Wolverine to obok Spider-Mana i Avengers jeden z najpopularniejszych bohaterów uniwersum Marvela. Nie ważne czy występuje w pojedynkę, czy jako członek X-Men, Logan zawsze potrafi podbić serca czytelników swoją postawą niegrzecznego chłopca i brakiem zahamowań w korzystaniu z metalowych szponów.
Broń X przedstawia jedno z najważniejszych (jeśli nie najważniejsze) wydarzeń w życiu Logana - rządowy eksperyment, w czasie którego jego szkielet zostaje połączony z adamantium.
Za scenariusz i rysunki w komiksie odpowiadał jeden człowiek - Barry Windsor-Smith, znany głównie - poza Bronią X - z serii komiksów o Conanie Barbarzyńcy.
Komiks wręcz ocieka klimatem mrocznego sci-fi rodem z lat 80-tych, zarówno jeśli chodzi o historię, jak i jej wizualną oprawę.
Co najciekawsze, Wolverine nie pełni tutaj roli głównego bohatera, a raczej wątku, wokół którego kręci się historia. Bohaterami są natomiast eksperymentujący na nim naukowcy.
Sama historia nie jest tak naprawdę niczym odkrywczym, ot typowa opowieść o nieudanym eksperymencie, który mści się na swoich twórcach - motyw wprowadzony przez Mary Shelley już w XIX wieku i bardzo często powielany w horrorach. Jednak osadzenie w tych realiach jednego z największych twardzieli Marvela zupełnie zmienia odbiór komiksu. Wolverine idealnie pasuje do tej opowieści. Nie jest to ten sam wygadany Kanadyjczyk, którego znamy i kochamy, przez cały album wypowiada ledwie kilka zdań.Wolność i człowieczeństwo mutanta zostają mu odebrane i będzie musiał odzyskać je we właściwym dla siebie stylu.
Autorski album Windsora-Smitha to poważna, brutalna historia - typowy produkt mrocznej ery komiksu, jednak w dobrym sensie. Autor ilustrując własny scenariusz doskonale wiedział, jak uchwycić jego charakter.
Rysunki w komiksie dobrze oddają klaustrofobiczny klimat tajnego rządowego laboratorium. Windsor-Smith nie przesadza również z kolorami, niektóre kadry są wręcz monochromatyczne, co tylko potęguje efekt zamknięcia.W albumie znajdzie się również kilka wyjątkowo soczystych scen, kiedy już Rosomak pokaże pazury. Na kilku kadrach zabrakło tła, jednak poza tym ilustracje w albumie prezentują się naprawdę świetnie.
Broń X to jeden z tych komiksów, które trzeba przeczytać. Świetny scenariusz, opatrzony równie dobrymi rysunkami, w dodatku przedstawiający najmroczniejszy moment życia najpopularniejszego członka X-Men. Czego chcieć więcej?
Vakelverse
Piszę, bo lubię.
środa, 27 sierpnia 2014
czwartek, 2 stycznia 2014
Wielka Kolekcja #26: Tajne Wojny
Tajne Wojny to jedna z moich ulubionych historii osadzonych
w uniwersum Marvela. Ta dwunastoczęściowa seria miała być zwykłą
kampanią marketingową, promującą nową linię zabawek. Urosła
jednak do rangi najbardziej popularnego i jednego z najciekawszych
crossoverów w historii wydawnictwa.
Grupa najznamienitszych ziemskich herosów, oraz grupa najgorszych łotrów przeniesione na obcą planetę przez istotę spoza naszego wszechświata, gdzie mają stoczyć ze sobą walkę na śmierć i życie.
Dodajmy do tego czarny kostium Spider-Mana, nową Spider-Woman, oraz zniknięcie Thinga, a fani Marvela - jak i fani komiksu w ogóle - będą kupieni.
Jim Shooter, scenarzysta komiksu, nie chciał mieszać w ciągłości poszczególnych serii, w których występowali przedstawieni w Tajnych Wojnach bohaterowie. Dlatego też każdy z nich znikał na końcu jednego zeszytu, aby powrócić na początku kolejnego. W ten sposób ciągłość wszystkich serii została zachowana, a jednocześnie wzrosło zainteresowanie czytelników serią Secret Wars.
Seria powstała w roku 1984. Wcześniej powstawały już crossovery, jednak nigdy na aż taką skalę. W komiksie pojawiają się wszyscy ówcześni ulubieńcy czytelników: Avengers, X-Men, Fantastyczna Czwórka, oraz Spider-Man i Hulk. Nasi dzielni bohaterowie stają przeciw barwnej gromadzie superzłoczyńców, wśród których znajdziemy Galactusa, Doktora Dooma, Molecule Mana, Wrecking Crew, Ultrona, czy Doktora Octopusa.
Herosi i złoczyńcy zostali porwani przez potężną, pochodzącą spoza naszego wszechświata istotę zwaną Beyonder. Beyonder umieścił ich na stworzonej przez siebie planecie, gdzie mają ku jego uciesze walczyć ze sobą, po czym on spełni życzenia członków zwycięskiej grupy.
Historia początkowo może wydawać się infantylna i banalna. "Dobrzy" kontra "źli" w epickiej bitwie na obcej planecie. Jednak już na pierwszych stronach możemy zauważyć, że sytuacja nie jest wcale taka prosta. Bohaterowie, których wszyscy lubimy nie koniecznie lubią siebie nawzajem. Galactusa w ogóle nie interesuje walka, Doktor Doom knuje własne plany, podobnie Magneto, który nie staje po żadnej ze stron. Tajne Wojny bardziej niż starcie dwóch armii przypominają wielki kocioł w którym nikt nikomu nie ufa, a układ sił zmienia się wraz z każdą stroną.
Rysunki Mike'a Zecka i Boba Laytona są raczej przeciętne. Nie na tyle złe, żeby zepsuć przyjemność z czytania komiksu, ale też nie wzbudzające zachwytów. Komiksy w latach osiemdziesiątych w ogóle był rysowane w dosyć specyficznym stylu, którego fanem nigdy nie byłem.
Tajne Wojny to komiks, który jestem gotów w ciemno polecić każdemu amatorowi historii superbohaterskich. Całe zastępy bohaterów i złoczyńców, oraz ciekawy, pełen zwrotów akcji scenariusz Shootera są warte sięgnięcia po ten album (w ramach WKKM pojawiła się na razie tylko połowa serii) . Co więcej Tajne Wojny stanowią swoiste preludium do innych ważnych wydarzeń. Szczególnie dla Spider-Mana, gdyż właśnie tutaj zdobywa on swój czarny kostium, który w przyszłości ma okazać się pasożytniczym symbiontem. Ten megacrossover to pozycja obowiązkowa dla każdego fana Domu Pomysłów.
Grupa najznamienitszych ziemskich herosów, oraz grupa najgorszych łotrów przeniesione na obcą planetę przez istotę spoza naszego wszechświata, gdzie mają stoczyć ze sobą walkę na śmierć i życie.
Dodajmy do tego czarny kostium Spider-Mana, nową Spider-Woman, oraz zniknięcie Thinga, a fani Marvela - jak i fani komiksu w ogóle - będą kupieni.
Jim Shooter, scenarzysta komiksu, nie chciał mieszać w ciągłości poszczególnych serii, w których występowali przedstawieni w Tajnych Wojnach bohaterowie. Dlatego też każdy z nich znikał na końcu jednego zeszytu, aby powrócić na początku kolejnego. W ten sposób ciągłość wszystkich serii została zachowana, a jednocześnie wzrosło zainteresowanie czytelników serią Secret Wars.
Seria powstała w roku 1984. Wcześniej powstawały już crossovery, jednak nigdy na aż taką skalę. W komiksie pojawiają się wszyscy ówcześni ulubieńcy czytelników: Avengers, X-Men, Fantastyczna Czwórka, oraz Spider-Man i Hulk. Nasi dzielni bohaterowie stają przeciw barwnej gromadzie superzłoczyńców, wśród których znajdziemy Galactusa, Doktora Dooma, Molecule Mana, Wrecking Crew, Ultrona, czy Doktora Octopusa.
Herosi i złoczyńcy zostali porwani przez potężną, pochodzącą spoza naszego wszechświata istotę zwaną Beyonder. Beyonder umieścił ich na stworzonej przez siebie planecie, gdzie mają ku jego uciesze walczyć ze sobą, po czym on spełni życzenia członków zwycięskiej grupy.
Historia początkowo może wydawać się infantylna i banalna. "Dobrzy" kontra "źli" w epickiej bitwie na obcej planecie. Jednak już na pierwszych stronach możemy zauważyć, że sytuacja nie jest wcale taka prosta. Bohaterowie, których wszyscy lubimy nie koniecznie lubią siebie nawzajem. Galactusa w ogóle nie interesuje walka, Doktor Doom knuje własne plany, podobnie Magneto, który nie staje po żadnej ze stron. Tajne Wojny bardziej niż starcie dwóch armii przypominają wielki kocioł w którym nikt nikomu nie ufa, a układ sił zmienia się wraz z każdą stroną.
Rysunki Mike'a Zecka i Boba Laytona są raczej przeciętne. Nie na tyle złe, żeby zepsuć przyjemność z czytania komiksu, ale też nie wzbudzające zachwytów. Komiksy w latach osiemdziesiątych w ogóle był rysowane w dosyć specyficznym stylu, którego fanem nigdy nie byłem.
Tajne Wojny to komiks, który jestem gotów w ciemno polecić każdemu amatorowi historii superbohaterskich. Całe zastępy bohaterów i złoczyńców, oraz ciekawy, pełen zwrotów akcji scenariusz Shootera są warte sięgnięcia po ten album (w ramach WKKM pojawiła się na razie tylko połowa serii) . Co więcej Tajne Wojny stanowią swoiste preludium do innych ważnych wydarzeń. Szczególnie dla Spider-Mana, gdyż właśnie tutaj zdobywa on swój czarny kostium, który w przyszłości ma okazać się pasożytniczym symbiontem. Ten megacrossover to pozycja obowiązkowa dla każdego fana Domu Pomysłów.
niedziela, 29 grudnia 2013
Wielka Kolekcja #25 - Ultimate Spider-Man: Moc i Odpowiedzialność
Ciężko czasem stworzyć od podstaw coś, co inni tworzyli przez lata. Takiemu właśnie zadaniu musieli sprostać Brian Michael Bendis i Mark Bagley tworząc serię Ultimate Spider-Man.
Ultimate Spider-Man nie tylko odświeżył przygody Człowieka-Pająka, opowiadając jego historię od zera, ale również dał początek zupełnie nowej linii wydawniczej. Jak można zauważyć w mojej poprzedniej recenzji, nie jestem wielkim fanem linii Ultimate. Tom Moc i Odpowiedzialność również niezbyt przypadł mi do gustu, ale po kolei.
To co nie podoba mi się najbardziej w tym albumie, to przede wszystkim do bólu stereotypowa sceneria w której zostały osadzone przygody Spider-Mana. Wszystko wieje tutaj banałem wyrwanym rodem z amerykańskiego serialu dla młodzieży z lat 90tych.
Dialogi między postaciami - szczególnie między szkolnymi kolegami Petera - sprawiają sztywne wrażenie. Zupełnie jakby ktoś dorosły próbował odtworzyć młodzieżowy slang i nie do końca mu wyszło. Podejrzewam jednak, że to raczej wina tłumaczenia, niż oryginalnego scenariusza.
Ostatnią rzeczą do której pragnę się przyczepić są okładki. Zazwyczaj nawet o nich nie wspominam, jednak tutaj są tak złe, że nie mogę tego przemilczeć. Mam namyśli okładki do Ultimate Spider-Man #1 i #2. Ktoś pomyślał, że idealnym pomysłem będzie zrobienie okładek przedstawiających prawdziwe zdjęcia miasta z doklejoną, rysowaną postacią Spider-Mana. Wygląda to po prostu źle i nie wiem co myśleli twórcy, ale nie było najmniejszych szans, aby ta kompozycja wypadła interesująco.
Przejdźmy jednak do historii, gdyż to ona jest tutaj najważniejsza. Album przedstawia unowocześnioną i przedstawioną bardziej szczegółowo historię początków Człowieka-Pająka. Wszystko podąża według tego samego ciągu przyczynowo skutkowego co w oryginale, od zdobycia mocy, poprzez śmierć wujka Bena, aż do zrozumienia swojego powołania i kopania tyłków czarnych charakterów.
Skoro już przy czarnych charakterach jesteśmy, tutaj na drodze Pająka staje Zielony Goblin. Jest to jeden z moich ulubionych złoczyńców stworzonych przez Dom Pomysłów, jednak jego wersja Ultimate różni się znacznie od oryginału. Zamiast zamaskowanego szaleńca na błyszczącej lotni, dostajemy wielkiego zielonego, rzucającego ognistymi kulami stwora, który nie jest w stanie wydać z siebie wiele więcej ponad niewyraźne pojękiwanie.
Rysunki są tutaj całkiem przyzwoite. Widać, że Mark Bagley miał sporo frajdy rysując Pajęczaka w locie, jak i sceny walki z Goblinem. Czasem można odnieść wrażenie, że ciało Spider-Mana w czasie lotu wygina się w zabawny sposób, a Bagley w jednym miejscu uznał za stosowne pokazać nam postać Petera Parkera w samych slipkach (widok przez który będę budził się z krzykiem jeszcze przez długie lata), jednak ogólnie jego prace prezentują całkiem solidny poziom.
Ultimate Spider-Man nie tylko odświeżył przygody Człowieka-Pająka, opowiadając jego historię od zera, ale również dał początek zupełnie nowej linii wydawniczej. Jak można zauważyć w mojej poprzedniej recenzji, nie jestem wielkim fanem linii Ultimate. Tom Moc i Odpowiedzialność również niezbyt przypadł mi do gustu, ale po kolei.
To co nie podoba mi się najbardziej w tym albumie, to przede wszystkim do bólu stereotypowa sceneria w której zostały osadzone przygody Spider-Mana. Wszystko wieje tutaj banałem wyrwanym rodem z amerykańskiego serialu dla młodzieży z lat 90tych.
Dialogi między postaciami - szczególnie między szkolnymi kolegami Petera - sprawiają sztywne wrażenie. Zupełnie jakby ktoś dorosły próbował odtworzyć młodzieżowy slang i nie do końca mu wyszło. Podejrzewam jednak, że to raczej wina tłumaczenia, niż oryginalnego scenariusza.
Ostatnią rzeczą do której pragnę się przyczepić są okładki. Zazwyczaj nawet o nich nie wspominam, jednak tutaj są tak złe, że nie mogę tego przemilczeć. Mam namyśli okładki do Ultimate Spider-Man #1 i #2. Ktoś pomyślał, że idealnym pomysłem będzie zrobienie okładek przedstawiających prawdziwe zdjęcia miasta z doklejoną, rysowaną postacią Spider-Mana. Wygląda to po prostu źle i nie wiem co myśleli twórcy, ale nie było najmniejszych szans, aby ta kompozycja wypadła interesująco.
Przejdźmy jednak do historii, gdyż to ona jest tutaj najważniejsza. Album przedstawia unowocześnioną i przedstawioną bardziej szczegółowo historię początków Człowieka-Pająka. Wszystko podąża według tego samego ciągu przyczynowo skutkowego co w oryginale, od zdobycia mocy, poprzez śmierć wujka Bena, aż do zrozumienia swojego powołania i kopania tyłków czarnych charakterów.
Skoro już przy czarnych charakterach jesteśmy, tutaj na drodze Pająka staje Zielony Goblin. Jest to jeden z moich ulubionych złoczyńców stworzonych przez Dom Pomysłów, jednak jego wersja Ultimate różni się znacznie od oryginału. Zamiast zamaskowanego szaleńca na błyszczącej lotni, dostajemy wielkiego zielonego, rzucającego ognistymi kulami stwora, który nie jest w stanie wydać z siebie wiele więcej ponad niewyraźne pojękiwanie.
Rysunki są tutaj całkiem przyzwoite. Widać, że Mark Bagley miał sporo frajdy rysując Pajęczaka w locie, jak i sceny walki z Goblinem. Czasem można odnieść wrażenie, że ciało Spider-Mana w czasie lotu wygina się w zabawny sposób, a Bagley w jednym miejscu uznał za stosowne pokazać nam postać Petera Parkera w samych slipkach (widok przez który będę budził się z krzykiem jeszcze przez długie lata), jednak ogólnie jego prace prezentują całkiem solidny poziom.
Cóż, nie mogę powiedzieć, że album
Moc i Odpowiedzialność podobał mi się tak bardzo, jak
pozostałe przedstawione do tej pory w Kolekcji komiksy o
Człowieku-Pająku. Być może jestem zbyt konserwatywny i odrzuciły
mnie wprowadzone przez twórców zmiany, jednak to nie jedyny powód.
Jednowymiarowe postacie i miejscami sztywne dialogi skutecznie
zaniżyły poziom czegoś, co miało szansę być świetnym nowym
początkiem dla Spider-Mana. Ale każdy remake już tak ma, że
zawsze znajdzie się jakiś zrzęda, któremu nie przypadnie do
gustu. Jeśli lubicie Spider-Mana to mimo wszystko powinniście
zapoznać się z tym albumem. Jeśli natomiast postać
Człowieka-Pająka jest wam obojętna, to na sklepowych półkach
znajdziecie wiele ciekawszych pozycji, z którymi warto się
zapoznać.
czwartek, 21 listopada 2013
Wielka Kolekcja #24: Ultimates
Ultimates Marka Millara i Bryana Hitcha to odświeżona i nieco unowocześniona wersja przygód popularnej drużyny Mścicieli, którzy ostatnio podbijają serca fanów filmowych adaptacji komiksów Marvela.
Historia komiksu została osadzona, jak sama nazwa wskazuje, w uniwersum Ultimate, które w założeniu miało być bardziej wiarygodnym, urealnionym odbiciem świata komiksów Marvela.
Przedstawiona w albumie historia kręci się wokół powstania tytułowej drużyny, będącej wariacją na temat Avengers.
Trzeba przyznać, że Mark Millar faktycznie bardzo mocno skupił się na kreowaniu wiarygodnych, wielowymiarowych postaci, na czym jednak ucierpiała nieco sfera fabularna, to znaczy, bohaterowie są w tym komiksie dużo ciekawsi, niż ich przygody.
Nie zrozumcie mnie źle, kreowanie wizerunków postaci i relacji między nimi jest ważne, szczególnie w przypadku drużyn jak zaprezentowani tutaj Ultimates. Jednak przez większość czasu miałem wrażenie, jakbym oglądał operę mydlaną, zamiast czytać komiks o przygodach superherosów.
Perypetie małżeńskie Wasp i Giant Mana naprawdę nie wydają mi się na tyle ważne, aby poświęcać im niemal cały zeszyt, a przecież inni bohaterowie nie mogą być traktowani gorzej, więc każdy z nich ma jakąś swoją małżeńską rozterkę, zawodową porażkę, lub nieuleczalną chorobę. Ponownie, nie uważam, że to źle, jednak zabrakło tutaj miejsca na przygody i tradycyjną, komiksową "walkę ze złem".
Zdaje się, że w pewnym momencie nawet Bruce Banner to zauważa i postanawia poszaleć trochę jako Hulk, aby dać swoim kolegom szansę na oderwanie się od nudnej codzienności.
Jednak może przesadzam, gdyż historia z tego tomu będzie jeszcze kontynuowana i może powinienem dać jej kredyt zaufania. Może Mark Millar nie spieszył się z fabułą, aby wykreować ciekawe postacie i dopiero później wrzucić je w wir ciekawych wydarzeń. Jednak ja mogę recenzować tylko to co mam w ręku, a mam tylko pierwszy tom.
Graficznie jest natomiast całkiem nieźle. Postacie zostały dopieszczone również pod tym względem i nie mam do nich większych zastrzeżeń. O ile pamięć mnie nie myli, to właśnie w tym komiksie po raz pierwszy wprowadzono czarnoskórego Nicka Furyego, który nawet żartuje, że w ewentualnej ekranizacji powinien go zagrać Samuel L. Jackson. Koncepcje postaci zaproponowane przez Hitcha bardzo przypadły mi do gustu, może poza Thorem, którego młot bardziej przypomina topór, a sam książę Asgardu, wygląda jak przystojny osiłek z filmów z lat osiemdziesiątych. Do rysunków Hitcha w ogóle ciężko się przyczepić, piękne krajobrazy, sceny walki, panorama miasta, wszystko wygląda tak, jak powinno, chociaż może nie zapiera tchu w piersiach.
Szczerze mówiąc, Ultimates nie zrobił nam nie takiego
wrażenia jakiego się spodziewałem. Komiks jest ciekawy,
wielowątkowy i rozbudowany, a Mark Millar wykreował grupę naprawdę
wiarygodnych postaci. Jednak przy tym jest strasznie przegadany i
zbyt "spokojny" jak na standardy Avengers. Mam nadzieję,
że drugi tom, który zagości na sklepowych półkach w
bliżej nieokreślonej przyszłości, zmieni moje nastawienie do tego
komiksu, tymczasem jednak pozostał lekki niedosyt.
środa, 6 listopada 2013
Mały chłopiec na dużym ekranie
Gra Endera to film na który czekałem z wielkim zaciekawieniem, ale również pełen obaw. W końcu tak wiele filmów ostatnio zawiodło, a arcydzieło Orsona Scotta Carda to jednak niełatwy materiał do zekranizowania.
Szczerze mówiąc, bałem się, że Gra Endera będzie kolejnym ładnym i efekciarskim hiciorem, w którym fabuła będzie jedynie pretekstem do pokazania widowiskowych ujęć. Zostałem jednak pozytywnie zaskoczony. Film faktycznie jest bardzo ładny i wizualnie robi wielkie wrażenie, jednak nie uświadczymy tutaj przerostu formy nad treścią. Mimo świetnych efektów specjalnych, film - podobnie jak książka - cały czas pozostaje historią genialnego chłopca, wykorzystywanego i poddawanego niesamowicie trudnym próbom, torturowanego psychicznie, aby mógł ocalić świat, dla której realia science-fiction stanowią jedynie tło.
Świetnie wypadają również aktorzy, Harison Ford był świetnym wyborem do roli pułkownika Graffa, rola Bena Kingsleya wydawała mi się nieco zbyt okrojona, chociaż on sam wypadł dobrze w roli Mazera Rackhama, a grający Endera, Asa Buttefrield, oraz jego małoletni koledzy spisali się dużo lepiej niż można by się spodziewać po aktorach w tym wieku.
Ciężko stwierdzić, czy Gra Endera to ekranizacja, czy adaptacja. Film pomija niektóre wątki poboczne książki, jednak główna oś fabularna przedstawiona jest raczej wiernie, chociaż sprawia wrażenie opowiedzianej zbyt szybko. Film jest zdecydowanie za krótki i to jego główna wada. Oczywiście nie mówię, że Gavin Hood powinien z robić z Gry Endera trzy niedorzecznie długie filmy, tak jak robi to Peter Jackson z Hobbitem, jednak półtorej godziny to zdecydowanie za mało na opowiedzenie historii z książki Orsona Scotta Carda.
Mimo wszystko było to wyjątkowo przyjemne półtorej godziny i wyszedłem z kinowej sali bardzo zadowolony, chociaż nie jestem pewien, czy ludzie którzy nie czytali książki mogą powiedzieć to samo.
Widziałem już jak fani książki wylewają żółć na ten film, jednak należy zrozumieć, że literatura i kino rządzą się różnymi prawami i na dobrą sprawę zekranizowanie książki słowo w słowo nie byłoby dobrym pomysłem. Oczywiście wiele rzeczy można było zrobić lepiej, jednak mimo to polecam film wszystkim tym, którzy lubią książkowy pierwowzór. Jeśli ktoś nie czytał książki, raczej powinien się z nią zapoznać przed pójściem do kina, w żadnym wypadku nie odwrotnie.
Historia kilkuletniego geniusza mającego niezależnie od swej woli uratować ludzkość przed ponowną inwazją z kosmosu - tak, twórcy zdecydowanie mieli twardy orzech do zgryzienia.
Świetnie wypadają również aktorzy, Harison Ford był świetnym wyborem do roli pułkownika Graffa, rola Bena Kingsleya wydawała mi się nieco zbyt okrojona, chociaż on sam wypadł dobrze w roli Mazera Rackhama, a grający Endera, Asa Buttefrield, oraz jego małoletni koledzy spisali się dużo lepiej niż można by się spodziewać po aktorach w tym wieku.
Ciężko stwierdzić, czy Gra Endera to ekranizacja, czy adaptacja. Film pomija niektóre wątki poboczne książki, jednak główna oś fabularna przedstawiona jest raczej wiernie, chociaż sprawia wrażenie opowiedzianej zbyt szybko. Film jest zdecydowanie za krótki i to jego główna wada. Oczywiście nie mówię, że Gavin Hood powinien z robić z Gry Endera trzy niedorzecznie długie filmy, tak jak robi to Peter Jackson z Hobbitem, jednak półtorej godziny to zdecydowanie za mało na opowiedzenie historii z książki Orsona Scotta Carda.
Mimo wszystko było to wyjątkowo przyjemne półtorej godziny i wyszedłem z kinowej sali bardzo zadowolony, chociaż nie jestem pewien, czy ludzie którzy nie czytali książki mogą powiedzieć to samo.
Widziałem już jak fani książki wylewają żółć na ten film, jednak należy zrozumieć, że literatura i kino rządzą się różnymi prawami i na dobrą sprawę zekranizowanie książki słowo w słowo nie byłoby dobrym pomysłem. Oczywiście wiele rzeczy można było zrobić lepiej, jednak mimo to polecam film wszystkim tym, którzy lubią książkowy pierwowzór. Jeśli ktoś nie czytał książki, raczej powinien się z nią zapoznać przed pójściem do kina, w żadnym wypadku nie odwrotnie.
wtorek, 29 października 2013
Pradawne zwoje, bohaterowie, przygody
Nie jest żadną tajemnicą, że uwielbiam serię The Elder Scrolls. Rozbudowany, żywy świat, ciekawe postacie, wciągająca fabuła - to wszystko zawsze do mnie przemawiało. Dlatego też, kiedy zobaczyłem na stronie Empiku antologię The Elder Scrolls, bez wahania kliknąłem "zamów", chociaż posiadam już ostatnie trzy części serii.
Muszę jednak przyznać, że nie żałuję 237 złotych które wydałem na ten zestaw, zawierający w sobie dziesięć płyt, na których znajdziemy:
- The Elder Scrolls: Arena;
- The Elder Scrolls II: Daggerfall;
- The Elder Scrolls III: Morrowind, wraz z dodatkami Bloodmoon i Tribunal, oraz narzędziem Construction Set;
- The Elder Scrolls IV: Oblivion, wraz z dodatkami Knights of the Nine i Shivering Isles;
- The Elder Scrolls V: Skyrim, wraz z dodatkami Dawnguard, Hearthfire, oraz Dragonborn.
Poza tym w pudełku dostaniemy również pięć bardzo ładnych map przedstawiających tereny dostępne w każdej części, czyli mapa całego cesarstwa Tamriel, Zatoki Illiac, wyspy Vvardenfell, prowincji Cyrodill, oraz prowincji Skyrim.
Wszystko to zapakowane w miłe dla oka, przypominające książkę pudełko, schowane w sztywne, kartonowe etui, oraz dla bezpieczeństwa zapakowane dodatkowo w przezroczysty plastik.
Wszystko sprawia wrażenie solidnego i misternie wykonanego, poza wspomnianym plastikowym opakowaniem, które jest bardzo sztywne i zdążyło już delikatnie pęknąć.
Poza tym dziwi mnie fakt, że jedna płyta jest dołączona luzem, w tekturowej kopercie, chociaż w pudełku jest jeszcze jedno miejsce, w którym można by umieścić kieszeń na płytę.
Co do zawartości płyt, nie przetestowałem jeszcze Construction Set, jednak wszystkie gry działają praktycznie bez zarzutu. Arena po pewnym czasie zaczęła się lekko zacinać, a w Daggerfallu uświadczyłem okazjonalnych problemów z dźwiękiem. Jednak są to gry tworzone jeszcze pod DOS, więc drobnych niedogodności należy się spodziewać. Natomiast przy instalacji Morrowinda (zajmującego aż trzy płyty), w pewnym momencie instalator poprosił mnie o włożenie płyty numer dwa, natomiast jak się okazało, wymagane pliki znajdowały się na płycie numer trzy, co zaniepokoiło mnie na chwilę, jednak ostatecznie wszystko działa bez zarzutów.
Tyle zdążyłem zauważyć po jednym dniu obcowania z Antologią The Elder Scrolls. Dokładniej w każdą z gier zagłębię się w przyszłości.
Ogólnie rzecz biorąc jestem bardzo zadowolony z zakupu, chociaż pewne niewielkie niedociągnięcia nieco ostudziły mój entuzjazm, jednak w bardzo znikomym stopniu.
Ostatecznie polecam każdemu, kto podobnie jak ja uwielbia Elder Scrolls i akurat ma na zbyciu
240 złotych.
Muszę jednak przyznać, że nie żałuję 237 złotych które wydałem na ten zestaw, zawierający w sobie dziesięć płyt, na których znajdziemy:
- The Elder Scrolls: Arena;
- The Elder Scrolls II: Daggerfall;
- The Elder Scrolls III: Morrowind, wraz z dodatkami Bloodmoon i Tribunal, oraz narzędziem Construction Set;
- The Elder Scrolls IV: Oblivion, wraz z dodatkami Knights of the Nine i Shivering Isles;
- The Elder Scrolls V: Skyrim, wraz z dodatkami Dawnguard, Hearthfire, oraz Dragonborn.
Poza tym w pudełku dostaniemy również pięć bardzo ładnych map przedstawiających tereny dostępne w każdej części, czyli mapa całego cesarstwa Tamriel, Zatoki Illiac, wyspy Vvardenfell, prowincji Cyrodill, oraz prowincji Skyrim.
Wszystko to zapakowane w miłe dla oka, przypominające książkę pudełko, schowane w sztywne, kartonowe etui, oraz dla bezpieczeństwa zapakowane dodatkowo w przezroczysty plastik.
Wszystko sprawia wrażenie solidnego i misternie wykonanego, poza wspomnianym plastikowym opakowaniem, które jest bardzo sztywne i zdążyło już delikatnie pęknąć.
Poza tym dziwi mnie fakt, że jedna płyta jest dołączona luzem, w tekturowej kopercie, chociaż w pudełku jest jeszcze jedno miejsce, w którym można by umieścić kieszeń na płytę.
Tyle zdążyłem zauważyć po jednym dniu obcowania z Antologią The Elder Scrolls. Dokładniej w każdą z gier zagłębię się w przyszłości.
Ogólnie rzecz biorąc jestem bardzo zadowolony z zakupu, chociaż pewne niewielkie niedociągnięcia nieco ostudziły mój entuzjazm, jednak w bardzo znikomym stopniu.
Ostatecznie polecam każdemu, kto podobnie jak ja uwielbia Elder Scrolls i akurat ma na zbyciu
240 złotych.
piątek, 25 października 2013
Wiktor Kot nie jest wariatem
Objawienie Daniela Grepsa, to bardzo ciekawa powieść z pogranicza fantastyki i powieści psychologicznej. Jej głównym bohaterem jest Wiktor Kot, przeciętny, nieciekawy facet, porzucony przez kobietę, który pewnego dnia odkrywa, że "ściany płaczą, a za drzwiami wychodka potwory układają się do snu".
Wszystko zaczyna się od tajemniczego smsa, którego treść brzmi "Nic nie jest takie, jakie się wydaje. Mały człowiek może rzucać duży cień". Wiktor stwierdza, że wiadomość została wysłana pod zły numer, jednak jej słowa nie dają mu spokoju.
Postanawia więc obserwować mieszkańców Smutna - miejscowości w której mieszka. W trakcie swoich badań odkrywa coraz dziwniejsze rzeczy, oraz utwierdza się w przekonaniu, że wszyscy mieszkańcy miasta - poza nim samym - są uwikłani w tajemniczy spisek.
Początkowo książka nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia, jednak z czasem przekonała mnie do siebie. Daniel Greps świetnie buduje napięcie i wiąże ze sobą wątki. Potrafi zwolnić tępo akcji i uspokoić czytelnika, tylko po to, aby nagle zaatakować z zupełnie niespodziewanej strony. Mniej więcej w połowie książki akcja nagle przyspiesza i nie zwalnia już do samego końca, nie pozwalając oderwać się od lektury.
Poza głównym bohaterem nie uświadczymy tutaj ciekawych postaci, a szkoda bo książka ma na tym polu naprawdę spory potencjał.
Postać samego Wiktora jest natomiast bardzo interesująca. Objawienie to właściwie studium umysłu popadającego coraz głębiej w szaleństwo. Wiktor traci zdrowy rozsądek i świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Wie, że te wszystkie dziwne rzeczy, które go spotykają muszą być tylko wytworem jego chorego umysłu, jednak z drugiej strony ciągle powtarza "wiem co widziałem".
Samo zakończenie książki lekko zawodzi. Co prawda jest zupełnie niespodziewane i w zasadzie nawet trzyma się kupy, jednak zupełnie nie pasuje mi do historii, która do niego prowadzi i wywołało u mnie wrażenie, że to co przeczytałem nie ma żadnego znaczenia, gdyż kilka ostatnich stron przekreśla wszystko grubą kreską.
Tak, czy inaczej, Objawienie to całkiem przyzwoita książka, która co prawda nie zajmuje honorowego miejsca na mojej półce i ma swoje wady, jest jednak godna polecenia.Jeżeli lubicie książki skupiające się bardziej na głównym bohaterze, niż na dotyczących go wydarzeniach, ta książka powinna wam się spodobać, jeśli jednak szukacie prostej rozrywki zdecydujcie się raczej na coś innego.
Wszystko zaczyna się od tajemniczego smsa, którego treść brzmi "Nic nie jest takie, jakie się wydaje. Mały człowiek może rzucać duży cień". Wiktor stwierdza, że wiadomość została wysłana pod zły numer, jednak jej słowa nie dają mu spokoju.
Postanawia więc obserwować mieszkańców Smutna - miejscowości w której mieszka. W trakcie swoich badań odkrywa coraz dziwniejsze rzeczy, oraz utwierdza się w przekonaniu, że wszyscy mieszkańcy miasta - poza nim samym - są uwikłani w tajemniczy spisek.
Początkowo książka nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia, jednak z czasem przekonała mnie do siebie. Daniel Greps świetnie buduje napięcie i wiąże ze sobą wątki. Potrafi zwolnić tępo akcji i uspokoić czytelnika, tylko po to, aby nagle zaatakować z zupełnie niespodziewanej strony. Mniej więcej w połowie książki akcja nagle przyspiesza i nie zwalnia już do samego końca, nie pozwalając oderwać się od lektury.
Poza głównym bohaterem nie uświadczymy tutaj ciekawych postaci, a szkoda bo książka ma na tym polu naprawdę spory potencjał.
Postać samego Wiktora jest natomiast bardzo interesująca. Objawienie to właściwie studium umysłu popadającego coraz głębiej w szaleństwo. Wiktor traci zdrowy rozsądek i świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Wie, że te wszystkie dziwne rzeczy, które go spotykają muszą być tylko wytworem jego chorego umysłu, jednak z drugiej strony ciągle powtarza "wiem co widziałem".
Samo zakończenie książki lekko zawodzi. Co prawda jest zupełnie niespodziewane i w zasadzie nawet trzyma się kupy, jednak zupełnie nie pasuje mi do historii, która do niego prowadzi i wywołało u mnie wrażenie, że to co przeczytałem nie ma żadnego znaczenia, gdyż kilka ostatnich stron przekreśla wszystko grubą kreską.
Tak, czy inaczej, Objawienie to całkiem przyzwoita książka, która co prawda nie zajmuje honorowego miejsca na mojej półce i ma swoje wady, jest jednak godna polecenia.Jeżeli lubicie książki skupiające się bardziej na głównym bohaterze, niż na dotyczących go wydarzeniach, ta książka powinna wam się spodobać, jeśli jednak szukacie prostej rozrywki zdecydujcie się raczej na coś innego.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
Archiwum bloga
-
►
2013
(52)
- ► października (6)












.jpg)




