czwartek, 21 listopada 2013

Wielka Kolekcja #24: Ultimates


Ultimates
Marka Millara i Bryana Hitcha to odświeżona i nieco unowocześniona wersja przygód popularnej drużyny Mścicieli, którzy ostatnio podbijają serca fanów filmowych adaptacji komiksów Marvela.
Historia komiksu została osadzona, jak sama nazwa wskazuje, w uniwersum Ultimate, które w założeniu miało być bardziej wiarygodnym, urealnionym odbiciem świata komiksów Marvela. 
Przedstawiona w albumie historia kręci się wokół powstania tytułowej drużyny, będącej wariacją na temat Avengers.


Trzeba przyznać, że Mark Millar faktycznie bardzo mocno skupił się na kreowaniu wiarygodnych, wielowymiarowych postaci, na czym jednak ucierpiała nieco sfera fabularna, to znaczy, bohaterowie są w tym komiksie dużo ciekawsi, niż ich przygody.
Nie zrozumcie mnie źle, kreowanie wizerunków postaci i relacji między nimi jest ważne, szczególnie w przypadku drużyn jak zaprezentowani tutaj Ultimates. Jednak przez większość czasu miałem wrażenie, jakbym oglądał operę mydlaną, zamiast czytać komiks o przygodach superherosów.
Perypetie małżeńskie Wasp i Giant Mana naprawdę nie wydają mi się na tyle ważne, aby poświęcać im niemal cały zeszyt, a przecież inni bohaterowie nie mogą być traktowani gorzej, więc każdy z nich ma jakąś swoją małżeńską rozterkę, zawodową porażkę, lub nieuleczalną chorobę. Ponownie, nie uważam, że to źle, jednak zabrakło tutaj miejsca na przygody i tradycyjną, komiksową "walkę ze złem".
Zdaje się, że w pewnym momencie nawet Bruce Banner to zauważa i postanawia poszaleć trochę jako Hulk, aby dać swoim kolegom szansę na oderwanie się od nudnej codzienności.
Jednak może przesadzam, gdyż historia z tego tomu będzie jeszcze kontynuowana i może powinienem dać jej kredyt zaufania. Może Mark Millar nie spieszył się z fabułą, aby wykreować ciekawe postacie i dopiero później wrzucić je w wir ciekawych wydarzeń. Jednak ja mogę recenzować tylko to co mam w ręku, a mam tylko pierwszy tom.

Graficznie jest natomiast całkiem nieźle. Postacie zostały dopieszczone również pod tym względem i nie mam do nich większych zastrzeżeń. O ile pamięć mnie nie myli, to właśnie w tym komiksie po raz pierwszy wprowadzono czarnoskórego Nicka Furyego, który nawet żartuje, że w ewentualnej ekranizacji powinien go zagrać Samuel L. Jackson.  Koncepcje postaci zaproponowane przez Hitcha bardzo przypadły mi do gustu, może poza Thorem, którego młot bardziej przypomina topór, a sam książę Asgardu, wygląda jak przystojny osiłek z filmów z lat osiemdziesiątych. Do rysunków Hitcha w ogóle ciężko się przyczepić, piękne krajobrazy, sceny walki, panorama miasta, wszystko wygląda tak, jak powinno, chociaż może nie zapiera tchu w piersiach.

Szczerze mówiąc, Ultimates nie zrobił nam nie takiego wrażenia jakiego się spodziewałem. Komiks jest ciekawy, wielowątkowy i rozbudowany, a Mark Millar wykreował grupę naprawdę wiarygodnych postaci. Jednak przy tym jest strasznie przegadany i zbyt "spokojny" jak na standardy Avengers. Mam nadzieję, że drugi tom, który zagości na sklepowych półkach w bliżej nieokreślonej przyszłości, zmieni moje nastawienie do tego komiksu, tymczasem jednak pozostał lekki niedosyt.

środa, 6 listopada 2013

Mały chłopiec na dużym ekranie

Gra Endera to film na który czekałem z wielkim zaciekawieniem, ale również pełen  obaw. W końcu tak wiele filmów ostatnio zawiodło, a arcydzieło Orsona Scotta Carda to jednak niełatwy materiał do zekranizowania.
Historia kilkuletniego geniusza mającego niezależnie od swej woli uratować ludzkość przed ponowną inwazją z kosmosu - tak, twórcy zdecydowanie mieli twardy orzech do zgryzienia.



Szczerze mówiąc, bałem się, że  Gra Endera będzie kolejnym ładnym i efekciarskim hiciorem, w którym fabuła będzie jedynie pretekstem do pokazania widowiskowych ujęć. Zostałem jednak pozytywnie zaskoczony. Film faktycznie jest bardzo ładny i wizualnie robi wielkie wrażenie, jednak nie uświadczymy tutaj przerostu formy nad treścią. Mimo świetnych efektów specjalnych, film - podobnie jak książka - cały czas pozostaje historią genialnego chłopca, wykorzystywanego i poddawanego niesamowicie trudnym próbom, torturowanego psychicznie, aby mógł ocalić świat, dla której realia science-fiction stanowią jedynie tło.
Świetnie wypadają również aktorzy, Harison Ford był świetnym wyborem do roli pułkownika Graffa, rola Bena Kingsleya wydawała mi się nieco zbyt okrojona, chociaż on sam wypadł dobrze w roli Mazera Rackhama, a grający Endera, Asa Buttefrield, oraz jego małoletni koledzy spisali się dużo lepiej niż można by się spodziewać po aktorach w tym wieku.



Ciężko stwierdzić, czy Gra Endera to ekranizacja, czy adaptacja. Film pomija niektóre wątki poboczne książki, jednak główna oś fabularna przedstawiona jest raczej wiernie, chociaż sprawia wrażenie opowiedzianej zbyt szybko. Film jest zdecydowanie za krótki i to jego główna wada. Oczywiście  nie mówię, że Gavin Hood powinien z robić z Gry Endera trzy niedorzecznie długie filmy, tak jak robi to Peter Jackson z Hobbitem, jednak  półtorej godziny to zdecydowanie za mało na opowiedzenie historii z książki Orsona Scotta Carda. 
Mimo wszystko było to wyjątkowo przyjemne półtorej godziny i wyszedłem z kinowej sali bardzo zadowolony, chociaż nie jestem pewien, czy ludzie którzy nie czytali książki mogą powiedzieć to samo.


Widziałem już jak fani książki wylewają żółć na ten film, jednak należy zrozumieć, że literatura i kino rządzą się różnymi prawami i na dobrą sprawę zekranizowanie książki słowo w słowo nie byłoby dobrym pomysłem. Oczywiście wiele rzeczy można było zrobić lepiej, jednak mimo to polecam film wszystkim tym, którzy lubią książkowy pierwowzór. Jeśli ktoś nie czytał książki, raczej powinien się z nią zapoznać przed pójściem do kina, w żadnym wypadku nie odwrotnie.