czwartek, 18 października 2012

Czerwie na melanżu


Jak zapewne wszyscy zauważyli, ostatnimi czasy nie udzielałem się na blogu, co wytłumaczyć mogę swoją przeprowadzką. Na szczęście Meph pracowała za dwoje kiedy mnie nie było.
Nadszedł jednak najwyższy czas, aby nadrobić zaległości.
 Nadrabianie zacznę od obiecanego już wcześniej, szerszego artykułu n temat „Diuny”.






„Kroniki Diuny” Franka Herberta, to niewątpliwie arcydzieło s-f, często porównywane do "Władcy Pierścieni". Faktycznie można dostrzec tutaj pewną analogię. Herbert, na podobieństwo Tolkiena stworzył 
rozbudowane, bogate uniwersum, w którym osadził akcję swoich książek. 
Jednak o ile w trylogii Tolkiena mamy do czynienia z szablonową heroic fantasy (wszak Tolkien sam ten szablon stworzył), książki Herberta są bardzo nietypowe i zrywają z wieloma tradycyjnymi dla science-fiction schematami.
Co więcej, historia „Diuny” jest o wiele bardziej zawiła i nieprzewidywalna, a bohaterowie ciekawi i niejednowymiarowi.

To właśnie wciągająca, pełna tajemnic fabuła zadecydowała o sukcesie „Diuny”, która po prawie pięćdziesięciu latach od wydania, ciągle sprzedaje się całkiem nieźle. Żywotność serii utrzymuje w pewnym stopniu Brian Herbert, syn autora, który w tandemie z Kevinem J. Andersonem, wydaje coraz to kolejne prequele, sequele i interquele oryginalnej sagi.






Na „Kroniki” składa się sześć tomów: „Diuna”, „Mesjasz Diuny”, „Dzieci Diuny”, „Bóg Imperator Diuny”, „Heretycy Diuny”, oraz „Diuna: Kapitularz” (lub w innym tłumaczeniu „Kapitularz Diuną”). Opowiadają one o losach pustynnej planety Arrakis, przez tubylców zwanej właśnie Diuną i rządzącego nią rodu Atrydów.

Pierwsze trzy tomy, opowiadające o losach trzech pokoleń Atrydów, to najlepsze, nie tylko książki, ale w ogóle dzieła s-f z jakimi miałem do czynienia (z którymi konkuruje chyba tylko Blade Runner).
Historia zaczyna się w momencie, kiedy książę Leto Atryda z rozkazu imperatora ma przejąć władzę na Arrakis , gdzie będzie nadzorował wydobycie substancji zwanej melanżem, wytwarzanej przez żyjące na planecie ogromne czerwie pustyni. Melanż jest szeroko wykorzystywany w całym wszechświecie, gdyż posiada liczne właściwości, między innymi przedłuża życie, czy pozwala w ograniczonym stopniu przewidywać przyszłość, dzięki czemu nawigatorzy statków kosmicznych potrafią omijać przeszkody, zanim te pojawią się na ich drodze.
Oddanie władzy nad Diuną Atrydom jest jednak częścią wymierzonego przeciw nim spisku, który cesarz uknuł razem z Baronem Harkonnenem, wrogiem księcia Leto, poprzednio rządzącym pustynną planetą.
Głównym bohaterem pierwszych dwóch części cyklu jest Paul Atryda, syn Leto, którego poznajemy jako nastolatka. 
Paul okazuje się być postacią z fremeńskich legend, Muad’Dibem, Mesjaszem Diuny. Po tragicznej śmierci Leto, Paul i jego matka, Lady Jessica, uciekają do fremeńskiej siczy, gdzie otrzymują schronienie. Po kilku latach Muad'Dib wraz z Fremenami odbijają Diunę z rąk  Harkonnenów, a następnie ruszają na podbój całego wszechświata.
Paul zostaje imperatorem, a w imperium zapanowuje pokój, jednak dawne potęgi rządzące wszechświatem wymierzają w Muad’Diba spisek, który ostatecznie doprowadza do jego śmierci. (Ale czy na pewno?!) Dlatego też w trzecim tomie obserwujemy historię dzieci Paula, bliźniąt Leto i Ganimy, które w wyniku działań melanżu zażywanego przez ich matkę, posiadają wspomnienia wszystkich swoich przodków. 
„Dzieci Diuny” to ostatni tom który naprawdę mnie wciągnął.

W czwartym tomie autor postanawia przenieść akcję o trzy tysiące lat w przyszłość i wprowadza dużo zmian, które lekko zniechęciły mnie do dalszego czytania. Przyzwyczaiłem się i szczerze polubiłem świat „Diuny” takim jakim był w pierwszych tomach, więc wraz z tomem czwartym powoli traciłem zainteresowanie, chociaż sam tytułowy Bóg Imperator to jedna z najciekawszych postaci z jakimi spotkałem się na kartach książek. Tom piąty przynosi nam przeskok o kolejne półtora tysiąca lat, odbierając mi resztki zainteresowania serią. Przebrnąłem jednak jakoś przez dwa ostatnie tomy i dochodzę do wniosku, że było warto. Teraz powinienem zabrać się za serie pisane przez Briana Herberta, jednak na razie mam dosyć uniwersum "Diuny".

To co dodatkowo przemawia za zapoznaniem się ze światem „Diuny”, to sposób w jaki Herbert buduje napięcie. Wątki i tajemnice wręcz piętrzą się przez całe tomy, aby w dwóch, czy trzech ostatnich rozdziałach zalać nas falą rozwiązań i wyjaśnień tak niespodziewanych, że mogą wywołać krwotok z nosa (jeden tom oddałem do biblioteki lekko poplamiony).



Nie należy zapominać również o wspaniałym, rozbudowanym świecie, pełnym tajemniczych istot, galaktycznych organizacji i różnorodnych planet. Chociaż większość akcji toczy się oczywiście na Arrakis, która przez autora została dopieszczona do granic możliwości. Zamieszkujące je istoty z czerwiami na czele, fremeni, oraz ich zwyczaje, czy techniki radzenia sobie z życiem na pozbawionej wody planecie zasługują na słowa uznania.

Z bogactw świata stworzonego przez Franka Herberta czerpie nie tylko jego syn. Na podstawie książek powstało kilka gier komputerowych (w które niestety nie miałem okazji zagrać), w 1984 David Lynch zekranizował pierwszy tom „Kronik Diuny”, z Kylem MacLachlanem w roli Paula Atrydy, oraz takimi sławami jak Sting, czy Patrick Stewart. Film zbiera bardzo różne opinie, najczęściej nieprzychylne, sam Lynch również niechętnie o nim wspomina. 
Ekranizacja „Diuny” faktycznie posiada liczne błędy, a oglądając miałem wrażenie, że gdybym nie czytał książki nie wiedziałbym o co chodzi. Pomimo tego (i pomimo brwi Thufira Hawata), film oglądało mi się całkiem przyjemnie, może z powodu sentymentu do książki, albo bardzo udanych (jak na rok produkcji) efektów specjalnych, ciągle jednak zdarza mi się od czasu do czasu włączać film i oglądać pojedyncze sceny.
W roku 2000 powstał jeszcze mini serial  na podstawie pierwszego tomu książki, pod tym samym tytułem, a trzy lata później jego kontynuacja zatytułowana „Dzieci Diuny”.
Na 2014 rok została zapowiedziana kolejna ekranizacja „Diuny”, czekam na nią, żywiąc nadzieję, że autorzy wyciągną jakieś wnioski z błędów swoich poprzedników.



To tyle na temat prozy Franka Herberta. Jeżeli ktoś czuje niedosyt i uważa, że dowiedział się za mało, proponuję udać się do najbliższej księgarni, lub biblioteki i przekonać się na własnej skórze o talencie Tego autora.
Nie zdziwcie się, drodzy czytelnicy, jeśli w najbliższym czasie pojawi się notka na temat twórczości Briana Herberta i nowszych ekranizacji „Kronik”. Bo chociaż na chwilę obecną mam przesyt Diuny, jest to uniwersum na tyle ciekawe, że sytuacja ta może się szybko zmienić.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz