Nie tak dawno temu, kiedy zakończony przed dwoma tygodniami sezon dopiero się zaczynał, napisałem nieco na temat Doktora Who.
Siódmy sezon nowych serii był dosyć nietypowy. Ciężko mi nawet powiedzieć, czy w dobrym, czy złym tego słowa znaczeniu, był po prostu pod wieloma względami inny. Miał kilka irytujących wad, jednak w zasadzie całość oglądało mi się dosyć przyjemnie.
Największym minusem tego sezonu jest nieco bezsensowne podzielenie go na dwie części, oddzielone od siebie odcinkiem świątecznym.
Do tej pory wszyscy towarzysze Doktora kiedy odchodzili, robili to pod koniec sezonu, ustępując miejsca komuś nowemu, kto zaczynał swoją przygodę z czasem i przestrzenią od pierwszego odcinka sezonu kolejnego. Tym razem jednak twórcy nie potrafili rozstać się z małżeństwem Pondów, wysyłając ich na zasłużoną emeryturę dopiero w połowie sezonu siódmego, dopiero po tym zastępując ich Clarą Oswin Oswald, graną przez Jennę Louise Coleman.
W efekcie dostajemy dwa odrębne "minisezony", na czym cierpi szczególnie druga część. Clara podróżuje z Doktorem zdecydowanie za krótko, abym mógł uznać ją za tak ważną postać, jaką próbują uczynić z niej twórcy. Jednak samej postaci nie mam nic do zarzucenia. Podoba mi się, że twórcy w końcu się zreflektowali i jedenaste wcielenie Doktora dostaje towarzyszki, które zabiera ze sobą z jakichś konkretniejszych powodów niż "spotkałem cię, pomogłaś mi, jesteś ładna", jak to miało miejsce w przypadku towarzyszek dwóch poprzednich wcieleń.
Na plus przemawia to, że niektóre historie przedstawione w pojedynczych odcinkach, to jedne z lepszych odcinków tego serialu jakie widziałem. Zaczynamy ostro, odcinkiem Asylum of the Daleks, gdzie najniebezpieczniejsze solniczki wszechświata proszą swoje nemezis, Doktora, o pomoc, której on, pod przymusem, udziela. Tutaj też pierwszy raz ujrzymy Jennę Louise Colman, jeszcze nie w postaci Clary Oswald (przynajmniej nie do końca).
Każda aktorka grająca towarzyszkę, pojawiała się w serialu przed swoją "kadencją", zazwyczaj grając kogoś innego (wyjątkiem była oczywiście Rose, która pojawiała się od początku nowych serii). Z panną Coleman nie mogło więc być inaczej, jednak w tym przypadku nie jest to tylko gościnny występ i ma w późniejszych odcinkach spore znaczenie.
Odcinki z Pondami, szczególnie pierwsze trzy, bardzo mi się spodobały. Oprócz potrzebujących pomocy Daleków, scenarzyści zaserwowali nam tutaj dwie najlepsze rzeczy w historii: dinozaury (w dodatku na statku kosmicznym, co jest już chyba nie do przebicia), oraz dziki zachód.
Jednak końcówka "sezonu Pondów" zupełnie nie przypadła mi do gustu. Wyjaśnienie dlaczego Amy i Rory znikają z serialu jest, delikatnie mówiąc, lekko bezsensowne. Wygląda trochę tak, jakby twórcy nie mieli dobrych pomysłów na "łzawe" zakończenie, mi jednak w tym przypadku nie przeszkadzałby nawet iście disneyowski happy end, w końcu Pondowie już swoje przeszli przez te dwa i pół sezonu.
Co do odcinków z Clarą, mamy tutaj trochę przeciętnych, trochę dobrych i jeden naprawdę świetny odcinek. Do tego nowy wystrój wnętrza TARDIS, korespondujący nieco z wyglądem Seksownej z klasycznych serii, oraz nowe intro, również bardziej przypominające te z lat osiemdziesiątych.
Clara jako towarzyszka spisuje się całkiem nieźle, da się lubić jako postać, oraz ma ciekawą, owianą tajemnicą historię, którą Doktor próbuje odkryć.
Lekkim zawodem był tutaj odcinek Cold War, zapowiadany jako wieli powrót lodowych wojowników, przeciwników Doktora jeszcze z czasów jego drugiego wcielenia. Odcinek był jednym z nudniejszych tego sezonu, a sam hucznie otrąbiony "powrót" lodowych wojowników był czymś o wiele mniejszym, niż oczekiwałem. Całkiem możliwe jednak, że ujrzymy jeszcze odzianych w zbroje Marsjan w kolejnym sezonie. Zawodzi również końcówka. Sam pomysł jest całkiem ciekawy, jednak twórcy poświęcili stanowczo za mało czasu na rozwinięcie fabuły, a i sam ostatni odcinek jest zdecydowanie za krótki. Mógłby zostać podzielony na dwie części, lub chociaż przedłużony o 20 minut, tak jak odcinki specjalne.
Z drugiej jednak strony, mamy tutaj również bardzo dobre odcinki, takie jak Journey to the center of the TARDIS, czy Rings of Akhaten. Ten ostatni jest zdecydowanie moim ulubionym odcinkiem z tego sezonu. Mamy tutaj ciekawą, bezpretensjonalną fabułę, świetną scenerię, oraz monolog Doktora, w którym Matt Smith wspina się na wyżyny swojego aktorskiego talentu. Scena, która zawiera w sobie dwie najbardziej znienawidzone przeze mnie rzeczy - małą, śpiewającą dziewczynkę, oraz płaczącego Doktora - stała się moimi ulubionymi czterema minutami całego siódmego sezonu.
Teraz musimy czekać aż do 23 listopada, a czekać jest na co, gdyż tego dnia uraczymy w końcu długo oczekiwanej pięćdziesiątej rocznicy Doktora Who. Zgodnie z tradycją, w rocznicowych odcinkach zawsze pojawiają się wszystkie poprzednie wcielenia Doktora. Tym razem zapowiedziany jest jedynie powrót dziesiątego wcielenia Doktora, granego przez Davida Tennanta, jednak ostatni odcinek tego sezonu może sugerować, iż pozostałe wcielenia najstarszego podróżnika w czasie również w jakiś sposób pojawią się w rocznicowym odcinku.
Cóż, pozostaje nam tylko liczyć, iż twórcy nas nie zawiodą.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz