niedziela, 30 czerwca 2013

Człowiek z Betonu

Człowiek ze Stali, to kolejny gwóźdź do trumny spółki DC/Warner Bros. Film zły na tak wielu poziomach, że aż boli.Dobre aspekty tej produkcji można policzyć na palcach jednej dłoni, natomiast tych złych jest tak wiele, że wymienienie wszystkich zajęłoby mi stanowczo za dużo czasu i miejsca.



Co do tego, co w filmie mi się podobało:
Przede wszystkim początek, którego akcja toczyła się na kryptonie. Był to typowy wstęp do historii Supermana - Jor-El tłumaczy ważniakom, że krypton niedługo przestanie istnieć i co powinni w związku z tym uczynić, w międzyczasie rodzi mu się syn, a generał Zod wszczyna bunt, jednak zostaje pokonany. Nic nowego, nic nadzwyczajnego, jednak przedstawione w nietypowy i bardzo przyjemny dla oka sposób. Ach, jak miło było zobaczyć Krypton, nie będący wielkim białym pustkowiem z wystającymi gdzieniegdzie, kryształowymi budowlami. Również walka Zoda i Jor-Ela jest bardzo ciekawa i pokazuje, że młodszy z Elów zdecydowanie wdał się w ojca.



Niestety, film ze sceny, na scenę staje się coraz gorszy.
O ile nie przeszkadzał mi brak typowych dla Supermana motywów, z podwójną tożsamością i wszystkimi jej konsekwencjami na czele, o tyle to co film nam proponuje w zamian, jest po prostu do kitu. Twórcy nie pokusili się nawet o napomknięcie czym jest Phantum Zone, Klark i Lois zakochują się w sobie w jakieś dwie sekundy, Superman zupełnie nie przejmuje się tym, że jego walka z żołnierzami Zoda niemal całkowicie równa z Ziemią całe Metropolis, przy okazji zapewne zabijając tysiące, albo i setki tysięcy ludzi, w obronie których walczy.
Jeżeli chodzi o postacie, Michael Shannon w roli Zoda był całkiem w porządku, chociaż nie przypomniał w niczym kreacji Terence'a Stampa (ale w końcu nie o to tutaj chodzi). Ziemscy rodzice Klarka (Kevin Costner i Diane Lane), również nie są źli, aczkolwiek daleko im do doskonałości. Co więcej, pamiętacie te piękne czasy, kiedy Jonathan Kent umierał na zawał? Tak można było umierać w latach siedemdziesiątych, dzisiaj ojcowie superbohaterów odchodzą z większą pompą.



Reszta postaci, łącznie z bohaterem tytułowym jest mdła i bez wyrazu, zarówno z winy aktorów i scenariusza.
No właśnie, scenariusz. Ponownie nic niezwykłego, generał Zod chce odbudować, kosztem ludzi, Krypton na Ziemi, a syn Jor-Ela chce mu w tym przeszkodzić. Jednak nigdy nie widziałem, aby tak prosty i przerabiany już wiele razy pomysł na scenariusz, został tak bardzo skopany.
Film skupia się bardziej na tornadach, walących się budynkach i wielkiej maszynerii z kosmosu, aniżeli na
 postaciach, czy wydarzeniach w których biorą udział, jednocześnie całość ma bardzo poważną i pompatyczną otoczkę, co gryzie się ze sobą dosyć mocno.
Przyznam szczerze, że ostatnie kilka, może kilkanaście minut filmu było całkiem ok, jednak to zdecydowanie zbyt mała pociecha po dwóch godzinach wątpliwej przyjemności.
 



Podsumowując, Człowiek ze Stali plasuje się zdecydowanie poniżej Iron Mana 3, jednak o kilka milimetrów przebija poprzednią ekranizację z uniwersum DC - Mroczny Rycerz Powstaje.
Gdyby film nie traktował siebie tak poważnie i został zrealizowany w stylu marvelowsko-disneyowskich produkcji, prawdopodobnie byłby do przełknięcia. Dużo chętniej obejrzałbym prequel filmu, którego akcja toczyłaby się na Kryptonie, ukazując dokładnie bunt generała Zoda i zniszczenie rodzinnej planety Supermana, jak i kontynuację, która - jak wskazuje na to końcówka - będzie utrzymana w tonacji bardziej typowej dla Supermana (bądźmy dobrej myśli).
Tymczasem, jeśli miałbym polecić komuś dobrą ekranizację komiksów DC, nie przychodzi mi do głowy żaden film aktorski. Warner Bros. nadrabia jednak animacjami i jeśli chcecie szybko zapomnieć o tym koszmarku, lub po prostu obejrzeć coś przyzwoitego, sięgnijcie po Kryzys na Dwóch Ziemiach, lub Batman: W Cieniu Czerwonego Kaptura, a od tego hitu, raczej trzymajcie się z daleka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz