czwartek, 7 marca 2013

Takiej draki się nie spodziewałem

Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale z pomocą braci Kimołków, opracowałem pierwsze prawo tworzenia komiksów. Brzmi ono: jeśli chcesz, żeby twój komiks był brany na poważnie, nie nazywaj prastarej istoty "Pan Pyta", nawet jeśli występuje w duecie z "Panem Odpowiada".



Nie wiem co mam napisać na temat czwartego zeszytu przygód Białego Orła. To co od razu rzuca się w oczy, to fakt, że komiks prezentuje się wizualnie dużo lepiej niż trylogia "Pierwszy Lot". Być może to zasługa Rexa Locusa, który w tym numerze robił kolory, albo po prostu styl Adama Kimołka się poprawił.

Komiks rozpoczyna się wstępem, który opowiada nam kim są Pan Pyta (ech...) i Pan Odpowiada. Są to dwa pradawne byty, podróżujące wspólnie od początku wszechświata. Pan Odpowiada zna odpowiedź na każde pytanie, jednak cytując: "balansuje na krawędzi obłędu", natomiast Pan... Ten drugi, "Drążąc pytaniem, potrafi dotrzeć do najgłębiej skrywanych sekretów ludzkiego umysłu, doprowadzając rozmówcę na skraj szaleństwa". Ogólnie kiedy ci dwaj ze sobą rozmawiają, dla innych istot nie kończy się to najlepiej, ich kłótnia wybiła dinozaury, czy zesłała na świat plagę dżumy.
Dlatego też postanowili, że nie będą ze sobą więcej rozmawiać, a zamiast tego przesiadują w niezidentyfikowanym warszawskim parku i grają w szachy.
Niestety, w przypływie frustracji Pan Pyta, który wygląda kropka w kropkę jak Pan Spock, no może poza uszami. Wiecie co? Będę go nazywał Pan Spock, tak będzie nieco wygodniej (swoją drogą, twórcy nie mają litości dla kolesia, nazwali go "Pyta" i obcięli na pieczarkę...). Wracając do naszej historii - Pan Spock w przypływie frustracji zadaje retoryczne pytanie, które Pan Odpowiada niestety usłyszał. No i się zaczęło. Na początku nic nadzwyczajnego, po prostu rozpętała się burza, która jednak szybko przerodziła się w ostrą nawałnicę, jakby tego było mało, Wisła wylała, a z jej odmętów zaczęły wychodzić "zalewiaki", wredne, zielone, gremlinopodobne stworki.
Nasz dzielny protagonista jest jednak zbyt zajęty użalaniem się nad sobą w strugach deszczu, więc za ratowanie przerażonych warszawiaków zabiera się ktoś inny, a mianowicie stara, poczciwa, warszawska Syrenka, która wyszła z wody razem z zalewiakami.
Jednak ponieważ na kartach Białego Orła pojawiło się tak mało samozwańczych obrońców uciśnionych, nasz dzielny Kapitan Polska spotyka niejakiego Obywatela, który podobnie jak Biały Orzeł walczy ze złem, jednak w przeciwieństwie do niego, nie ma skrupułów przed mordowaniem bandytów, a nawet wręcz przeciwnie, uważa, że jest to wysoce wskazane. To dosyć oklepany motyw, jednak nie przeszkadzałby mi tak, gdyby nie fakt, że w tym jednym, dwudziestopięciostronicowym zeszycie pojawiły się już cztery zupełnie nowe postacie, które prawdopodobnie odegrają jakąś rolę w najbliższych numerach.
Obywatel ucieka Białemu Orłowi, a ten leci w stronę Mostu Poniatowskiego.
W pobliżu rzeczonego mostu z wody wyłania się coś, co wygląda jak skrzyżowanie Godzilli z Krakenem. Na prawdę, przez moment miałem wrażenie, że patrzę na scenę z komiksu Godzilla vs. Barkley, brakowało jedynie Charlesa Barkleya.
Biały Orzeł przybywa na miejsce, gdzie spotyka wspomnianą wcześniej Syrenę, oraz Projekt Zero, super-żołnierza Techcorpu z którym walczył wcześniej, a który postanowił stanąć jednak po stronie dobra. We trójkę ruszają przeciw bestii i w ten sposób kończy się pierwsza część historii "Wielka Draka w Stolicy".




Nie pamiętam dokładnie kiedy wyszedł trzeci numer Białego Orła, ale było to albo latem, albo wczesną jesienią zeszłego roku. Twórcy kazali nam długo czekać na kolejną część przygód pierwszego polskiego superbohatera, po czym zaserwowali nam wielkie rozczarowanie. Faktycznie, komiks wizualnie prezentuje się o wiele lepiej niż poprzednie zeszyty, ale za jaką cenę (i nie mam tu na myśli ceny finansowej, 9.99 to nie tak dużo)?
Wszystko wygląda tak, jakby bracia Kimołkowie nagle postanowili, że Biały Orzeł, nie będzie wzorowany na amerykańskich komiksach, ale będzie ich parodią. Szczerze mówiąc, nawet jako parodia byłby dość słaby. Być może twórcy wiedzieli co czynią, nazywając postać "Pan Pyta"; być może zdawali sobie sprawę, że postać "mrocznego bohatera" mordującego przestępców, to wyjątkowo powtarzalny motyw; być może domyślali się, że ładowanie ogromnego potwora, niszczącego Warszawę z pomocą małych potworów już w czwartym zeszycie to nie najlepsze posunięcie. W takim razie, dlaczego to wszystko zrobili?
Komiks mimo wszystko ma również swoje plusy, pierwszym z nich są kolory, dużo lepsze niż w poprzednich numerach, styl rysowania również się poprawił. Co więcej, dużym plusem jest prawie naga Syrena, oraz Czarna Śmierć (asystentka Wiktora Rossa - polskiego Lexa Luthora) w obcisłym lateksie, a poza tym bardzo przyjemny zapach tuszu, którego niestety już prawie nie czuć.

Nie będzie chyba wielką tajemnicą, jeśli napiszę, że jestem zawiedziony. Trylogia "Pierwszy Lot", nie była niczym nadzwyczajnym, jednak były to całkiem przyzwoite komiksy, pomimo paru potknięć. "Wielka Draka w Stolicy" to festiwal potknięć, z których większość kończy się bolesnymi upadkami. Tak, czy inaczej, myślę, że kupię następny zeszyt. Nie lubię przerywać historii w połowie, a kto wie, może dalszy ciąg zmieni sposób w jaki postrzegam ten komiks? Myślę jednak, że to mało prawdopodobne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz