niedziela, 30 czerwca 2013

Człowiek z Betonu

Człowiek ze Stali, to kolejny gwóźdź do trumny spółki DC/Warner Bros. Film zły na tak wielu poziomach, że aż boli.Dobre aspekty tej produkcji można policzyć na palcach jednej dłoni, natomiast tych złych jest tak wiele, że wymienienie wszystkich zajęłoby mi stanowczo za dużo czasu i miejsca.



Co do tego, co w filmie mi się podobało:
Przede wszystkim początek, którego akcja toczyła się na kryptonie. Był to typowy wstęp do historii Supermana - Jor-El tłumaczy ważniakom, że krypton niedługo przestanie istnieć i co powinni w związku z tym uczynić, w międzyczasie rodzi mu się syn, a generał Zod wszczyna bunt, jednak zostaje pokonany. Nic nowego, nic nadzwyczajnego, jednak przedstawione w nietypowy i bardzo przyjemny dla oka sposób. Ach, jak miło było zobaczyć Krypton, nie będący wielkim białym pustkowiem z wystającymi gdzieniegdzie, kryształowymi budowlami. Również walka Zoda i Jor-Ela jest bardzo ciekawa i pokazuje, że młodszy z Elów zdecydowanie wdał się w ojca.



Niestety, film ze sceny, na scenę staje się coraz gorszy.
O ile nie przeszkadzał mi brak typowych dla Supermana motywów, z podwójną tożsamością i wszystkimi jej konsekwencjami na czele, o tyle to co film nam proponuje w zamian, jest po prostu do kitu. Twórcy nie pokusili się nawet o napomknięcie czym jest Phantum Zone, Klark i Lois zakochują się w sobie w jakieś dwie sekundy, Superman zupełnie nie przejmuje się tym, że jego walka z żołnierzami Zoda niemal całkowicie równa z Ziemią całe Metropolis, przy okazji zapewne zabijając tysiące, albo i setki tysięcy ludzi, w obronie których walczy.
Jeżeli chodzi o postacie, Michael Shannon w roli Zoda był całkiem w porządku, chociaż nie przypomniał w niczym kreacji Terence'a Stampa (ale w końcu nie o to tutaj chodzi). Ziemscy rodzice Klarka (Kevin Costner i Diane Lane), również nie są źli, aczkolwiek daleko im do doskonałości. Co więcej, pamiętacie te piękne czasy, kiedy Jonathan Kent umierał na zawał? Tak można było umierać w latach siedemdziesiątych, dzisiaj ojcowie superbohaterów odchodzą z większą pompą.



Reszta postaci, łącznie z bohaterem tytułowym jest mdła i bez wyrazu, zarówno z winy aktorów i scenariusza.
No właśnie, scenariusz. Ponownie nic niezwykłego, generał Zod chce odbudować, kosztem ludzi, Krypton na Ziemi, a syn Jor-Ela chce mu w tym przeszkodzić. Jednak nigdy nie widziałem, aby tak prosty i przerabiany już wiele razy pomysł na scenariusz, został tak bardzo skopany.
Film skupia się bardziej na tornadach, walących się budynkach i wielkiej maszynerii z kosmosu, aniżeli na
 postaciach, czy wydarzeniach w których biorą udział, jednocześnie całość ma bardzo poważną i pompatyczną otoczkę, co gryzie się ze sobą dosyć mocno.
Przyznam szczerze, że ostatnie kilka, może kilkanaście minut filmu było całkiem ok, jednak to zdecydowanie zbyt mała pociecha po dwóch godzinach wątpliwej przyjemności.
 



Podsumowując, Człowiek ze Stali plasuje się zdecydowanie poniżej Iron Mana 3, jednak o kilka milimetrów przebija poprzednią ekranizację z uniwersum DC - Mroczny Rycerz Powstaje.
Gdyby film nie traktował siebie tak poważnie i został zrealizowany w stylu marvelowsko-disneyowskich produkcji, prawdopodobnie byłby do przełknięcia. Dużo chętniej obejrzałbym prequel filmu, którego akcja toczyłaby się na Kryptonie, ukazując dokładnie bunt generała Zoda i zniszczenie rodzinnej planety Supermana, jak i kontynuację, która - jak wskazuje na to końcówka - będzie utrzymana w tonacji bardziej typowej dla Supermana (bądźmy dobrej myśli).
Tymczasem, jeśli miałbym polecić komuś dobrą ekranizację komiksów DC, nie przychodzi mi do głowy żaden film aktorski. Warner Bros. nadrabia jednak animacjami i jeśli chcecie szybko zapomnieć o tym koszmarku, lub po prostu obejrzeć coś przyzwoitego, sięgnijcie po Kryzys na Dwóch Ziemiach, lub Batman: W Cieniu Czerwonego Kaptura, a od tego hitu, raczej trzymajcie się z daleka.

niedziela, 23 czerwca 2013

Wielka Kolekcja #11 i #14: Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz

Wskrzeszenie Bucky'ego Barnesa, podobnie jak wskrzeszenie wujka Bena, było przez lata czymś, czego scenarzystom z Marvela nie wolno było uczynić. Jego śmierć była po prostu zbyt ważna dla postaci Kapitana Ameryki i w gruncie rzeczy, całego uniwersum.
Jednak w 2005 roku Ed Brubaker stwierdził, że zasady są po to, aby je łamać i wspólnie z rysownikiem Stevem Eptingiem dokonali niemożliwego - przywrócili Bucky'ego do życia.




Tak ryzykowne przedsięwzięcia bardzo często nie wychodzą. Czy duetowi Brubaker/Epting się udało? Cóż, gdyby się nie udało, komiks ten prawdopodobnie nigdy nie trafiłby do kolekcji.
Brubaker wszystko dokładnie przemyślał. Wiedział, że wykonując tak drastyczny ruch, nie może sobie pozwolić na wpadkę i starał się ze wszystkich sił, aby do takiej wpadki nie dopuścić.

Sama postać Kapitana Ameryki jest, moim zdaniem, mocno niedoceniana. Wszystkim kojarzy się z nadętym, przesadnie patriotycznym tępym żołnierzem w śmiesznym trykocie, z uśmiechem na twarzy kopiącym tyłki nazistom i innym wrogom amerykańskiego stylu. I o ile sam Kapitan, jako symbol, taki właśnie miał być, to jednak człowiek pod maską to postać o wiele ciekawsza i bardziej złożona.
A to właśnie Steve Rogers, a nie Kapitan Ameryka jest głównym bohaterem tego komiksu.



Steve nigdy nie miał lekkiego życia, a śmierć jego młodocianego towarzysza była dla niego największą tragedią. Jednak Ed Brubaker przedstawia nam swoją wersję wydarzeń, w której młody patriota wcale nie umiera, przynajmniej nie do końca.
Autor wskrzesza Barnesa w bardzo wiarygodny (jak na realia komiksu) sposób, jednocześnie robiąc z niego tajną broń Związku Radzieckiego.
Kontrolę nad Buckym - Zimowym Żołnierzem, przejmuje generał Aleksander Łukin, zatwardziały komunista, pragnący powrotu czasów świetności Matuszki Rosji.
Poza generałem Łukinem i Zimowym Żołnierzem, na drodze Kapitana Ameryki staną tutaj również jego bardziej znani przeciwnicy - Red Skull, Crossbones, oraz, we wspomnieniach, Baron Zemo.
No właśnie, Kapitan bardzo dużo w tych dwóch albumach wspomina, co jest oczywiście zupełnie zrozumiałe, a z tych wspomnień dowiadujemy się kim tak na prawdę był Bucky. Ten młody, radosny - szczególnie biorąc pod uwagę okoliczności - chłopak, był nie tylko wiernym pomagierem Kapitana, ale również zręcznym szpiegiem i skrytobójcą, którego zadanie polegało na brudzeniu sobie rąk tam, gdzie nie mogą tego robić dorośli żołnierze. Dowiadujemy się, że na ręce Bucky'ego spadło wiele krwi, jeszcze zanim Rosjanie zrobili mu pranie mózgu, a metody których używał, nie miały nic wspólnego z tym, co miał sobą reprezentować.



Kapitan w tym komiksie nie ma lekko. Ciągle ubolewa nad niedawnym rozpadem Avangers, złe wspomnienia z wojny dręczą go o wiele bardziej niż zwykle, ktoś niszczy groby jego dawnych przyjaciół, a jakby tego wszystkiego było mało, Red Skull planuje globalny atak terrorystyczny.
Nic więc dziwnego, iż nie chce uwierzyć w to, że Bucky jest teraz marionetką w rękach rosyjskiego generała.

W Zimowym Żołnierzu wszystko kręci się wokół kosmicznej kostki - artefaktu o niemal nieograniczonej mocy, z pomocą którego generał Łukin chce odtworzyć związek radziecki. Kapitan musi się więc wziąć w garść i mimo wszystkiego co ostatnio go spotyka pokazać, że nie bez powodu to właśnie on dzierży tarczę z białą gwiazdą. 
Na szczęście, nasz najbardziej patriotyczny bohater wszech czasów nie będzie musiał  stawiać czoła wszystkim tym wyzwaniom w pojedynkę, gdyż poza Nickiem Fury i Agentką 13, pomogą mu również Iron Man i Falcon.

Historia opowiedziana w tych dwóch albumach ma dosyć przygnębiający charakter, trup ściele się gęsto i to czasem dosyć istotny trup, a ci którzy zostają przy życiu nie mają się specjalnie z czego cieszyć.
Było mi szkoda zarówno Capa, jak i Bucky'ego. Wielkiej, długotrwałej bitwy Kapitana z Generałem Łukinem w zasadzie nie wygrał nikt. Nikt nie osiągnął swojego celu, nikt nie dostał tego, czego chciał.
Komiks pozostawił we mnie pewne uczucie przygnębienia, ale chyba właśnie o to chodziło.
Historia powrotu Bucky'ego, szczególnie powrotu w taki sposób, nie mogła być radosna. Brubaker udowadnia, że mimo całego kiczu i pompatyczności z jaką kojarzy się Kapitan Ameryka, można uczynić go głównym bohaterem poważnej historii.

Steve Epting również spisał się na medal.
Bardzo dobrze wychodzi mu przedstawianie emocji postaci za pomocą ich mimiki, dobrze wypada też, co prawda pozbawiona mimiki, ale świetnie narysowana czaszka Red Skulla.
Bardzo podoba mi się również kostium Kapitana, który wygląda tutaj na gruby, wytrzymały pancerz, a nie zwykły, niebieski trykot. 
Od czasu do czasu można zauważyć jakieś drobne potknięcie, jednak w zasadzie, jeśli chodzi o rysunki, nie ma się czego przyczepić. Kapitan kopie tyłki w bardzo ładnej oprawie graficznej.



Chociaż, tak jak napisałem, Brubaker miał świetny pomysł na komiks i w zasadzie dobrze go zrealizował, a Steve Epting dopieścił każdy pojedynczy rysunek, to jednak Zimowy Żołnierz nie wciągnął mnie tak, jak powinien, nie powalił mnie na kolana. Dlatego też recenzję tego komiksu pisało mi się dosyć ciężko, gdyż cały czas wiedziałem że to świetny, dobrze napisany i dobrze narysowany komiks, jednak nie miał w sobie tego "czegoś", co miały w sobie niektóre komiksy z Wielkiej Kolekcji.
Być może moje odczucia wobec tych dwóch albumów są takie, dlatego że Kapitan Ameryka nigdy nie był specjalnie bliskim mi bohaterem, a jego przygody, przynajmniej te w pojedynkę, znam w zasadzie tylko ze stron internetowych poświęconych uniwersum Marvela. Mogła to być również wina zakończenia w stylu Deus Ex Machina, które w ogóle nie przypadło mi do gustu.
Tak, czy inaczej, mimo moich osobistych odczuć, mam świadomość tego, że jest to dobry, wart polecenia komiks, szczególnie dla ludzi, którzy na wspomnienie Kapitana Ameryki kręcą z politowaniem głową, twierdząc, że jest to kiczowaty, pozbawiony charakteru bohater. Zimowy Żołnierz dowodzi nam czegoś zupełnie innego.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Supernatural po sezonie

Carry on my wayward son
There'll be peace when you are done
Lay your weary head to rest
Don't you cry no more
...




(Tekst może zawierać śladowe ilości spoilerów  z poprzednich sezonów serialu)


Po fatalnym  szóstym i kiepskim siódmym sezonie w końcu dostajemy coś godnego uwagi.
Ten sezon stanowi w pewien sposób "powrót do korzeni" po poprzednim, oraz ma całkiem ciekawy motyw przewodni - tłumaczenie Słowa Bożego celem zamknięcia na zawsze wrót piekieł, z demonami po tej cieplejszej stronie.

Jak już wspomniałem, dwa poprzednie sezony nie zachwyciły mnie specjalnie, dlatego też i do tego byłem nastawiony raczej sceptycznie, na szczęście zostałem pozytywnie zaskoczony.
Oczywiście to wciąż nie to samo, co pierwsze pięć lat przygód Winchesterów, które w przeciwieństwie do kolejnych, były zaplanowane.
Z roku na rok dowiadywaliśmy się coraz więcej, a wątki z poszczególnych sezonów płynnie się ze sobą przeplatały i szczerze mówiąc, nie miałbym nic przeciwko, jeśli seria skończyłaby się po pięciu latach (na tyle była chyba zresztą zaplanowana).
Niestety, przyszedł sezon 6, w którym jak na dłoni było widać, że twórcy nie wiedzą co dalej zrobić z serią. Wątki które pojawiły się w tym sezonie można by spokojnie rozbić na trzy, albo nawet cztery serie, a scenarzyści sami się w nich poplątali. Natomiast niespotykane do tej pory potwory, które nam zaserwowali, to na przykład wyglądające jak ludzie smoki i wchodzące do ucha robale przejmujące kontrolę nad człowiekiem.
Poznamy tutaj również paru samców alfa poszczególnych gatunków. Między innymi alfę Shapeshifterów. Tak, drodzy państwo, shapeshifterzy mają samca alfa, który w dodatku potrafi zmieniać wygląd w mgnieniu oka, nie tylko przybierając inną twarz, ale także zmieniając ubranie. Jakim cudem jego potomstwo zmienia wygląd w trwający chwilę, bolesny i zostawiający spory bałagan sposób? Tego nie wiemy, pewnie wdali się w matkę, czy coś.



Potem przyszedł sezon 7,  dzięki któremu dowiedziałem się, że lewiatanów było wiele i były one czarą breją, uczuloną na środek do czyszczenia podłóg.
Kiedyś Sam i Dean polowali na potwory przy użyciu broni palnej, zaklętych noży, czy drewnianych kołków. Jednak na co nam łowcy potworów, kiedy najgroźniejsze z nich wszystkich może pokonać Perfekcyjna Pani Domu?
Co więcej, sezon 7 pokazuje nam, że twórcy serialu nie mają najmniejszych problemów z uśmiercaniem jednych ważnych postaci, jednocześnie za żadne skarby nie mogąc pozbyć się innych, o dziwo tych, za którymi piszczą nastolatki.




Przejdźmy jednak do sezonu 8, a w nim: kolejny powrót Winchestera z zaświatów,  Crowley na należnym mu miejscu naczelnego badassa serialu, oraz  sposób na zamknięcie wrót piekieł i pozbycie się raz na zawsze demonów, co w zasadzie byłoby bardzo dobrym zakończeniem całego serialu, jednak tylko głupiec zarzyna kurę, która znosi złote jaja.
Pod koniec sezonu 7 Dean trafia do czyśćca, z którego wychodzi w pierwszym odcinku, zupełnie bez pomocy swojego brata, co wywołuje pewne braterskie spiny między nimi. Wyobrażam sobie jak co roku twórcy serialu zastanawiają się, co powinni zrobić w kolejnym sezonie, coś niezwykłego, coś czego do tej pory nie było, coś co zaskoczy widzów i w pewnym momencie, w trakcie wielkiej burzy muzgów ktoś mówi: "Niech Sam i Dean się pokłócą".
Oczywiście nie zabrakło też paru emo momentów Sama, w których twierdził, że nie chce już być łowcą, chciałby założyć rodzinę, zestarzeć się i umrzeć na zawał. Tego również bardzo mi brakowało przez te siedem lat.
Deanowi nie wystarczy jednak kłótnia z bratem, gdyż Castiel, trzeci obiekt westchnień żeńskiej, nastoletniej części widowni, wyraźnie coś kręci. Jak dla mnie nasz uroczy, nieprzystosowany do życia między ludźmi anioł, jest bardzo przekombinowaną postacią, a twórcy zamiast jakoś go "uspokoić" i skupić się przez pewien czas na innych bohaterach (tym bardziej, że w tym sezonie pojawiło się kilku nowych), jeszcze dorzucają do pieca, robiąc z gościa coraz bardziej absurdalną postać.



Skupmy się jednak na tym, co w tym sezonie było dobre, bo przecież napisałem, że mi się podobał.
Po pierwsze postacie drugo- i trzecioplanowe ze zrehabilitowanym wampirem Bennym na czele.
Benny zakumplował się mocno z Deanem, co bardzo nie podobało się bratu tego drugiego. Uwielbiam, kiedy bohaterowie zapominają o wydarzeniach z poprzednich sezonów, na przykład o wampirzycy, którą sami uratowali przed innym łowcą. Tak czy inaczej, Benny, jak na serial tego typu, to całkiem ciekawa postać, jak dla mnie byłby z niego dobry substytut Bobbiego, czy nawet Castiela, gdyby ten w końcu się zdecydował, czy odchodzi, czy nie. Niestety twórcy byli innego zdania.
Poza Bennym zobaczymy tutaj kilka postaci znanych z poprzednich sezonów: młodego proroka Kevina, zbzikowanego łowcę Martina, demonicę Meg i paru innych, o których w większości zdążyłem już zapomnieć, jednak miło od czasu, do czasu przekonać się, że nie wszyscy znajomi Sama i Deana trafili już na tamten świat.
Jednak to, co najbardziej podoba mi się w sezonie numer 8, to fakt, iż twórcy w końcu przemyśleli sobie dokąd ta seria ma podążać i zaczęli wpadać na dobre pomysły. Zdecydowali się również pokazać, co działo się w czyśćcu, oraz jak Dean z niego ucieka.
To miła odmiana, gdyż kiedy Dean był w piekle (facet zdecydowanie powinien zmienić biuro podróży), musieliśmy we wszystko uwierzyć mu na słowo, gdyż twórcy nie podjęli się pokazania nam, jak wygląda ta bardziej imprezowa część zaświatów.
W 8 sezonie uświadczymy kilka nowych potworów, z czego najciekawszym jest chyba gliniany golem,
 oraz poznamy kilka, dobrych i złych, tajnych stowarzyszeń, w tym nazistowskich czarnoksiężników. Motyw co prawda bardzo ograny, jednak pasujący jak ulał do serialu takiego jak Supernatural.



Końcówka sezonu jest zaskakująca i bardzo niespodziewana, chociaż szczerze mówiąc, lekko mnie zawiodła, gdyż praktycznie nic nie wynikło z trudów i cierpień, jakich w tym sezonie podjęli się Sam i Dean, oraz prorok Kevin. Z pewnością jednak zachęca do poczekania na kolejny sezon.

Ogólnie w tym sezonie dzieje się dużo i ciekawie. Chociaż niektóre przedstawione tu motywy niespecjalnie przypadły mi do gustu, to jednak w ogólnym rozrachunku sezon wypada pozytywnie. Mamy ciekawe wątki, kilku interesujących nowych, jak i starych bohaterów, umiarkowaną ilość "braterskich kłótni", oraz bardzo dużą zachętę do obejrzenia sezonu kolejnego. Jeśli ktoś, podobnie jak ja zraził się do serii dwoma poprzednimi sezonami, powinien dać braciom W jeszcze jedną szansę.

wtorek, 4 czerwca 2013

Nowy rycerz w nowym uniwersum

W 2011 roku DC Comics zdecydowało się na restart nieco już zagmatwanego uniwersum i rozpoczęcie od nowa aż 52 serii, co dało początek Nowemu DC, lub New 52, jak jest ono nazywane na zachodzie.
Nowe DC miało na celu głównie uwspółcześnienie historii zamaskowanych herosów, oraz przyciągnięcie do komiksów nowych czytelników, którzy teraz, bez żadnego problemu, mogą zagłębić się w historie bohaterów, nie znając ich przeszłości. 
Większość polskich fanów zaczęła swoją przygodę z Nowym DC od Trybunału Sów, pierwszego komiksu z odświeżonego uniwersum który ukazał się w Polsce. Ja zacząłem od innego albumu z Mrocznym Rycerzem w roli głównej - Batman: Oblicza Śmierci, autorstwa Tonego S. Daniela.


  
Okładka komiksu na pierwszy rzut oka prezentuje się nieźle - Batman stojący na tle Azylu Arkham, oraz głowa Jokera pośród porozrzucanych głów lalek na pierwszym planie.
Jednak jeśli przyjrzeć się jej dokładnie, ciężko nie zauważyć dwóch szczegółów w wyglądzie Batmana, które wywołały uśmiech na mojej twarzy. Peleryna Zamaskowanego Krzyżowca marszczy się i wygina w bardzo dziwny sposób, co zapewne miało przedstawić wiejący wiatr, ale wygląda po prostu nienaturalnie, co więcej Batman ma dziwny wyraz twarzy i nierówne oczy, przez co wygląda trochę jakby był zalany w trupa, jednak próbował trzymać fason. W końcu to Batman, nie powinien paradować pijany po Gotham. Oczywiście to zwykłe czepialstwo z mojej strony i zwykle nie rozwodzę się tyle nad okładkami, ale ta szczególnie przykuła moją uwagę.



Zostawmy jednak w spokoju okładkę i wejdźmy do środka, gdzie czeka na nas to co w Mrocznym Rycerzu najlepsze:
piękne kobiety, szaleni psychopaci, bezwzględni gangsterzy, duszny klimat skorumpowanego miasta, oraz sam On, w pojedynkę stawiający czoła wszystkiemu powyżej.
Komiks ma wielowątkową fabułę, która skupia się głównie na motywie tajemniczej ucieczki Jokera z Arkham, w czym pomógł mu niejaki Dollmaker.
Wielowątkowość niespecjalnie służy komiksowi, jednak kiedy czytelnikowi uda się już wszystko ogarnąć, czeka go bardzo ciekawa i w masochistyczny sposób przyjemna podróż do wyjątkowo mrocznego i brutalnego Gotham.
Poziom przemocy jest tutaj, nawet jak na Batmana, wyjątkowo wysoki.
Joker, mistrz zabijania bez żadnego powodu, ani wzoru, łączy siły z Dollmakerem, lubującym się w powolnym i wyrafinowanym zadawaniu bólu za pomocą skalpela. Autor prezentuje nam bardzo wiarygodne i interesujące postacie psychopatów, jak i ich ofiar, którym momentami będziemy bardzo mocno współczuć.
Poza Jokerem i Dollmakerem ujrzymy tutaj pokaźną część galerii łotrów: Pingwina w iście burtonowskim stylu, Catwoman, Hugo Strange'a, czy Snakeskina.
Wątki piętrzą się i przeplatają, a na dobrą sprawę, niewiele się wyjaśnia. Co prawda to dopiero pierwszy tom, ale mimo wszystko chciałbym odpowiedzi na trochę więcej pytań.
Nie wiemy jeszcze jaką rolę odegra w opowieści profesor Strange, ani, co najbardziej frustrujące, gdzie do cholery podziewa się Joker, oraz co knuje.
Zapewne odpowiedzi na przynajmniej niektóre z tych pytań dostaniemy w tomie kolejnym, ale kiedy uświadczymy go w Polsce, tego nie wiemy.
 

Bardzo przypadła mi do gustu kreska Daniela, jak i jego sposób rysowania postaci.
Bruce Wayne z twarzą uroczego, bogatego naiwniaka; "demoniczny" Pingwin kropka w kropkę przypominający tego z Powrotu Batmana; klasyczny Joker i Dollmaker o wyglądzie mordercy ze starych slasherów, w dodatku otoczony swoimi pozszywanymi "dziećmi". Do tego nieco odmłodzony, rudowłosy komisarz Gordon, oraz detektyw Bullock z miną człowieka przygniecionego ciężarem życia.
Autor dba o szczegóły i nie zapomina o tym, że tło to również istotna część obrazka.



Podsumowując, Batman: Oblicza Śmierci to komiks świetny pod względem graficznym i całkiem niezły, jeśli chodzi o sferę fabularną. Pełen ciekawych postaci i nieco przeładowany rozmaitymi wątkami. Zdecydowanie dobre wprowadzenie do nowego uniwersum.

sobota, 1 czerwca 2013

Doktor Who po sezonie

Nadszedł czerwiec, więc w telewizji nastał sezon na końcówki sezonów, a ponieważ seriali w telewizji dostatek, a niektóre z nich są nawet warte obejrzenia, popiszę trochę o serialach, gdyż nie mam czasu ani na pisanie, ani na oglądanie seriali.

Nie tak dawno temu, kiedy zakończony przed dwoma tygodniami sezon dopiero się zaczynał, napisałem nieco na temat Doktora Who.
Siódmy sezon nowych serii był dosyć nietypowy. Ciężko mi nawet powiedzieć, czy w dobrym, czy złym tego słowa znaczeniu, był po prostu pod wieloma względami inny. Miał kilka irytujących wad, jednak w zasadzie całość oglądało mi się dosyć przyjemnie.

Największym minusem tego sezonu jest nieco bezsensowne podzielenie go na dwie części, oddzielone od siebie odcinkiem świątecznym.
Do tej pory wszyscy towarzysze Doktora kiedy odchodzili, robili to pod koniec sezonu, ustępując miejsca komuś nowemu, kto zaczynał swoją przygodę z czasem i przestrzenią od pierwszego odcinka sezonu kolejnego. Tym razem jednak twórcy nie potrafili rozstać się z małżeństwem Pondów, wysyłając ich na zasłużoną emeryturę dopiero w połowie sezonu siódmego, dopiero po tym zastępując ich Clarą Oswin Oswald, graną przez Jennę Louise Coleman.
W efekcie dostajemy dwa odrębne "minisezony", na czym cierpi szczególnie druga część. Clara podróżuje z Doktorem zdecydowanie za krótko, abym mógł uznać ją za tak ważną postać, jaką próbują uczynić z niej twórcy. Jednak samej postaci nie mam nic do zarzucenia. Podoba mi się, że twórcy w końcu się zreflektowali i jedenaste wcielenie Doktora dostaje towarzyszki, które zabiera ze sobą z jakichś konkretniejszych powodów niż "spotkałem cię, pomogłaś mi, jesteś ładna", jak to miało miejsce w przypadku towarzyszek dwóch poprzednich wcieleń.




Na plus przemawia to, że niektóre historie przedstawione w pojedynczych odcinkach, to jedne z lepszych odcinków tego serialu jakie widziałem. Zaczynamy ostro, odcinkiem Asylum of  the Daleks, gdzie najniebezpieczniejsze solniczki wszechświata proszą swoje nemezis, Doktora, o pomoc, której on, pod przymusem, udziela. Tutaj też pierwszy raz ujrzymy Jennę Louise Colman, jeszcze nie w postaci Clary Oswald (przynajmniej nie do końca).
Każda aktorka grająca towarzyszkę, pojawiała się w serialu przed swoją "kadencją", zazwyczaj grając kogoś innego (wyjątkiem była oczywiście Rose, która pojawiała się od początku nowych serii). Z panną Coleman nie mogło więc być inaczej, jednak w tym przypadku nie jest to tylko gościnny występ i ma w późniejszych odcinkach spore znaczenie.



Odcinki z Pondami, szczególnie pierwsze trzy, bardzo mi się spodobały. Oprócz potrzebujących pomocy Daleków, scenarzyści zaserwowali nam tutaj dwie najlepsze rzeczy w historii: dinozaury (w dodatku na statku kosmicznym, co jest już chyba nie do przebicia), oraz dziki zachód.
Jednak końcówka "sezonu Pondów" zupełnie nie przypadła mi do gustu. Wyjaśnienie dlaczego Amy i Rory znikają z serialu jest, delikatnie mówiąc, lekko bezsensowne.  Wygląda trochę tak, jakby twórcy nie mieli dobrych pomysłów na "łzawe" zakończenie, mi jednak w tym przypadku nie przeszkadzałby nawet iście disneyowski happy end, w końcu Pondowie już swoje przeszli przez te dwa i pół sezonu.



Co do odcinków z Clarą, mamy tutaj trochę przeciętnych, trochę dobrych i jeden naprawdę świetny odcinek. Do tego nowy wystrój wnętrza TARDIS, korespondujący nieco z wyglądem Seksownej z klasycznych serii, oraz nowe intro, również bardziej przypominające te z lat osiemdziesiątych.
Clara jako towarzyszka spisuje się całkiem nieźle, da się lubić jako postać, oraz  ma ciekawą, owianą tajemnicą historię, którą Doktor próbuje odkryć.
Lekkim zawodem był tutaj odcinek Cold War, zapowiadany jako wieli powrót lodowych wojowników, przeciwników Doktora jeszcze z czasów jego drugiego wcielenia. Odcinek był jednym z nudniejszych tego sezonu, a sam hucznie otrąbiony "powrót" lodowych wojowników był czymś o wiele mniejszym, niż oczekiwałem. Całkiem możliwe jednak, że ujrzymy jeszcze odzianych w zbroje Marsjan w kolejnym sezonie. Zawodzi również końcówka. Sam pomysł jest całkiem ciekawy, jednak twórcy poświęcili stanowczo za mało czasu na rozwinięcie fabuły, a i sam ostatni odcinek jest zdecydowanie za krótki. Mógłby zostać podzielony na dwie części, lub chociaż przedłużony o 20 minut, tak jak odcinki specjalne.
Z drugiej jednak strony, mamy tutaj również bardzo dobre odcinki, takie jak Journey to the center of the TARDIS, czy Rings of Akhaten. Ten ostatni jest zdecydowanie moim ulubionym odcinkiem z tego sezonu. Mamy tutaj ciekawą, bezpretensjonalną fabułę, świetną scenerię, oraz monolog Doktora, w którym Matt Smith wspina się na wyżyny swojego aktorskiego talentu. Scena, która zawiera w sobie dwie najbardziej znienawidzone przeze mnie rzeczy - małą, śpiewającą dziewczynkę, oraz płaczącego Doktora - stała się moimi ulubionymi czterema minutami całego siódmego sezonu.



Teraz musimy czekać aż do 23 listopada, a czekać jest na co, gdyż tego dnia uraczymy w końcu długo oczekiwanej pięćdziesiątej rocznicy Doktora Who. Zgodnie z tradycją, w rocznicowych odcinkach zawsze pojawiają się wszystkie poprzednie wcielenia Doktora. Tym razem zapowiedziany jest jedynie powrót dziesiątego wcielenia Doktora, granego przez Davida Tennanta, jednak ostatni odcinek tego sezonu może sugerować, iż pozostałe wcielenia najstarszego podróżnika w czasie również w jakiś sposób pojawią się w rocznicowym odcinku.
Cóż, pozostaje nam tylko liczyć, iż twórcy nas nie zawiodą.