powtarza "wiem co widziałem".

Samo zakończenie książki lekko zawodzi. Co prawda jest zupełnie niespodziewane i w zasadzie nawet trzyma się kupy, jednak zupełnie nie pasuje mi do historii, która do niego prowadzi i wywołało  u mnie wrażenie, że to co przeczytałem nie ma żadnego znaczenia, gdyż kilka ostatnich stron przekreśla wszystko grubą kreską.

Tak, czy inaczej, Objawienie to całkiem przyzwoita książka, która co prawda nie zajmuje honorowego miejsca na mojej półce i ma swoje wady, jest jednak godna polecenia.Jeżeli lubicie książki skupiające się bardziej na głównym bohaterze, niż na dotyczących go wydarzeniach, ta książka powinna wam się spodobać, jeśli jednak szukacie prostej rozrywki zdecydujcie się raczej na coś innego.

środa, 23 października 2013

Wielka Kolekcja #23: Planeta Hulka

Genialny naukowiec i straszna bestia, nie do końca bohater, ale też na pewno nie złoczyńca. Nieobliczalny, niebezpieczny i zielony do bólu, ulubiony olbrzym wszystkich fanów komiksu - Hulk.




Historia Planety Hulka zaczyna się w momencie, kiedy grupa superbohaterów zwana Iluminatami postanawia usunąć poczciwego potwora z powierzchni naszej planety, gdyż jest dla niej niebezpieczny.
Podstępem wysyłają go w kosmos, docelowo na niezamieszkaną przez inteligentne istoty, przyjazną planetę, na której kochany olbrzym mógłby w końcu odetchnąć od słabych ludzi.
Jednak wszyscy dobrze wiemy, że takie zakończenie nie wchodzi w grę. W wyniku awarii układu nawigacji Hulk ląduje na planecie zamieszkanej przez istoty jeszcze mniej przyjazne niż ludzie.
Społeczność Sakaaru - planety na którą trafi Hulk - to ni mniej, ni więcej wysoce zaawansowane technicznie Imperium Rzymskie, w którym obok piechurów z krótkimi mieczami i prostokątnymi tarczami zobaczymy również śmiercionośne uzbrojone w laserową broń roboty. Planetę zamieszkuje kilka inteligentnych ras: Czerwony Król i jego imperialny lud, insektoidalni Tubylcy, żyjący pod jarzmem imperium, oraz Cienie - nomadyczna rasa, specjalizująca się w sztukach walki.
Hulk lądując na planecie Sakaar imponuje mieszkańcom swoją siłą i wytrzymałością, dlatego też trafia na arenę, gdzie zostaje zmuszony do walk na śmierć i życie. Tam poznaje grupę istot, które walczą u jego boku i które może nazwać przyjaciółmi. Są wśród nich zarówno przybysze z innego świata: twardy jak skała Korg Kronanin, czy krwiożercza Brood, ze świata Brood, jak również mieszkańcy Sakaaru, pozbawiony roju Tubylec Miek, Hiroim Zhańbiony - przedstawiciel rasy Cieni, czy Elloe, córka urzędnika, który otwarcie przeciwstawił się Czerwonemu Królowi, oraz Lavin Skee - jej ochroniarz.
Drużyna Hulka wygrywa kolejne walki, podbijając serca mieszkańców Sakaaru, budząc nadzieję w miejscowym ruchu oporu i niepokój w Imperatorze.


Jednak Hulk, to Hulk, nie chce pomagać "słabym różowym", gdyż wie, że po wszystkim znowu zaczną widzieć w nim tylko niebezpiecznego potwora - tak samo jak ludzie. Pragnie jedynie świętego spokoju, samotności. Dopóki na jego drodze nie staje jedyna istota, którą kiedykolwiek mógł nazwać przyjacielem. Wtedy dociera do niego, że nie jest już potworem, nie tutaj. Odnalazł dom i przyjaciół, dwie rzeczy za które warto walczyć.
Historia przedstawiona w albumie nie jest niczym, czego byśmy już nie widzieli. Ograna i przewidywalna do przesady:  dzielny bohater, który na początku wcale nie chciał walczyć, stawia czoła złemu, pewnemu siebie imperatorowi.  Co prawda historia będzie kontynuowana dopiero w trzydziestym tomie Wielkiej Kolekcji, jednak ja nie mam wątpliwości co do tego, jak przygoda Hulka na planecie Sakaar się skończy.

Za szatę graficzną odpowiadali Carlo Pagulayan i Aaron Lopresti. Obaj panowie rysują całkiem przyzwoicie, chociaż ich styl raczej nie powalił mnie na kolana.  W przeciwieństwie do rysowników New X-Men, utrzymują jednak równy, dosyć wysoki poziom i radzą sobie z prezentowaniem egzotyki Sakaaru i jego mieszkańców. Na temat rysunków nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Ciężko się do czegoś przyczepić, ale i nie ma czego wychwalać pod niebiosa.


"Oto historia Zielonej Szramy. Oka Gniewu, Niszczyciela Światów, Harkanona, Haarga, Holku... Hulka. I tego, jak wreszcie trafił do domu."
Jak już wspominałem, jest to historia raczej klasyczna i przewidywalna, mająca jednak w sobie to "coś", dzięki czemu czyta się ją bardzo przyjemnie. Może to zasługa ciekawych dialogów Grega Paka, może rysunków Pagaulayana i Loprestiego, a może postaci Hulka, będącego w końcu ciekawym bohaterem, nietypowym dla tego rodzaju opowieści. Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, jednak jeśli lubicie Hulka, sięgnijcie po Planetę, gdyż to kawał dobrej, chociaż prostej rozrywki.

piątek, 11 października 2013

Archeolodzy tajemnic


Nie tak dawno temu, przechadzając się po antykwariacie natrafiłem na dwa zbiorcze albumy serii Planetary.  Nieciekawa, źle zagospodarowana okładka nie przykuwała uwagi i raczej nie zachęcała do zakupi, jednak wypisane na niej nazwiska - Warren Ellis i John Cassaday - jak najbardziej. 
Nie zawiodłem się kupując Planetary, zarówno pomysły Ellisa jak i ich graficzna interpretacja w wykonaniu Cassadaya trzymają całkiem przyzwoity poziom, a całość dopełniają żywe, profesjonalnie naniesione kolory, za które odpowiadała Laura Depuy.

Główni bohaterowie komiksu, to trójka agentów tytułowej organizacji Planetary - stuletni, niestarzejący się i wpływający na temperaturę Elijah Snow, niezniszczalna, niesamowicie silna Jakita Wagner, oraz gość o ksywce Drummer, potrafiący kontrolować maszyny siłą woli. 
Planetary to archeolodzy niemożliwego, którzy odkrywają i badają sprawy, o jakich innym ludziom nawet się nie śniło, takie jak tajne organizacje, ogromne potwory zamieszkujące bezludną, japońską wyspę, duchy zamordowanych policjantów, czy też pochodzące z alternatywnej Ziemi statki, które potrafią przemieszczać się między wymiarami.
W komiksie dzieje się naprawdę dużo i chociaż niektóre motywy sprawiają wrażenie mocno przesadzonych, ogólnie rzecz biorąc, fabuła trzyma się kupy, aczkolwiek czasem ciężko za nią nadążyć.
Głównym problemem Planetary jest brak ciekawych postaci. Głowni bohaterowie to jeden z najbardziej oklepanych tercetów jaki można wymyślić. Elijah Snow - stary i zmęczony życiem, małomówny "twardziel", Drummer - jego totalne przeciwieństwo, młody, wyszczekany wesołek, oraz dopełniająca trio Jakita Wagner - seksowna i wyniosła femme fatale. Poza nimi ważną rolę odgrywa również Doktor Brass, równie stary jak Snow, dawny członek organizacji, która w trakcie Drugiej Wojny Światowej zmagała się z licznymi, nadprzyrodzonymi niebezpieczeństwami. Główny wątek fabularny opiera się na dokonanym przez tę organizację odkryciu, dotyczącym kształtu wszechświata i możliwości manipulowania nim. Specyfika komiksu polega na tym, że jego bohaterowie nie próbują niczego osiągnąć, ani powstrzymać czarnego charakteru przed przysłowiowym przejęciem władzy nad światem. Planetary po prostu odkrywają tajemnice.


Ciężko ocenić komiks pod względem fabuły. Został wydany w 1998 roku i w zamyśle twórców miał być rysunkowym podsumowaniem XX wieku, jednak jako takie powinien zawierać w sobie nieco więcej wątków historycznych, z którymi przeplatałyby się fikcyjne wydarzenia z komiksu. Kulisy znanych historycznych wydarzeń, które próbuje przedstawić nam Warren Ellis, chociaż ciekawie opowiedziane, bez odpowiedniego tła sporo tracą. Z drugiej jednak strony ciężko odmówić scenarzyście wyobraźni i umiejętności łączenia ze sobą poszczególnych wątków, które przeplatają się w ciekawy sposób.

zawsze uważałem Cassadaya za przyzwoitego rysownika, a ten komiks nie dał mi powodu do zmiany zdania. Oczywiście każdy ma swoje lepsze, lub gorsze momenty i czasami przychodziło mi na myśl, że mógłby się nieco bardziej postarać, jednak ogólnie rzecz biorąc współpraca z Laurą Depuy wyszła mu na dobre. Postacie, sceny walki, obiekty w ruchu, wszystko wygląda naprawdę nieźle. Do gustu szczególnie przypadło mi wnętrze statku z innego wymiaru, oraz wygląd ducha z Hong Kongu. Kawał dobrej roboty.


Planetary to dosyć specyficzny komiks. Na pewno nie można określić go mianem złego komiksu, aczkolwiek odczuwa się pewien niedosyt. Niektóre rzeczy można było zrobić lepiej, jednak mimo wszystko, bawiłem się dobrze czytając dwa zbiorcze albumy Planetary: Dookoła Świata i inne opowiadania i z całą pewnością mogę polecić je każdemu poszukiwaczowi ciekawych przygód i dobrej rozrywki. Nie są to wszystkie przygody trójki niezwykłych archeologów, ale ja osobiście natknąłem się tylko na te i to czystym przypadkiem. Nie jestem nawet pewien, czy więcej komiksów z serii zostało wydanych w Polsce. Tak, czy inaczej, jeżeli natraficie gdzieś na album z przygodami Jakity, Snowa i Drummera, a jego cena nie będzie zbyt wysoka, powinniście skusić się na zakup, nie pożałujecie.

czwartek, 3 października 2013

Wielka Kolekcja #22: Marvel Zombies


Marvel Zombies
brzmi jak jakiś kiepski żart. Oto mamy komiks, w którym nasi ulubieni herosi stali się żywymi trupami, żerującymi na ludzkim mięsie. Szczerze mówiąc, chociaż byłem bardzo ciekaw tego, co znajdę w tym albumie, to jednocześnie nieco się go obawiałem. Bo czy z tego mogło wyjść coś dobrego? Oczywiście wszystko zależy od punktu widzenia, a niektórych komiksów nie należy brać zbyt poważnie.

 Na początku należy wspomnieć, że nie mamy tutaj do czynienia z tradycyjnymi zombie. Nieumarli superbohaterowie zachowali swoją inteligencję, większość cech charakteru, jak i swoje moce. Jednak niesamowity głód zmusza ich do straszliwych rzeczy.
Komiks zaczyna się w momencie, kiedy Magneto, jeden z ostatnich ludzi na Ziemi, zamyka portal łączący uniwersum zniszczone przez Zombie z innym, jeszcze niezjedzonym światem.
Fabuła skupia się na konkretnej grupie nieumarłych, do której należą Spider-Man, Hulk, Iron Man, Kapitan Ameryka (tutaj zwany Pułkownikiem), Ant-Man, Wolverine i Power Man.
Nasi dzielni, przegnili herosi poszukują ciągle zawadzającego im Mistrza Magnetyzmu, jak również innych źródeł pożywienia, gdyż niewielu już zostało na świecie żywych ludzi, a głód ciągle nie daje im spokoju.


Za scenariusz odpowiadał tutaj Robert Kirkman, autor Żywych Trupów, można więc spokojnie powiedzieć, że pisanie o zombie apokalipsie to dla niego nie pierwszyzna.
Scenariusz jest tutaj faktycznie całkiem niezły, lepszy niż w niektórych filmach o podobnej tematyce. Co więcej nie opowiada o grupie ludzi uciekających przed nieumarłymi, ale o grupie żywych trupów poszukujących pożywienia.
Autor świetnie oddaje charakter każdej postaci, jak i zachodzące między nimi relacje. Nie mamy tutaj do czynienia z hordą bezmyślnych potworów, sunących przed siebie w poszukiwaniu ludzkiego mięsa. Zombie z Marvela kłócą się, oraz żartują, martwią się o swój los i odczuwają wyrzuty sumienia.
Kirkman wpadł na świetny pomysł, aby przeciw pożeraczom surowego mięsa postawić pożeracza światów. Czy można w ogóle wymyślić coś lepszego niż walka Galactusa z bandą obdarzonych specjalnymi mocami zombie?
Zakończenie komiksu było dosyć przewidywalne, chociaż muszę przyznać, że wywołało u mnie salwę niepohamowanego śmiechu.


Komiks jest przepełniony makabrycznymi scenami urywania kończyn, odcinania głów, pożerania zwłok, czy wyjmowania mózgu prosto z czaszki. Sean Phillips świetnie sobie poradził z przedstawieniem tych scen w przystępny sposób. W ogóle jego rysunki są bardzo ciekawe i przyjemne dla oka, jednak wygląd samych żywych trupów raczej nie zachwyca. Cała ich zombifikacja jest tutaj wyrażona przez wystające zęby. Oczywiście niektórzy są w pewien sposób urozmaiceni poprzez fizyczne obrażenia - Kapitan Ameryka z odciętą połową głowy wiedzie tutaj prym - jednak można było przedstawić ich w nieco ciekawszy sposób.
Skoro już przy rysunkach jesteśmy, na dużą uwagę zasługują tutaj okładki poszczególnych komiksów z serii. Ich autorem był Arthur Suydam, który inspirował się popularnymi okładkami klasycznych komiksów Marvela, co wyszło mu po prostu znakomicie. Widok tych rozpoznawalnych na pierwszy rzut oka ilustracji, przedstawionych w zgniłej scenerii na pewno zrobi wrażenie na każdym wielbicielu Domu Pomysłów.



Marvel Zombies to komiks, którego nie należy traktować poważnie. Jeżeli podejdziecie do niego z odpowiednim dystansem, na pewno będzie się przy nim dobrze bawić, a jeżeli lubicie motyw Zombie, czy twórczość Kirkmana w tym zakresie, nawet się nie zastanawiajcie, tylko wyciągnijcie ze świnki skarbonki czterdzieści złotych i biegnijcie do najbliższego Empiku/księgarni/sklepu z komiksami, aby dokonać zakupu, którego na pewno nie pożałujecie.

wtorek, 1 października 2013

Wielka Kolekcja #21 - New X-Men: Imperialni



Z jak Zagłada
to świetny album. Może graficznie nie wprowadza w stan ekstazy, ma jednak świetny scenariusz. Morrison naprzeciwko drużyny X-Men stawia bardzo ciekawego przeciwnika, jakim jest Cassandra Nova, a sam album kończy się w takim momencie, że niczym małe dziecko, czekałem z wielką ekscytacją na jego kontynuację.

I kontynuacja przyszła, po czym zawiodła mnie sromotnie. To znaczy, Imperialni to całkiem przyzwoity komiks, który jednak w porównaniu z poprzednim tomem wypada bardzo słabo.
Jak już mówiłem, Cassandra Nova to bardzo ciekawa postać, która sprowadziła na mutantów całą plagę nieszczęść. Mamy więc typowy już dla X-Men wątek nienawiści rasowej i walki pomiędzy homo sapiens i homo superior, najazd wrogo nastawionej imperialnej floty Shi'ar, czy też tajemniczą epidemię atakującą instytut Xaviera. Wszystkie te drobne niedogodności zostały ściągnięte na mutantów właśnie przez Novę, jednak ona sama pojawia się w tym albumie bardzo rzadko, a szkoda. Rozwiązanie jej wątku również było jak dla mnie mało satysfakcjonujące i trochę naciągane.


Na plus zasługuje przedstawienie poszczególnych postaci. Morrison świetnie oddaje cechy członków drużyny: brawurę Logana, inteligencję Hanka, czy przebiegłość Emmy Frost. Co więcej, w historii ważną rolę odegrają studenci z instytutu: Angel, Beak, czy Kukułki ze Stepford. 
Dostaniemy również kilka ciekawych scen akcji, jak chociażby walka X-Men z Imperialnymi.

Za sferę wizualną komiksu odpowiadało aż trzech rysowników: Frank Quitely, Ethan van Sciver i Igor Kordey. Wszyscy wiemy, że gdzie kucharek sześć... Cóż, ta zasada sprawdza się również w komiksach. Prace Quitleya i van Scivera są raczej przeciętne, mają swoje mocne i słabe strony i ogólnie raczej nie odrzucają. Natomiast dzieła Kordeya należą do najbrzydszych rysunków komiksowych jakie w życiu widziałem.
Co prawda Igor Kordey podobno pracował w tym czasie nad aż czterema różnymi seriami, co automatycznie przełożyło się na jakość jego prac. Tak więc zawinili tu raczej wydawcy, niż sam rysownik, co jednak nie zmienia faktu, że oprawa graficzna komiksu na tym sporo straciła.


Podsumowując całość,  Z jak Zagłada/Imperialni to całkiem ciekawa, chociaż raczej przeciętna historia, opatrzona kiepską oprawą graficzną. Komiks raczej nie wprawia w zachwyt, chociaż szczerze mówiąc, w kolekcji pojawiały się już gorsze tytuły.

środa, 25 września 2013

Gothic przez lata (cz. 4)


Zmierzch Bogów
to samodzielny dodatek do trzeciej części serii Gothic, oraz jedna z największych porażek w historii gier komputerowych.
Kiedy na rynku pojawił się Gothic 3, internet zahuczał od plotek na temat planowanego dodatku, który miał rozwinąć grę fabularnie, dać nam dodatkowe lokacje do zwiedzania i ogólnie, wzorem Nocy Kruka poszerzyć jej zawartość. Niestety, z różnych powodów dodatku nie robili już ludzie z Piranha Bytes, a pewna nieznana, indyjska firma i nie miał on być już rozszerzeniem trójki, ale jej kontynuacją. Hindusi zupełnie minęli się z celem, tworząc coś tak totalnie niegrywalnego, oraz niezgodnego z oryginałem, że nawet nie wiem od czego zacząć.

"Wojna w Myrtanie zakończyła się dwa lata temu..."

Lenistwo i niekompetencja twórców rzucają się w oczy już na samym początku. Rolę intra pełni tutaj pokaz slajdów, z którego dowiadujemy się, że Myrtana została podzielona na cztery rywalizujące ze sobą  frakcje, którym przewodzą Thorus, Gorn, Anogi i Inog, oraz Lee. Natomiast Bezimienny i Xardas obserwują całe zajście z nieznanego wymiaru.
Gra rozpoczyna się tak, jakbyśmy zakończyli "trójkę" po stronie Adanosa. To dosyć logiczne, w końcu było to "neutralne" zakończenie, w którym nie obieramy żadnej ze stron w wojnie. Jednak kiedy wybieramy to zakończenie w podstawowej wersji gry, wyraźnie jest powiedziane, że Bezimienny i Xardas opuszczają ten świat na zawsze, gdyż dopóki oni żyją w Myrtanie, dopóty będzie trwała wojna.
Bezimienny jednak nie przejmuje się tym ani troszkę i po spuszczeniu Xardasowi łomotu radośnie wskakuje w portal do Myrtany, z zamiarem ponownego zjednoczenia krainy.

(Xardas i Bezimienny toczący walkę w intro do gry)


"Co możesz mi powiedzieć o Gornie?"

Postać Bezimiennego - który w tej części powinien dostać imię Adolf - również ma niewiele wspólnego z tą z poprzednich części. Bezimienny zawsze był typem sarkastycznego, nieco aroganckiego wesołka, który ratował świat, ale robił to jakby mimochodem, wiedział, że jeśli nie on, to nikt inny tego nie zrobi, a mimo wszystkich nieprzyjemności jakie go spotkały, lubił ten świat. Tutaj nasz bohater sprawia wrażenie nacjonalistycznego fanatyka, gotowego mordować i palić na stosach, żeby tylko zakończyć waśnie między zajmującymi Myrtanę nacjami.
Chyba nawet podkładający mu głos Jacek Mikołajczak zauważył, że coś jest nie tak, bo gra tutaj tak sztywno i z taką przesadą, że na myśl przychodzą mi skecze Monty Pythona. Które są zresztą bardziej sensowne od tego, co tutaj widzimy. Wiele dialogów nie ma żadnego sensu, jeden z moich ulubionych brzmi:

"NPC: Co możesz mi powiedzieć o Gornie?
Bohater: Świeża dostawa czego?
NPC: Mam tu wszystko czego szukasz.
Bohater: Co możesz mi powiedzieć o Gornie?
NPC: Lud Gorna jest lojalny wobec Gorna."
Kurtyna.



Fabuła gry trzyma mniej-więcej ten sam poziom, co dialogi. chociaż trzeba przyznać, że w przeciwieństwie do "trójki", tutaj główny wątek jest wyraźnie zarysowany. Jednak zarówno główne, jak i poboczne zadania są mdłe, nieciekawe i powtarzalne. Natomiast samo zakończenie gry można wywnioskować już po pierwszej rozmowie z NPC (tylko trochę bardziej sensownej niż dialog przedstawiony powyżej).



(Bezimienny w Zmierzchu Bogów)

Świt Bugów

O mechanice nie ma się co rozpisywać, dokładnie to samo co w podstawce. Jednak twórcy ze studia Trine Games dokonali czegoś niesamowitego. Dostając działającego gotowca zabugowali go tak, że gra stała się praktycznie niegrywalna.
Co prawda błędy zawsze były stałym elementem Gothica, jednak w tym przypadku, to Gothic jest elementem błędów. Zanikające tekstury są na porządku dziennym, co więcej w pewnym momencie w grze zaczęły zanikać kolory. Gra przeskakiwała co ułamek sekundy z trybu kolorowego w tryb czarno-biały, co zapewne miało wywołać epilepsję u graczy, aby nie grali dalej i nie dowiedzieli się jak wielkim gniotem jest Zmierzch Bogów. Czasem zdarza się też, że jeden NPC mówi kilkoma różnymi głosami (a czasem w ogóle nie ma głosu), a wyrzucanie do systemu jest nieodzownym elementem naszej przygody. Na płycie z grą znajduje się również nieoficjalna edycja rozszerzona, która rzekomo poprawia większość tych błędów, jednak na moim komputerze nie chciała się ona nawet zainstalować. Nigdy nie widziałem gry równie niestabilnej, ba nawet najbardziej amatorskie fanowskie mody do Gothica w które grałem, były bardziej stabilne niż Zmierzch Bogów. Dużo do myślenia daje fakt, że wspomniana edycja rozszerzona została również stworzona przez fanów. Brawo, Jowood, fani potrafią zrobić lepszą grę, niż studio któremu to zleciliście.

Dodatek?

Zmierzch Bogów został hucznie określony mianem "dodatku". Jednak, czy dodatek nie powinien czegoś, no cóż... dodawać? Uświadczymy kilka nowych pancerzy i broni, które w zasadzie niczym ciekawym się nie wyróżniają, poza tym, nie dostaniemy nic, żadnych nowych czarów, czy umiejętności, żadnych nowych lokacji. Co więcej, z trzech krain które mogliśmy zwiedzać w podstawowej wersji gry, tutaj odwiedzimy jedną. Wiem, że to wokół Myrtany kręci się fabuła gry, jednak mimo wszystko, to wielkie rozczarowanie. Jakby tego było mało, droga do Nordmaru została zablokowana przez niewidzialną ścianę, natomiast do Varantu możemy sobie spokojnie wejść, oczywiście jeśli lubicie brak tekstur, to wam się spodoba. W Gothicu 2, gdzie twórcy nie chcieli umieszczać całej Kolonii Karnej z pierwszej części gry, mieli chociaż na tyle przyzwoitości, żeby umieścić wielki mur, który odgradzał część grywalną od reszty. Niestety Zmierzch Bogów i przyzwoitość nie idą ze sobą w parze.

Zmierzch Gothica

Są gry, które są po prostu kiepskie, są również gry bardzo złe, albo takie, które są tak słabe, że aż śmieszne, a głęboko pod nimi wszystkimi leży Zmierzch Bogów, gra która bez mrugnięcia okiem zarżnęła jedną z najlepszych serii action RPG w historii.
Jedynymi ludźmi, którzy powinni zagrać w tę piekielną abominację są QA testerzy, bo z tego co widzę, żaden z nich w nią nie grał.
Pyranha Bytes chcieli stworzyć trylogię. Stworzyli i to nawet bardzo dobrą. Co prawda trójka była lekkim niewypałem, ale mimo to, grało się w nią całkiem przyjemnie. Niestety Jowood wypatrzyło w Gothicu dojną krowę, którą podłączyli do indyjskiego respiratora (Hindusi lubią krowy), aby wyciągnąć z niej jak najwięcej. Co więcej Zmierzch Bogów został totalnie przez twórców olany, gdyż jest po prostu pomostem pomiędzy trylogią Gothic, a Arcanią, zwykłą, niepotrzebną zapchajdziurą.
Zmierzch Bogów przypomina niedokończone dzieło średnio rozgarniętego modera.
Jedynym plusem tej gry jaki przychodzi mi do głowy jest fakt, że po pograniu weń chociażby dwie minuty, nawet Arcania: Gothic 4 może wydać się bardzo ciekawą grą, jednak o tej perełce pomówimy innym razem. 

poniedziałek, 23 września 2013

Wielka Kolekcja #20 - Daredevil: Odrodzony


Daredevil - człowiek, który nie zna strachu, za dnia szanowany prawnik, w nocy egzekwuje prawo na własną rękę, ochraniając nowojorską dzielnicę Hell's Kitchen.
Chociaż nie dorównuje popularnością Spider-Manowi, czy drużynie X-Men, jest postacią równie interesującą, a pod pewnymi względami, może nawet ciekawszą, niż inni bohaterowie uniwersum Marvela.

Odrodzony to opowieść mroczna i brutalna. Frank Miller miał przywrócić Daredevilowi dawną chwałę i uratować miesięcznik przed zamknięciem i wykonał zadanie w stu procentach. Napisał odważny scenariusz, trzymający w napięciu do samego końca. Nie uświadczymy tutaj wielkich, heroicznych bitew z niesamowitymi superłotrami. Zamiast tego poznamy historię człowieka złamanego przez los i doprowadzonego na skraj wytrzymałości.
Miller zaczyna ostro, od poinformowania czytelnika jaki los spotkał Karen Page, dawną sekretarkę i byłą dziewczynę Matta. Później napięcie już tylko rośnie.
Kingpin poznaje sekretną tożsamość Daredevila i postanawia zamienić jego życie w piekło, co zresztą udaje mu się znakomicie. Błąd popełnia dopiero w ostatniej fazie swojego planu, kiedy miał miłosiernie pozbawić niewidomego prawnika nędznego życia. Murdock postanawia więc dokonać zemsty.
Nazwisko Franka Millera na okładce to znak jakości, któremu można zaufać. Ten album jest tego dowodem, a jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, niech sięgnie po inne komiksy z Daredevilem, sygnowane jego nazwiskiem.


Graficznie bez szału, styl Mazzucchelliego nie specjalnie przypadł mi do gustu. Jeżeli miałbym użyć jednego słowa na opisanie zaprezentowanych tu ilustracji, "brzydkie" byłoby tutaj odpowiednim przymiotnikiem. Jednak z drugiej strony historia przedstawiona przez Millera również jest bardzo brzydka i ładne ilustracje niekoniecznie by do niej pasowały.
Całość dobrze się ze sobą komponuje, chociaż muszę przyznać, że momentami dostrzegam pewne ślady lenistwa ze strony rysownika, które jednak nie umniejszają przyjemności z czytania.

Odrodzony, to bardzo dobry album, który jest jednak dosyć specyficzny, przez co zapewne nie każdemu przypadnie do gustu. Jeśli szukacie poważnej historii, czy odskoczni od typowego, superbohaterskiego mordobicia, warto wydać czterdzieści złotych na Odrodzonego.

niedziela, 22 września 2013

10 najlepszych animowanych czołówek (cz.2)

5. Wojownicze Żółwie Ninja

Żółwie Ninja to najbardziej rozrywkowe i waleczne gady w Nowym Jorku. Jeśli ktoś w to nie wierzy, po obejrzeniu poniższego intra na pewno przekona się o słuszności tego poglądu.
Chwytliwy motyw przewodni wpada w ucho i zostaje w głowie na długie tygodnie, niezależnie od tego co robicie. Czy jesteście w pracy, czy w domu, spędzacie miły wieczór ze znajomymi, czy udajecie się na samotny spacer, wszędzie słyszycie tę nie dającą spokoju melodię.
Ale nie bójcie się, to dobry kawałek, który w połączeniu z odpowiednim klipem idealnie wprowadza w klimat serii. Oglądając tę kreskówkę wręcz nie da się nie zakrzyknąć "Heroes in the half shell... TURTLE POWER!"



4. Spectacular Spider-Man

O tej czołówce wspominałem już przy okazji omawiania kreskówek o człowieku pająku. Spectacular Spider-Man przeżył tylko dwa sezony, a szkoda, bo jest to zdecydowanie moja ulubiona kreskówka o Spider-Manie, chociaż kreska nie specjalnie przypadła mi do gustu, ma jednak całkiem dobrą fabułę, ciekawe postacie i motyw muzyczny, przy którym nawet słynne Friendly neighbourhood Spider-Man w wykonaniu Aeorosmith brzmi jak Ona tańczy dla mnie. Do tego szybkie, dynamiczne i płynne sceny akcji, wkomponowane w Daily Bugle - to zdecydowanie wystarczy, aby przyciągnąć dzieciaki przed telewizor.


3. ReBoot

ReBoot, to bardzo ciekawa produkcja, o której - ku mojemu zdziwieniu - mało kto słyszał. Jest to pierwszy serial animowany w całości komputerowo. I chociaż animacja jest dosyć koślawa, szczególnie w pierwszych dwóch sezonach, ReBoot nadrabia fabułą. Serial opowiada bowiem o istotach zamieszkujących komputer, które wiodą spokojne życie, dopóki użytkownik nie włączy gry. Ten kto znajdzie się w obrębie gry, automatycznie staje się przeciwnikiem gracza i jeśli umrze w grze, umiera naprawdę. Właśnie dlatego istnieją strażnicy, tacy jak Bob - nasz główny bohater, którzy "naprawiają i bronią". W trzecim sezonie Bob jednak znika, a głównym bohaterem zostaje Enzo Matrix - koleś, który zaczynał jako mały, nieco denerwujący chłopiec, ciągle pakujący się w tarapaty.
Mały Enzo jednak dorósł i stał się kozackim renegatem z jednym okiem, tatuażem i wielką spluwą, przemierzającym sieć w poszukiwaniu swego zaginionego przyjaciela.
ReBoot to pierwszy serial który jako szkrab oglądałem regularnie, czekając niecierpliwie na kolejne odcinki. Natomiast kiedy Bob został wystrzelony, a później jego miejsce zajął dorosły Enzo, po prostu nie byłem w stanie tego ogarnąć. Nawet dzisiaj nie spodziewałbym się takiego zwrotu akcji w serialu dla dzieci. I o ile Bob był dobrym wzorcem dla małych chłopców, to Matrix był tym, kim naprawdę chcieliśmy być w przyszłości, nieustraszonym twardzielem, przemierzającym nieznany świat wraz z ładną (na ile pozwalała animacja) dziewczyną i wiernym psem u boku.
Dlatego też, jako mały chłopiec zawsze miałem ciarki na plecach, kiedy widziałem intro z narracją Enza. Były takie dwa, pozwoliłem sobie wybrać jedno z nich.
Weźmy głęboki głos Matrixa, klimatyczną muzykę i ciekawe sceny akcji, dodajmy do tego nutkę nostalgii, a powstanie jedna z najlepszych czołówek w historii.




2. Batman The Animated Series

Czołówka w której wszystko jest dopięte na ostatni guzik i dopieszczone do granic absurdu. Od świateł reflektorów sterowca, poprzez wybuch w banku, zacienioną postać Mrocznego Rycerza, kopiącego tyłki dwóch opryszków, niedorzecznie długi Batmobil, aż po przecinającą niebo błyskawicę. Wszystko idealnie oddaje panujący w serialu klimat czarnego kryminału, a w połączeniu z motywem muzycznym w wykonaniu Danny'ego Elfmana wywołuje ciarki na plecach i wgniata w fotel niczym wkurzony Bane.



1.Batman Przyszłości

Usilnie próbowałem nie umieszczać na podium aż dwóch Batmanów, ale nic na to nie poradzę, Warner Bros. robią świetne kreskówki z jeszcze lepszymi czołówkami.
Batman Przyszłości różni się mocno od poprzedniej pozycji na liście, chociaż jest umiejscowiony w tych samych realiach, jednak wiele lat później. Bruce Wayne jest już za stary na bieganie po dachach w stroju nietoperza, dlatego rolę Batmana przejmuje jego zupełne przeciwieństwo - Terry McGinnis.
McGinnis jest młody, porywczy, nieokrzesany, w dodatku pochodzi z rozbitej, niezbyt zamożnej rodziny, jako zupełnie inny Batman w zupełnie innych czasach, musiał dostać również inne miasto. Co prawda to cały czas Gotham, jednak zaprojektowane w stylu futurystycznej, cyberpunkowej dystopii pełnej łotrów, którym nasz dzielny bohater musi kopać tyłki.
Skoro zmienił się Batman i zmieniło się Gotham, również i intro nie mogło przypominać tego z przygód starszego nietoperza.
Zamiast Elfmanowskiej symfonii, dostaniemy tutaj ciężki rockowy kawałek w wykonaniu kapeli Static-X, posiłkowany obrazami, które bardziej kojarzą się z Łowcą Androidów, niż z kreskówką dla dzieci. Wyłaniające się z mroku kolosalne budowle Gotham City, symboliczne przedstawienie przeciwników młodego Batmana, cmentarz wyłaniający się zza pleców Terry'ego, czy postać Batmana na tle wielkiego księżyca, a nawet pojawiające się na ekranie pojedyncze słowa, wszystko to ma na celu przykleić nas do telewizora i robi to bardzo skutecznie. Kiedy na ekranie pojawia się tytuł odcinka, widzowie są już kupieni. To intro to coś więcej niż prosta czołówka, to obietnica świetnej rozrywki, dane słowo, którego dzielni twórcy z WB dotrzymują prawie za każdym razem.




Oto moja lista najlepszych animowanych czołówek. Nie każdy musi się z nią zgadzać, zapewne ktoś inny ułożył by ten ranking zupełnie inaczej, sam kilka razy zmieniałem kolejność, a nawet kilka tytułów wyrzuciłem z listy na rzecz innych, a zapewne za parę dni, jeśli zerkną na ten wpis, dojdę do wniosku, że powinienem ułożyć ją inaczej. Jednak prawda jest taka, że jedna czołówka pozostanie już na zawsze najlepszą animowaną czołówką w historii, tak doskonałą, że cały powyższy ranking zupełnie traci sens:



czwartek, 19 września 2013

10 najlepszych animowanych czołówek (cz.1)

Kreskówki - kto z nas jako szkrab nie lubił ich oglądać? Jedne były lepsze, inne gorsze, jednak tak naprawdę, to pierwszych kilka chwil nastrajało nas pozytywnie, lub negatywnie, do konkretnego tytułu. Dlatego tak ważną rolę pełniło tutaj intro. Jeżeli ono było słabe, to i tego co po nim następowało, nie chciało nam się oglądać (chyba że był to Dragon Ball z francuskim dubbingiem). Nieraz również się zdarzało, że samo intro było dużo lepsze niż serial, postanowiłem więc zagłębić się nieco w temat i stworzyć listę dziesięciu najlepszych intrów... intr... inter... czołówek z seriali animowanych.

10. Swamp Thing

Ten tytuł trafił na listę z jednego powodu - twórcy uznali, że świetnym pomysłem będzie przerobienie na potrzeby czołówki do serialu piosenki Jimiego Hendrixa "Wild Thing".
Trudno nie przyznać im racji. Co prawda animacja w czołówce, jak i w samym serialu pozostawia wiele do życzenia, przedstawione w niej sceny niespecjalnie zachęcają do oglądania i nikt nie pali gitary, ale hej, w końcu to Hendrix, a raczej ktoś, kto próbuje udawać Hendrixa i w ogóle mu nie wychodzi. Studio DiC dostaje piątkę za pomysł i naciągane trzy minus za wykonanie.





9. Faceci w Czerni

Animowany spin-off popularnego filmu z Tommy Lee-Jonesem i Willem Smithem. Motyw muzyczny tego serialu różnił się nieco od motywów z innych kreskówek powstających w tym samym czasie, które zazwyczaj były rockowe i szybkie. MIB idzie w drugą stronę, serwując nam spokojniejszą muzykę, która jednak w połączeniu z prezentowanymi na ekranie obrazami, idealnie wprowadza nas w klimat serii. Zresztą, zobaczcie sami:



                                   
8. Liga Sprawiedliwych: Bez Granic

Liga sprawiedliwych - najznamienitsi bohaterowie świata. Zasłużyli sobie na godną czołówkę i taką dostali, a w zasadzie nawet dwie. Zarówno intro Ligi Sprawiedliwych, jak i Ligi Sprawiedliwych: Bez Granic prezentują się bardzo dobrze, jednak to drugie ma o wiele ciekawszy motyw muzyczny, uświadczymy w nim również kilka scen z serialu, które pokazują nam czego możemy się spodziewać, podczas gdy intro "zwykłej" Ligi Sprawiedliwych ukazuje nam jedynie oświetlone złotą poświatą wizerunki głównych postaci, które w zasadzie niewiele nam mówią.



7. Iron Man

Oto intro, które każdy prawdziwy mężczyzna powinien oglądać przed poranną kawą zagryzioną cygarem. Czołówka tak ociekająca testosteronem, że od samego patrzenia na nią rosną włosy na klacie. Tony Stark uderzający młotem w ogromne kowadło, wykuwający swoje wspaniałe zbroje.
To intro ma bardzo jasne przesłanie - jeśli nie jesteś prawdziwym mężczyzną, nie oglądaj tej kreskówki.




6. Pokémon

Jestem dumnym przedstawicielem pokolenia, którym w pewnym momencie zawładnęły na spółkę Pokemony i Dragon Ball. Francuskojęzyczne intro Dragon Balla które musieliśmy oglądać pozwolę sobie przemilczeć. Pokemon to jednak coś więcej niż serial, to cała kultura. Życie towarzyskie w podstawówkach początku ubiegłej dekady opierało się na tej marce. Serial, gry, zabawki, legendarne kapsle tazo, naklejki, karty (które w większości przyczyniały się do promowania hazardu wśród nieletnich). Wszyscy byliśmy omamieni kieszonkowymi potworami. Kto nie marzył o liście z Hogwartu, ten chciał zostać trenerem Pokemon. Niestety, rzeczywistość nie była taka kolorowa i złapane biedronki, czy koniki polne nigdy nie chciały wykonywać naszych poleceń (prawdopodobnie miały dla nas za wysoki poziom) i uciekały przy pierwszej możliwej okazji.
Tak czy inaczej, ten utwór, ta wspaniała tyrtejska pieśń w wykonaniu Janusza Radka niosła nadzieję, motywowała do działania, pomagała wstać rano z łóżka, bo wiedzieliśmy, że kiedy skończymy lekcje i wrócimy do domu, w kwadratowym pudełku w naszym salonie będzie na nas czekał wspaniały świat niezwykłych istot i ciekawych przygód.
Trochę przesadziłem, patrząc z perspektywy czasu, Pokemon to przeciętny serial dla dzieci (gry są jednak ciągle świetne), nie wiem jak wyglądają jego nowe sezony, bo zakończyłem swoją przygodę z telewizyjnymi Pokemonami gdzieś w trakcie ligi Johto, jednak piosenka z intro wypadła naprawdę świetnie i każdy znał ją na pamięć. Być może przemawia przeze mnie nostalgia, jednak to o czymś świadczy, kiedy po tylu latach potrafię ją zaśpiewać bez zająknięcia.
Niestety samej czołówki w wersji polskiej nigdzie w internecie znaleźć nie mogę, jednak w bonusie cała piosenka w wykonaniu Janusza Radka.





Pierwsza piątka z tej listy już niebawem. Tymczasem pamiętajcie, że jest to subiektywna lista, oparta na moich prywatnych odczuciach i wcale nie musicie się z nią zgadzać, polemika jest nawet wskazana.

niedziela, 15 września 2013

Wielka Kolekcja #19 - Kapitan Ameryka: Nowy Porządek


Kapitan Ameryka to bohater, który większości ludzi (szczególnie tym, którzy nie czytali nigdy jego przygód), kojarzy się z kiczem i przesadną patetycznością. W końcu chodzi ubrany w barwy narodowe, a jego rola sprowadza się do kopania tyłków tym, którzy zagrażają amerykańskiemu marzeniu.
W Zimowym Żołnierzu, Ed Brubaker pokazuje nam, że Steve Rogers to ktoś więcej, niż żołdak z uśmiechem kopiący tyłki nazistów. Ukazuje nam głębię tej postaci, cierpienie przez jakie musiał przejść, przeżywając piekło wojny i tracąc najbliższych.

Nowy Porządek to komiks wyjątkowy. Pierwszy z Kapitanem Ameryką wydany po 11 września 2001. Pokazuje nam, że wiele się zmieniło od czasów drugiej wojny światowej, kiedy Kapitan tłukł na kwaśne jabłko ludzi Hitlera i Red Skulla. Nastały czasy terroryzmu, wojny prowadzonej z ukrycia i wymierzonej w cywili, zagrażającej przede wszystkim życiu niewinnych.
Ten album pokazuje nam jak głęboko komiks jest zakorzeniony w amerykańskiej kulturze. Kapitan Ameryka nie jest i nigdy nie będzie tylko osiłkiem w trykocie, który kopie tyłki złych ludzi. Jest on symbolem, zwierciadłem, w którym odbija się to potężne mocarstwo, jego pragnienia i nastroje.
Pierwsze co widzimy w tym komiksie, to Steve Rogers, który bez maski na twarzy i bez tarczy z białą gwiazdą rusza na pomoc ludziom przygniecionym przez ruiny World Trade Center, nie jako obrońca Ameryki, ale jako jej obywatel.


Album ten świetnie oddaje nastrój strachu i terroru, jaki zapanował w tamtym czasie w Stanach Zjednoczonych. Jednak mimo swojego politycznego charakteru nie zanudza czytelnika, oferując również rozrywkę na wysokim poziomie.
Scenariusz, którego autorem jest John Ney Rieber, nie skupia się na samym ataku z 11 września, ale na następujących później - na szczęście już fikcyjnych - aktach terroryzmu, które Kapitan musi powstrzymać. Przedstawiona tutaj historia z pewnością trzyma w napięciu i nie pozwala odłożyć komiksu aż do ostatniej strony.

Za rysunki odpowiadał John Cassaday, z którym już mieliśmy okazję się spotkać w ramach Wielkiej Kolekcji. Tym razem również zachwyca nas świetnymi rysunkami. Aczkolwiek, w pewnym momencie podczas walki Kapitan przybiera jedną z najbardziej komicznych póz, jakie miałem okazję oglądać w komiksach, co - biorąc pod uwagę poważną otoczkę komiksu - było trochę nie na miejscu.



Nowy Porządek może wydawać się nieco zbyt ciężki i przesiąknięty polityką, przez co na pewno nie każdemu się spodoba. Jest to jednak obowiązkowa lektura dla wszystkich, którzy uważają Kapitana Amerykę, za kiczowatego, pompatycznego osiłka w rajtuzach.

wtorek, 10 września 2013

Wielka Kolekcja #18 - Iron Man: Pięć Koszmarów



Matt Fraction i Salvador Larocca stworzyli historię mającą przyciągnąć do czytania przygód Pancernego Mściciela nowych fanów, kupionych poprzez świetną ekranizację w reżyserii Jona Favreau.
Trzeba przyznać, że świetnie udało im się uchwycić klimat filmu z Robertem Downeyem w roli głównej.
Wszystko, od kreacji głównego bohatera, poprzez relacje z Pepper Potts, aż po głównego antagonistę, nawiązuje do filmowej adaptacji przygód Iron Mana.
W ogóle filmy i komiksy o Iron Manie, które wychodziły w podobnym czasie wzorują się jedne na drugich.
Widać to szczególnie na przykładzie przeciwnika Tony'eo z tego albumu. Jest nim Ezekiel Stane, syn Obadaiaha Stane'a, z którym Iron Man mierzył się w pierwszym filmie, chce on zemścić się na Starku za śmierć ojca, podobnie jak Ivan Vanko z drugiego filmu, co więcej jest terrorystą działającym w sposób uderzająco podobny do AIM w filmie trzecim.  


Tony Stark w Pięciu Koszmarach ma na prawdę sporo na głowie. Jest nie tylko szefem Stark Industries i superbohaterem w metalowej zbroi, ale również naczelnikiem SHIELD.
Co więcej na scenę wkracza młody Zeke Stane, spełniając najgorszy ze wszystkich pięciu koszmarów Iron Mana.
Ezekiel to ciekawa postać, prezentująca najgorsze połączenie, jakie można sobie wyobrazić, jest geniuszem i terrorystą. Obie te cechy z wielką starannością pielęgnuje. Stane wprowadza zamachy terrorystyczne na wyższy poziom, wszczepiając w klatki piersiowe zamachowców-samobójców ładunki o sile zbliżonej do siły wybuchu bomby atomowej.
Fraction i Larocca nie wzdragają się przed serwowaniem nam scen masowego, pozbawionego skrupułów ludobójstwa, dokonywanego przez fanatyków, upojonych potęgą, jaką dał im Stane.
Terroryzm to temat, który pojawia się często przy okazji przygód Iron Mana, jednak rzadko prezentowane są zamachy na taką skalę. Zamachy, w których giną nie tylko postronni obywatele, ale również bohaterowie (konkretnie filipińska grupa herosów, zwana Zwycięską Dywizją).

Jednak widowiskowe walki i brutalne zamachy to nie wszystko. Zagłębimy się również w umysł zmęczonego, przygniecionego obowiązkami Tony'ego Starka. Poznamy jego pięć koszmarów, z których ziścił się ten największy.
Matt Fraction skupia się również na kontaktach głównego bohatera z innymi postaciami. Przede wszystkim z Pepper Potts. Autorowi udaje się uchwycić nietypową przyjaźń panującą między tą dwójką, jak również stosunki łączące Tony'ego z Marią Hill, jego zastępczynią w SHIELD, Jamesem Rhodesem (chociaż pojawia się w komiksie tylko na chwilę), czy Peterem Parkerem. 



Salvador Larocca zgrabnie zinterpretował scenariusz Fractiona. Ilustracje co prawda nie zapierają tchu w piersiach, jak na przykład te Alexa Rossa w Marvels. Są jednak schludne i miłe dla oka. Sceny walk, czy terrorystycznych zamachów robią niemałe wrażenie, postacie są dopracowane, a ponieważ akcja komiksu toczy się w różnych miejscach na całym świecie, Larocca zadbał o to, abyśmy mogli odgadnąć miejsce akcji już po samym krajobrazie. Jedyne do czego mogę się tutaj przyczepić to pornowąs Tony'ego Starka, który z jakiegoś powodu kojarzy mi się z Gomezem Addamsem, oraz twarz Reeda Richardsa, który wygląda tutaj jak nastolatek z siwymi pasmami włosów.


Pięć Koszmarów to komiks skierowany głównie do fanów filmowych przygód Iron Mana, jednak z pewnością spodoba się również "starym wyjadaczom" przygód Człowieka z Żelaza. Jeśli podobała wam się pierwsza część filmowej trylogii, powinniście łapać za ten komiks bez zastanowienia, w przeciwnym wypadku również nie powinniście go omijać szerokim łukiem, gdyż jest to bardzo dobra, przyzwoicie narysowana i bardzo wciągająca historia.

środa, 4 września 2013

Jeszcze trochę o nowym Wiedźminie

Niedawno w sieci pojawił się kolejny trailer wiedźmina, który wygląda świetnie i na pewno rozbudził apetyt u fanów białowłosego mutanta, ale co z samą grą? Jak będzie wyglądał gameplay? Jak duży będzie świat? Czego dotyczyć będzie historia? Na te i kilka innych pytań odpowiada Konrad Tomaszkiewicz w tym wywiadzie.

Podoba mi się, że główna osi fabuły skupia się na postaci Geralta, a ingerowanie w wydarzenia polityczne będzie opcjonalne. Jak pisałem już wcześniej nieco obawiałem się otwartego świata w wiedźminie. Po prostu bałem się, że twórcy nie sprostają temu wyzwaniu. Jednak jeśli Angry Joe twierdzi, że lokacje tego wielkiego, otwartego świata są równie ciekawe i szczegółowe co lokacje w dwóch poprzednich "zamkniętych" Wiedźminach, to ja mu wierzę.
To co naprawdę mnie zainteresowało, to system wiedźmińskich zmysłów i polowania na potwory.
Już przy drugiej części twórcy zrozumieli, że polowanie nie sprowadza się tylko do odwiedzenia leża potwora i spuszczenia mu przysłowiowego łomotu. Wprowadzili na przykład pułapki, czy przynęty, jednak jak wynika z powyższego wywiadu, w "trójce" polowanie na potwory będzie rozbudowane do granic możliwości. Odnajdowanie informacji na temat zwyczajów, czy słabości poszczególnych bestii, tropienie ich po śladach, oraz ciekawe, dynamiczne walki "przypominające walki z bossami", do tego około osiemdziesięciu gatunków potworów, przy czym każdy ma swój unikatowy pakiet zachowań. Prawdopodobnie doprowadzi to do niemałej rewolucji w świecie komputerowych RPG, a na pewno podniesie ocenę nowego Wiedźmina o kilka oczek w górę.
Ciekawi mnie jak dokładnie będzie wyglądał wspomniany system wiedźmińskich zmysłów. Podejrzewam coś na zasadzie trybu detektywa z Arkham City i Arkham Asylum, chociaż mam nadzieję, że nie będzie to tryb, który da się włączyć i wyłączyć (w końcu to zmysły), ale że będzie "uruchamiał" się sam reagując na otoczenie i te jego elementy, do których wiedźmińskie zmysły można zastosować.
Jednak Wiedźmin, to przede wszystkim fabuła, oraz wspaniały, żywy, "prawdziwy" świat. Jeżeli twórcy skopią te dwie kwestie, nie pomoże im nawet najlepszy gameplay i grafika.

Na chwilę obecną zdaje się, że Wiedźmin 3 nie może zawieść. Chociaż "dwójka" nie była do końca tym, czego oczekiwałem, mocno wierzę w to, że CD Projekt nie pozwoli sobie na żadną wpadkę przy produkcji zwieńczenia tej wspaniałej trylogii. Przyjdzie nam przekonać się o tym dopiero w przyszłym roku, ale ja już wiem, że muszę zrobić na półce miejsce na edycje kolekcjonerską trzeciego (i miejmy nadzieję ostatniego) Wiedźmina.




piątek, 30 sierpnia 2013

Za dużo Nietoperzy

Batman to jeden z najpopularniejszych i najbardziej lubianych superbohaterów w historii komiksu. Również na moim blogu pojawia się bardzo często, co widać zresztą w ostatnich wpisach. Jednak co za dużo, to niezdrowo i ta zasada dotyczy również nietoperzy. Na chwilę obecną czuję straszny przesyt Batmanem, być może dlatego że czytam sporo komiksów z jego udziałem, jednak w innych mediach Mroczny Rycerz pojawia się ostatnimi czasy nader często.
Szczególnie na tle swoich kolegów i koleżanek z Ligi Sprawiedliwych, czy innych postaci z DC. W ciągu ostatniej dekady pojawiły się trzy filmy i dwie gry z udziałem Batmana, a w produkcji mamy kolejny film i kolejną grę, co więcej w lipcu tego roku do ramówki Cartoon Network weszła również nowa kreskówka z Zamaskowanym Krzyżowcem w roli głównej.
Aby zobrazować "problem" nadmiaru Batmana w mediach, pozwolę sobie przedstawić pewną statystykę.
Jak wiele razy - licząc od początku lat dziewięćdziesiątych - poszczególni członkowie Ligi Sprawiedliwych pojawiali się na dużym i małym ekranie:

Flash:
- Flash - serial TV, 1990-1991
- Flash II: Revenge of Trickster - Film, 1991

Wonder Woman:
- Wonder Woman - film animowany, 2009
- Wonder Woman - Serial, 2011 (wycofany z ramówki po jednym odcinku)

Aquaman:
- Aquaman - film TV, 2006

Martian Manhunter:
-


Green Lantern:
- Green Lantern: First Flight - Film animowany, 2009
- Green Lantern - Film, 2011
- Green Lantern: The Animated Series - Serial animowany, 2011
- Green Lantern: Emerald Knights - Film animowany, 2011

Superman:
- Lois and Clark: The New Adwentures of Superman - Serial, 1993-1997
- Superman: The Animated Series - serial animowany, 1996-2000
- The Batman/Superman Movie - Film animowany, 1998
- Tajemnice Smallville - Serial, 2001-2011
- Superman: Powrót - Film, 2006
- Superman/Batman: Public Enemies - Film animowany, 2009
- Superman/Batman: Apocalypse - Film animowany, 2010
- All Star Superman - Film animowany, 2011
- Superman Versus The Elite - Film animowany 2012
- Człowiek ze Stali - Film, 2013

Batman:


- Batman Returns - Film, 1992
- Batman: The Animated Series - Serial animowany, 1992-1995
- Batman: Mask of the Phantasm - Film animowany, 1993
- Batman Forever - Film, 1995
- The New Batman Adventures - Serial animowany, 1997
- Batman & Robin - Film, 1997
- SubZero - Film animowany, 1998
- The Batman/Superman Movie - Film animowany, 1998
- Batman Beyond - serial animowany, 1999-2001
- Batman Beyond: Return of The Joker - Film animowany, 2000
- Batman: Mystery of the Batwoman - Film animowany, 2003
The Batman - serial animowany, 2004-2008
- The Batman vs Dracula - Film animowany, 2005
- Batman Begins - Film, 2005
- Batman: Gotham Knight - Film animowany, 2008
- The Dark Knight - Film, 2008
- Batman: the Brave and the Bold - serial animowany, 2008-2011
- Superman/Batman: Public Enemies - film animowany, 2009
- Superman/Batman: Apocalypse - Film animowany, 2010
- Batman: Under the Red Hood - Film animowany, 2010
- Batman: Year One - Film animowany, 2011
- The Dark Knight Returns, part 1 - FIlm animowany, 2012
- The Dark Knight Rises - Film, 2012
- The Dark Knight Returns, part 2 - FIlm animowany, 2013
- Beware the Batman - Serial animowany, 2013-


Do zaprezentowanego tutaj zestawienia nie wliczyłem ekranizacji przygód całej Ligi, filmów fanowskich, krótkometrażowych, ani filmów z lego, które tylko pogłębiłyby przewagę Batmana. Dlatego też pytanie samo ciśnie się na usta: po co nam kolejne filmy, czy seriale z Batmanem w roli głównej, podczas gdy inni bohaterowie, również bardzo ciekawi, w przypadku ekranizacji są ciągle pomijani?
Wiem, że w niedalekiej przyszłości mają pojawić się filmy o Flashu, czy Wonder Woman, mające być podstawą do aktorskiej wersji Ligi Sprawiedliwych, w którą szczerze mówiąc, wątpię coraz bardziej po każdym, kiepskim filmie na podstawie komiksów DC.
Wracając jednak do tematu, o ile ucieszyłem się na wieść o Arkham Origins, na wiadomość o występie Batmana w kolejnym filmie o Supermanie zareagowałem jedynie uniesieniem brwi w geście zdziwienia. W końcu minął dopiero rok od kiedy biedny Christian Bale ostatni raz zdzierał sobie gardło nosząc pelerynę i kaptur, natomiast nowego Batmana ma zagrać ktoś inny. Z jednej strony to całkiem logiczne, w końcu trylogia Nolana to historia zakończona i (chociaż za ostatnią częścią nie przepadam) dopięta na ostatni guzik. Toteż nie rozumiem dlaczego u boku Człowieka ze Stali musi pojawić się akurat Batman, a nie na przykład zapomniany przez wszystkich J'onn J'onzz, który co prawda nie sprzedaje się tak dobrze jak Nietoperz, jednak jest równie ciekawą postacią. Poza tym przydałoby mu się nieco reklamy wśród ludzi niezaznajomionych z komiksami, którzy w przyszłości mają przecież iść do kina na Ligę Sprawiedliwych.
Jednak w nowym Supermenie dostaniemy Batmana, kto zatem będzie go grał? Ben Afleck, o tym już wszyscy wiedzą. Czy zgadzam się z masową nienawiścią wobec niego? Nie do końca. Nie uważam żeby był to idealny wybór, jednak na pewno fizycznie dużo bardziej przypomina komiksowego Bruce'a Wayne'a niż Christian Bale, o Michaelu Keatonie nie wspominając.
Co do samego Bale'a, uważam że dobrze zrobił odrzucając rolę. W końcu tak jak wspomniałem, historia przedstawiona w filmach Nolana jest zamknięta, dlatego też przedstawienie tamtego "konkretnego" Batmana w innym filmie mogłoby mocno namieszać w chronologii trylogii Nolana. 



Jeśli chodzi o Arkham Origins, prequel gier Arkham Asylum i Arkham City, to wszystko wskazuje na to, że będzie to gra równie dobra jak dwie poprzednie. Nie podobają mi się niektóre zmiany, jak nowi aktorzy dubbingowi (jednak może spiszą się dobrze), czy zmiana wizerunku Batmana. Uwielbiałem jego kostium w poprzednich częściach, gdzie wygląda jak zwykły trykot, jaki Nietoperz nosi w komiksach, jednak jednocześnie sprawia wrażenie bardzo wytrzymałego. Tutaj twórcy postanowili dać mu twardy pancerz, podobnie jak w najnowszych filmach. To jednak tylko drobne zmiany, które nie wpłyną na fabułę, ani gameplay, a to one są tutaj najważniejsze i zapowiadają się całkiem nieźle.



Co do kreskówki Beware the Batman, mam mocno mieszane uczucia. Z jednej strony mieliśmy już tyle kreskówek i filmów animowanych z Batmanem, że nie ma potrzeby kręcenia kolejnych, ten jest jednak zupełnie inny od wszystkiego co widzieliśmy do tej pory. Z jednej strony dobrze, że twórcy postanowili przedstawić Batmana bardziej jako detektywa niż wojownika, co więcej na jego drodze stają jego mniej znani przeciwnicy, tacy jak profesor Pyg, czy Anarky. Jednak z drugiej strony niektóre zmiany względem pierwowzoru są tutaj po prostu dziwne. Najdziwniejszy jest Alfred, który ze starszego brytyjskiego dżentelmena zamienił się w byłego agenta MI6, z wyglądu przypominającego Agenta 47 na sterydach. Jak stwierdził mój kolega: "Z takim Alfredem, Gotham City nie potrzebuje Batmana".
Uświadczymy tutaj bardzo ładnej animacji CGI, oraz świetnego dubbingu. Ciekawym wyborem był Anthony Ruivivar, który (przynajmniej według filmwebu) z dubbingiem nie miał wcześniej do czynienia, jednak świetnie się spisuje jako Bruce Wayne.
I chociaż ten konkretny serial jest całkiem dobry, mieliśmy po drodze parę kiepskich. Poza tym, jak wiele różnych scenariuszy z udziałem Batmana można przedstawić w tak krótkim czasie?



Osobiście mam nadzieję, że twórcy z WB pójdą po rozum do głowy i dojdą do wniosku, że inni herosi z DC istnieją również poza Ligą Sprawiedliwych i potrafią radzić sobie bez pomocy Batmana. I chociaż nie są tak "mroczni" i "tajemniczy", mają równie duży potencjał. Oczywiście Batman jako marka sprzedaje się sam. Krzyknij "Batman", a ludzie zaczną rzucać w ciebie pieniędzmi. Natomiast kręcąc filmy o innych herosach trzeba się napracować, zainwestować w kampanię reklamową, no i oczywiście stworzyć na prawdę dobry film, bo jak widzieliśmy na przykładzie Zielonej Latarni, kiepskie filmy w których nie ma Batmana, są przyjmowane dużo gorzej, niż kiepskie filmy w których Batman jest.