poniedziałek, 23 lipca 2012

W poprzednich odcinkach

 (Tutaj miała się pojawić recenzja "Prometeusza", niestety jak się okazuje bilety do kina nie są refundowane, więc i filmy muszę starannie wybierać.)









Premiera nowego filmu o Spider-Manie za nami, natomiast ja z niecierpliwością wyczekuję kolejnego Batmana. Zanim Chris Nolan uraczy nas kolejną częścią przygód Zamaskowanego Krzyżowca, przyjrzyjmy się bliżej jego poprzednim filmom o tym bohaterze.
„Batman:Początek” i „Mroczny Rycerz” to filmy bardzo wysoko oceniane zarówno przez widzów, jak i krytyków. Serwują nam oryginalne spojrzenie na historię komiksowego bohatera, przedstawiając ją w bardziej realistyczny sposób. Chociaż w przypadku Batmana zdecydowanie wolę animacje (jak "Under the Red Hood", czy "Return of the Joker" już z Terrym McGinnisem ukrytym pod maską), filmy Nolana bardzo lubię. Postacie są  dobrze napisane(w większości), oraz widać, że Nolan pieczołowicie dobrał aktorów. Szczególnie przypadli mi do gustu Michael Caine jako Alfred i Liam Nesson jako Henri Ducard. Chris Nolan "urealniając" swoje filmy w ciekawy sposób sprowadził cechy komiksowych bohaterów do roli symbolu, jak nieśmiertelność Ras Al'Ghula, którego nie da się zabić, gdyż podstawia na swoje miejsce udających go zabójców z Ligi Cieni, oraz wieczny uśmiech i biała twarz Jokera zastąpione przez blizny i makijaż. Filmy Nolana są mroczne i przytłaczające, obraz brudnego, zdegenerowanego Gotham City robi niemałe wrażenie, nie wspominając już o scenach walki, czy efektach specjalnych.
Jednak mimo całej tej epickości jest w filmach Nolana kilka rzeczy, do których mógłbym się przyczepić.
Po pierwsze główny bohater. Christian Bale jako Bruce Wayne moim zdaniem spisał się wyśmienicie, jednak postać którą odegrał nie wzbudza we mnie takiej sympatii, jak np. Michael Keaton  z filmów Burtona, Bruce z Batman The Animated Series, czy większość jego komiksowych wersji. Tak jak Batman ratował Gotham przed oprychami i superprzestępcami, tak Bruce Wayne walczył z bezprawiem w mniej bezpośredni sposób,  oraz pomagał miastu na inne sposoby np. zakładając liczne fundacje itp. Natomiast w filmach Nolana, Bruce Wayne to bogaty playboy, który dla zabawy kupuje hotele i zabiera rosyjskie tancerki na drogie rejsy. Zdaję sobie sprawę z tego,  że to tylko przykrywka, dzięki której nikt nigdy nie skojarzy Wayna z Batmanem, jednak zdecydowanie wolę ten starszy obraz spokojniejszego Bruca.
Samego Batmana zaś zabiła dla mnie jedna scena, a konkretnie jedno zdanie wypowiedziane przez bohatera. Kiedy wraz z Ras Al'Ghulem jadą rozpędzonym pociągiem, dojeżdżając do zerwanego mostu Batman mówi „Nie zabiję cię, ale nie muszę cię ratować”. Cóż, dla Batmana którego znam z kreskówek i komiksów zabicie i nie uratowanie to praktycznie to samo. Wiele razy ratował Jokera, chociaż również wcale nie musiał, a zdawał sobie sprawę z tego, że jego śmierć byłaby wielką ulgą nie tylko dla niego, ale dla całego Gotham. Dlatego uważam, że nie powinien pozwolić Rasowi spaść razem z pociągiem.
Drażni mnie również to jak niesprawiedliwie Chris Nolan potraktował Dwie-Twarze. Jest to jeden z tych przeciwników mających duże znaczenie dla świata Mrocznego Rycerza, jak i dla niego samego. Tak jak Joker, będący dokładnym przeciwieństwem Batmana, Pingwin będący przeciwieństwem Bruca Wayna, czy Ras Al'Ghul mający w gruncie rzeczy taki sam cel jak Batman, jednak nie przebierający tak bardzo w środkach jak Zamaskowany Krzyżowiec. Harvey Dent, to Prokurator Okręgowy Gotham, oraz przyjaciel z dzieciństwa Bruca. Jego zapał do walki z przestępczością dorównuje, albo i przewyższa zapał Batmana. W wyniku serii nieszczęść staje się jednak przestępcą. To obrazuje, że kogoś takiego jak Dent, czy Batman od zostania przestępcą dzieli bardzo cienka linia (o czym pan prokurator w filmie Nolana sam wspomina), oraz pokazuje nam jak silny musi być bohater, nie przekraczając tej linii. Natomiast w „Mrocznym Rycerzu” Harvey Dent nawet nie ma czasu na to, aby zostać przestępcą. Owszem, w akcie frustracji po utracie narzeczonej próbuje ukarać wszystkich którzy byli w to w jakiś sposób zamieszani, ale na tym koniec. Sam Dwie-Twarze już jako „ten zły” pojawia się na ekranie może przez jakieś dwadzieścia minut. Uważam, że postać tego formatu zasługuje na coś więcej, najlepiej na cały film z nim w roli głównego przeciwnika Batmana.









 To wszystkie większe wady filmów Nolana jakie przychodzą mi do głowy. Nie ma się jednak czym martwić, gdyż pozostałe ekranizacje historii o Batmanie również są pełne podobnych błędów (że o sutkach Clooneya w „Batman i Robin” nie wspomnę), a tutaj ciekawa historia, mroczny klimat, widowiskowe sceny i gadżety Batmana z Tumblerem jeżdżącym po dachach na czele, w pełni zrekompensują nam wszelkie niedociągnięcia.
Pierwsze dwa filmy Nolana mimo wszystko nie zawiodły mnie, dlatego z trzecim również wiążę spore nadzieje. Tymczasem zabieram się za czytanie serii Knightfall, gdyż słyszałem, że film sporo z niej czerpie. Przekonamy się o tym już w piątek. Do tego czasu pozostaje mi tylko czekać niecierpliwie i oglądać trailery.

sobota, 21 lipca 2012

Zagubione w czasie: Original War


(Meph wyjechała na wakacje, więc może uda mi się przynajmniej częściowo dogonić ją w liczbie notek.)




Jakiś czas temu postanowiłem napisać serię notek o starych grach komputerowych, które zostały już zapomniane, lub od początku nie cieszyły się wielką popularnością, a moim zdaniem zasługują na uznanie. Serię zacznę od mojej ulubionej, obok Warcraft III, gry strategicznej - Original War, wydanej w roku 2001 przez studio Virgin Interactive. 



Original War to gra ciekawa z wielu powodów. Już sama historia gry, chociaż na początku może wydawać się nieco głupkowata, jest całkiem wciągająca i przede wszystkim nietypowa. Gra prezentuje nam obraz wojny między Ameryką i ZSRR toczącą się dwa miliony lat temu na terenie obecnej Alaski i Syberii.
Pytania "jak?" i "dlaczego?" same cisną się na usta, już spieszę z wyjaśnianiem. Otóż w trakcie pierwszej wojny Światowej na terenie Syberii niejaki pułkownik Emerson odkrywa tajemnicze, bardzo stare urządzenie. Urządzenie nazwane EON zostaje przetransportowane do USA i tam, po niespełna dziewięciu dekadach amerykańscy naukowcy odkrywają, że mają przed sobą najprawdziwszy wehikuł czasu. Niestety nie jest to ni TARDIS ni DeLorean, więc i jego funkcje są dosyć ograniczone. Jak się okazuje EON potrafi jedynie cofać w czasie, w dodatku tylko o około 2 miliony lat, co więcej bez możliwości powrotu. Nikt normalny nie wyruszyłby w taką wycieczkę bez dobrego powodu. Na szczęście Amerykanie odkrywają bardzo potężny surowiec na terenie Syberii i siląc się na oryginalność (pewnie stąd nazwa gry) nazywają go syberytem. A ponieważ w Rosji od pewnego czasu, przynajmniej oficjalnie panuje demokracja, zamiast wypowiadać Rosjanom wojnę, rząd amerykański wykazując się sprytem postanawia wysłać część swoich żołnierzy do czasów kiedy Syberia i Alaska były połączone i najzwyczajniej w świecie przenieść Syberyt na Alaskę.
Wszystko wskazuje na to, że im się udało, gdyż w równoległej wersji teraźniejszości radzieccy uczeni na terenie Alaski (trochę mnie zastanawia czemu Amerykanie odkrywają surowce na Syberii, a Rosjanie na Alasce) odkrywają surowiec zwany Alaskitem, oraz urządzenie, które nazywaja Czasoprzestrzennym Aparatem (w skrócie CZAPA). Rosjanie dochodzą do wniosku, że zostali przez złych kapitalistów okradzeni (i w gruncie rzeczy mają rację), więc wysyłają swoich żołnierzy, aby odzyskać to co radzieckie.



Mamy więc już fabularne podstawy gry. Original War, jak już można się domyślić oferuje nam dwie kampanie. Każda z nich zawiera po piętnaście misji, a przy dziesiątej dostajemy możliwość dołączenia do Przymierza, co daje nam dodatkowych pięć zadań. W sumie mamy więc 35 misji w dwóch kampaniach. To całkiem sporo, co więcej w większości z nich poza celem głównym, mamy oczywiście również cele poboczne, za które zdobywamy medale (po 3 w każdej misji, plus odznaczenie za przejście całego zadania bez wczytania gry), które nie dają nam nic poza satysfakcją, ale za to ładnie to wygląda w ekranie kampanii, gdy przy każdym zadaniu mamy komplet medali. W Original War poza Rosjanami i Amerykanami pojawiają się również wspierani przez niemieckich najemników arabscy ekoterroryści chcący zniszczyć złoża syberytu i chociaż można ich wybrać w internetowych potyczkach, nie doczekali się oni własnej kampanii, a szkoda, bo arabskie technologie takie jak miotacze ognia, czy moździerze sieją postrach wśród wojsk amerykańskich, oraz radzieckich i to nie bez powodu.
Original War to RTS i jak w każdej strategii czasu rzeczywistego mamy tutaj do czynienia z surowcami. W OW mamy ich trzy rodzaje: ropa naftowa, syberyt, o który toczy się pierwotna wojna, oraz skrzynie, czyli paczki z zaopatrzeniem wysyłane z przyszłości. Z pomocą dostępnych surowców budujemy budynki i pojazdy, oraz badamy nowe technologie, czyli to co w RTSach lubimy najbardziej. To co podoba mi się w Original War, to brak możliwości "szkolenia" kolejnych jednostek. W każdej misji mamy niewielką grupkę żołnierzy, każdy z nich ma nazwisko, niektórzy nawet charakter, a kiedy umierają, umierają na zawsze i nie ma możliwości ich zastąpienia. Mamy tutaj również niewielkie elementy RPG gdyż nasi ludzie, w zależności od wyposażenia jakie otrzymają mogą być żołnierzami, naukowcami, mechanikami, lub inżynierami. Każdy z nich może zdobyć maksymalnie 10 poziomów umiejętności w każdej z tych dziedzin, dzięki czemu bardziej efektywnie wykonują swoje zadania. W każdej kampanii mamy postać będącą naszym "bohaterem", w kampanii amerykańskiej jest to żołnierz John Macmillan, w rosyjskiej zaś Jurij Iwanowicz Gorki będący mechanikiem. Mechanicy zajmują się jak można się domyślić budową pojazdów, i chociaż brakuje mi tutaj takich rzeczy jak jednostki wodne i powietrzne, szeroki wachlarz dostępnych rodzajów uzbrojenia, podwozia, czy nawet silników w pojazdach lądowych świetnie nam to zrekompensuje.




Historia wojny między Stanami Zjednoczonymi Czasów Plejstocenu, a Związkiem Prehistorycznych Republik Radzieckich to historia którą warto poznać. Chociaż gra ma kilka wad, jak brak arabskiej kampanii, czy czasem nieco zbyt skąpa inteligencja naszych żołnierzy, oraz największa bolączka tej gry, czyli brak możliwości potyczki z komputerem, zapewni rozrywkę na wiele godzin każdemu fanowi gier strategicznych dzięki wciągającej fabule, umiejętnie wplecionym elementom RPG, rozbudowanemu trybowi konstrukcji pojazdów, ciekawym postaciom, et cetera. Grę raczej ciężko będzie zdobyć w legalny sposób, ale można próbować, a jeśli się nie uda, jedynym rozwiązaniem pozostaje thepiratesbay,  albo chomikuj. Jeśli ktoś nie chce kupować kota w worku,na youtube można znaleźć wiele filmów „let’s play” z Original War, w tym sporo po polsku. Pozostaje mi tylko zachęcić do zapoznania się z tą ciekawą strategią i życzyć miłego grania. Na koniec jeszcze "Biuletyn Armii Czerwonej", czyli jeden z filmowych przerywników w kampanii rosyjskiej:







poniedziałek, 16 lipca 2012

Pająk zrehabilitowany







Filmy Sama Raimiego o Spider-Manie nie należą do najbardziej lubianych filmowych adaptacji komiksów, pierwsza część była całkiem niezła, kolejne dużo gorsze. Marc Webb zdecydowanie podniósł poziom ekranizacji komiksów o Człowieku-Pająku. "Amazing Spider-Man" przebija trylogię Raimiego w każdym aspekcie. Mamy tutaj świetny film akcji z dobrą obsadą, widowiskowymi efektami i ciekawym scenariuszem. 
 
Na początku nie byłem przekonany do Andrew Gerarda grającego Petera Parkera, ale na pewno nadaje się do tej roli lepiej niż Tobey Maguire. Parker w nowym Spider-Manie wygląda w gruncie rzeczy niepozornie, jednak patrząc na niego łatwiej uwierzyć, że jest on w stanie wykonać wszystkie te niesamowite akrobacje. Gerard wypadł w filmie dobrze nie tylko fizycznie. Wpasował się idealnie w rolę Petera Parkera, który tutaj jest przedstawiany jako młody geniusz, niezbyt wysportowany, ale uzdolniony naukowo.  Poza tym humor Spider-Mana kiedy już założy maskę i najzwyczajniej w świecie robi sobie jaja z drobnych złodziejaszków jest przezabawny i bardzo na miejscu, gdyż Parker ma tutaj siedemnaście lat i zachowuje się tak jak na zamaskowanego nastolatka przystało, bezkarnie nabijając się z przerażonych przestępców. Jedyne co mnie denerwowało w tej kreacji Petera Parkera to jego przesadna wrażliwość. Jestem w stanie zrozumieć, że płakał kiedy umierał wujek Ben, ale w tym filmie ryczy w co drugiej scenie w której nie ma maski.
Dobrym posunięciem ze strony twórców było zastąpienie Mery Jane przez Gwen Stacy. Chociaż bardzo lubię Spider-Mana, MJ nienawidziłem od zawsze. Zazwyczaj jej rola sprowadza się jedynie do bycia ratowaną przez Pająka i umawiania się z innymi facetami, w tym jego najlepszym przyjacielem i synem jego szefa. Chociaż w najnowszym Spider-Manie wątek miłosny był nieco za bardzo uwypuklony, to jednak Gwen przypadła mi do gustu o wiele bardziej. Przyczyniła się nawet do pokonania Jaszczura, ryzykując własnym życiem. Chciałbym zobaczyć jak MJ robi coś takiego.
Spodobała mi się również kreacja doktora Connorsa. Jaszczur to jeden z moich ulubionych przeciwników Spider-Mana. Curt Connors nie jest złoczyńcą, lecz naukowcem, który bardzo chce odzyskać utraconą rękę, a kiedy już zmienia się w Jaszczura uznaje, że teraz jest istotą wyższą i chociaż jaszczurze geny widocznie namieszały mu w głowie, nie chce zachować tej wyższości dla siebie, lecz uczynić wszystkich ludzi lepszymi. Nie kieruje nim chciwość, rządza władzy, czy chęć zemsty tak jak w przypadku większości czarnych charakterów, a zwykła (chociaż mocno przesadzona) troska o innych ludzi. Nigdy nie czytałem komiksów o Spider-Manie, jednak według większości fanów Curt Connors z filmu bardzo przypomina tego z komiksów, co można zapisać jedynie na plus. Jako Jaszczur nie wygląda do końca tak jak go sobie wyobrażałem, ale patrząc na niego nietrudno uwierzyć, że to groźny drapieżnik z którym Spider-Man będzie miał nie lada kłopoty.
Jeśli chodzi o pozostałych bohaterów w zasadzie nie ma się do czego doczepić. Sceny konfrontacji Petera z ojcem Gwen wprowadzają całkiem udany element komediowy, a wujek Ben i ciocia May w końcu wyglądają jak wujostwo Petera, a nie jego pradziadkowie.




O efektach specjalnych nie mogę powiedzieć za dużo. Film oglądałem w 2d, gdyż 3d nie znoszę, więc nie wiem jak sprawdza się trójwymiar w tym filmie, jednak na płasko film również nie wyglądał źle. Jak już wspomniałem wcześniej, Jaszczur robi wrażenie, a sceny w których Spider buja się nad Nowym Jorkiem wyglądają całkiem realistycznie (na tyle, na ile realistycznie wyglądać może facet w trykocie bujający się na pajęczynie nad Nowym Jorkiem). Jednak szczególnie podoba mi się kostium nowego Spider-Mana. Wygląda on bardziej "prawdziwie", przypomina coś, co nastolatek (wybitnie uzdolniony w dziedzinie krawiectwa) mógłby wykonać samemu, jednocześnie wygląda na bardziej wytrzymały. Poza tym jestem bardzo wdzięczny twórcom filmu za wyjaśnienie tajemnicy wielkich oczu w masce Spider-Mana, która nurtowała mnie już od wczesnego dzieciństwa. 

Przejdźmy jednak do najważniejszego aspektu filmu, czyli scenariusza. Podobnie jak w przypadku Batmanów Nolana, Webb stara się przedstawić komiksową historię w bardziej poważny i realistyczny sposób. Udało mu się to niemal tak dobrze jak Nolanowi, jednocześnie nie rezygnując z elementów komediowych (momentami śmiałem się głośniej niż na wszystkich komediach z ostatnich kilku lat jakie widziałem)."Amazing Spider-Man" porusza kwestię o której za zwyczaj filmy i kreskówki o Człowieku-Pająku zapominają, mianowicie sprawę śmierci, lub zaginięcia rodziców Petera. Ten aspekt stanowi raczej wprowadzenie do głównego wątku, mam jednak nadzieję, że zostanie rozwinięty w kolejnych częściach. Historia rozpoczęta odnalezieniem przez Petera teczki jego ojca jest spójna, a wszystkie wątki w logiczny sposób wiążą się ze sobą nawet jeśli niektóre z nich wydają mi się nieco naciągane, jak fakt, że zmutowane genetycznie pająki były dziełem ojca Petera i doktora Connorsa. Wątku miłosnego było natomiast trochę za dużo, jednak w żaden sposób nie zniszczyło mi to przyjemności z oglądania w końcu dobrego filmu o Spider-Manie. 
Podsumowując, "Amazing Spider-Man" to film który powinni obejrzeć zarówno fani komiksu, jak i ludzie chcący się rozerwać przy dobrym filmie akcji. Osobiście oglądało mi się ten film bardzo przyjemnie, tym bardziej, że w pamięci cały czas miałem obraz kiepskiej trylogii Raimiego.
Teraz pozostaje jedynie czekać na "Mroczny Rycerz Powstaje", a następnie na kolejną część "Amazing Spider-Mana", która, mam nadzieję, będzie równie dobra jak pierwsza.