sobota, 23 czerwca 2012

Wizjoner w okularach ślepca

Charyzma, talent muzyczny, wyobraźnia i odrobina szaleństwa - tyle potrzeba aby zebrać tysięczną armię żołnierzy gotowych podbić świat w twoim imieniu.






Dowiódł tego Doktor Phineas Waldolf Steel, ekscentryczny, amerykański muzyk, grający (według last.fm) muzykę steampunk, goth i rivethead scenes (cokolwiek to ostatnie by nie znaczyło). Dr Steel nie zrobił światowej kariery, mimo to, moim zdaniem, zasługuje na uznanie, nie ze względu na liczbę fanów, ale na sposób ich oddania swojemu idolowi.
Najpierw jednak słów kilka o samym Doktorze. Kiedy pierwszy raz spotkałem się z jego twórczością, sama muzyka nie przypadła mi specjalnie do gustu, moją uwagę przykuły jednak trzy rzeczy.  W pierwszej kolejności wygląd: łysa głowa, bródka w szpic, ciemne okulary bez których nie pokazał się ani razu, garnitur w stylu okołowiktoriańskim, często wzbogacony o cylinder, lub zastąpiony gumowym kitlem laboratoryjnym.
Doktor Steel to postać, której nie da się nie lubić. Sam siebie nazywa przyszłym władcą świata (ma już nawet armię, która ma mu pomóc ten świat podbić, ale o tym później). Historia przeobrażenia się prostego zabawkarza w przyszłego cesarza Ziemi jest na tyle ciekawa, że nie będę psuł moim nielicznym czytelnikom frajdy z odkrywania jej poprzez zapoznawanie się z twórczością Steela czy oglądanie wywiadów z nim, tym bardziej, że o samym Doktorze w Internecie napisano już bardzo dużo. Chciałem skupić się raczej efektach jego twórczości.






Mimo widocznie żartobliwego podejścia do wykreowanej przez siebie postaci, w wywiadach, a rzadziej także w swoich piosenkach, Doktor Steel często porusza całkiem poważne kwestie. Szydzi sobie (lub czasem otwarcie krytykuje) ze współczesnego konsumpcyjnego społeczeństwa, władzy czy manipulujących ludźmi mediów, jednocześnie namawia do samodzielnego myślenia, kreatywności i szerzenia ogólno pojętego szczęścia.  W jednym z wywiadów mówił, że marzy mu się świat, w którym wszyscy ludzie mimo licznych różnic dążą w zgodzie do jednego celu - osiągnięcia szczęścia.
Oczywiście wszyscy zdajemy sobie sprawę, że taka utopia, chociaż bardzo piękna, jest na dzień dzisiejszy niemożliwa do osiągnięcia. Jednak nie od razu Rzym zbudowano, dlatego fani Doktora Steela postanowili położyć pierwszą cegłę pod utopijne Koloseum. Zakładając "armię" zwaną "Zabawkowymi Żołnierzami" wprowadzają w życie słowa Doktora Steela, szerząc jego "propagandę", oraz, tak jak to sobie wymarzył, dążąc wspólnie, mimo licznych różnic, do jednego celu. Na razie w nieco mniejszym, choć stopniowo rosnącym gronie.
Jednak Doktor Steel to tak naprawdę żaden prorok czy wizjoner, a po prostu zwykły showman, i chociaż nigdy nie wychodzi z roli, nie ulega wątpliwości, że mamy do czynienia z wymyśloną postacią, wykreowaną i zagraną znakomicie, jednak cały czas fikcyjną. Wielu jego fanów o tym zapomniało i zaczęło podchodzić zbyt poważnie do jego słów.








Prawdopodobnie to było powodem oświadczenia przez Gwiazdora w sierpniu zeszłego roku końca kariery. Doktor Steel zniknął, pozostawił po sobie jednak dużo dobrej muzyki oraz armię Zabawkowych Żołnierzy, którzy dalej rozsiewają propagandę Phineasa Waldolfa Steela.

Postać Doktora Steela budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony zdaję sobie sprawę, że to postać fikcyjna stworzona w celach czysto rozrywkowych, jednak złapałem się na tym, że kilka razy słysząc jego słowa przyznałem "dobrze gada" i miałem ochotę zabrać się za budowę utopijnego placu zabaw, zarejestrowałem się nawet jako Zabawkowy Żołnierz, chociaż raczej się nie udzielam, w kategorii szerzenia wesołości i budowania utopii uznaję siebie raczej za jednoosobową armię w stylu Johna Rambo. Może kiedyś uda mi się odkryć sposób na pranie mózgów za pomocą bloga i zajmę miejsce Doktora Steela, jednak na razie pozostaje mi tylko dalej szerzyć propagandę i dostawiać swoje cegiełki do budowy utopijnego placu zabaw.
















piątek, 8 czerwca 2012

To ptak! To samolot! Nie, to jednak ptak...




Polska jest już członkiem takich organizacji jak ONZ, NATO czy Unia Europejska, najwyższy czas na zdobycie członkostwa w Lidze Sprawiedliwych.
Czytając poprzedni wpis Mephale przypomniałem sobie, że jestem w posiadaniu dwóch zeszytów komiksu o pierwszym polskim super bohaterze z prawdziwego zdarzenia. Biały Orzeł, bo tak się nazywa nasz rodzimy superheros, jest dziełem braci Macieja i Adama Kimołków, którzy moim zdaniem odwalili kawał dobrej roboty, ale zacznijmy od początku. Pierwsze co od razu rzuca się w oczy to przystępna cena i dobre wydanie. za 10,99 dostajemy komiks w usztywnionej okładce, wydany w kolorze na dobrym, kredowym papierze. Obrazki są ładne i czytelne, aczkolwiek twarze postaci pozostawiają nieco do życzenia, miejscami dostrzeżemy braki w tłach, a czasem pojawiają się lekkie zachwiania proporcji, należy jednak pamiętać, że to debiut polskich twórców i mieć nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej.
Historię głównego bohatera poznajemy na dwóch, przeplatających się ze sobą płaszczyznach. Widzimy Białego Orła włamującego się do wieżowca korporacji TechCorp z którego próbuje ukraść tajemniczą surowicę, od czasu, do czasu mamy do czynienia z retrospekcjami, które prezentują nam drogę jaką przebył Aleks Poniatowski zanim został Białym Orłem. Dowiadujemy się, że główny bohater był prezesem TechCorp, cudem przeżył upadek z piętnastego piętra wieżowca, jednak przez trzy lata pozostawał w śpiączce. Kiedy się obudził był sparaliżowany od pasa w dół, oraz dowiedział się, że jego żona zniknęła. Nowym prezesem korporacji został Wiktor Ross, dawniej najlepszy przyjaciel Aleksa. Główny bohater przedstawia nam Wiktora jako chciwego cwaniaka. Ojciec Wiktora wykorzystuje opracowaną w TechCorp surowicę, aby pomóc synowi dojść do zdrowia. Surowica nie tylko leczy Aleksa z paraliżu, ale daje mu również nadludzką wytrzymałość. Po zakończeniu leczenia ojciec Aleksa znika w tajemniczych okolicznościach. Już jako Biały Orzeł, Aleks postanawia odnaleźć swojego ojca i żonę, oraz dowiedzieć się co knuje Wiktor Ross.
Historia Białego Orła nie jest niczym nadzwyczajnym. Podobne widzieliśmy zarówno w komiksach DC, jak i Marvela, jednak bracia Kimołkowie prezentują nam ten banał w bardzo przystępny sposób, odpowiednio przedstawiając poszczególne informacje i dawkując napięcie, poza tym, muszę przyznać, że miło zobaczyć mięśniaka w trykocie na tle Pałacu Kultury i Nauki, zamiast Empire State Building. Biały Orzeł nie jest jednak samotnym mścicielem, w jego misjach pomaga mu młody geniusz komputerowy zwany Hudini, a w drugim tomie pojawił się inny bohater, zwany Wyklętym Rycerzem Polskim. Kto wie, może niebawem u boku Białego Orła staną kolejni herosi i na kartach komiksu ujrzymy dzielnego Mazurka Dąbrowskiego, albo piękną, ale i niebezpieczną Bogurodzicę. A tak na serio, mam nadzieję, że kreując kolejne postacie, twórcy zejdą nieco z tonu pompatycznego patriotyzmu. Biały Orzeł jest w porządku, Rycerz Polski to już lekka przesada, ale akceptowalna, jednak brnięcie dalej w tym kierunku nie wyjdzie komiksowi na dobre. Tak, czy inaczej liczę, że twórcy postanowią z czasem rozbudować uniwersum i obok Białego Orła staną herosi mogący konkurować z the Avengers, czy Ligą Sprawiedliwych.