Kiedy Jean Grey zdobyła moc Phoenix, z
jej pomocą uratowała cały wszechświat. Jednak tak
wielka siła to, zazwyczaj, miecz obosieczny.
Przez osiem zeszytów, zebranych w
albumie, obserwujemy zmagania Jean z niesłychaną mocą, która
powoli przejmuje nad nią kontrolę.
Całość można podzielić na trzy
akty: pierwszy, w którym obserwujemy powolną przemianę Jean Grey w
Mroczną Phoenix - nieludzką, złą istotę niszczącą wszystko co
napotka; drugi, w którym Mroczna Phoenix sieje ziszczenie; oraz trzeci,
kiedy Jean odzyskuje kontrolę nad sobą i musi bronić się
przed tymi, którzy chcą ją ukarać za jej mroczne
występki.
Historia zaczyna się chwilę po tym
jak drużyna X-Men pokonuje potężnego przeciwnika, Proteusa.
Niestety, mutantom nie jest dane zaznać
spokoju, gdyż są atakowani przez tajemniczy Hellfire Club, którego
przywódcy z jakiegoś powodu chcą śmierci podopiecznych
Charlesa Xaviera.
Tutaj pierwszy raz spotykamy Emmę
Frost – Białą Królową Hellfire Club, która w przyszłości
przejdzie na stronę X-Men i zajmie miejsce Jean zarówno w drużynie,
jak i u boku Scotta Summersa.
Jean, która cały czas próbuje się
oswoić ze swoimi nowymi mocami, dostaje od klubu najbardziej w kość.
W przeciwieństwie do reszty drużyny, ją przywódcy Hellfire chcą wykorzystać i
przeciągnąć na swoją stronę.
Jason Wyngarde – mutant i członek klubu – przejmuje kontrolę
nad umysłem Phoenix i wmawia jej, że żyje w XVIII wieku i jest
jego żoną, w ten sposób stała się ona Czarną Królową Hellfire Clubu.
Oczywiście Jean w końcu łamie "zaklęcie" Jasona, jednak miało ono na pewno duży wpływ na uwolnienie drzemiącej w niej złej mocy, które następuje chwilę później. Oczywiście, z pomocą swoich przyjaciół w końcu opanowuje złą moc, jednak musi zapłacić za czyny których dokonała jako Mroczna Phoenix. Trzy kosmiczne rasy Shi'ar, Kree i Skrullowie domagają się śmierci Jean Grey.
Profesor Xavier wymusza na swojej żonie, cesarzowej Shi'ar pojedynek między X-Men i jej gwardią o życie rudowłosej bohaterki.
Historia przedstawiona w albumie ma w sobie wszystko, co mieć powinna – niezwalniającą ani na chwilę akcję, prowadzącą do ciekawego zakończenia; liczne sceny walki, w których mutanci mogą popisać się swoimi umiejętnościami; wątek miłosny między Scottem i Jean; kilka nowych, interesujących postaci (Kitty Pride, Dazzler, Emma Frost), jak również kilku starych znajomych (Beast, Angel).
Chris Claremont, wycofując z drużyny najstarszą stażem mutantkę (obok Cyclopsa), oddał jej należny hołd w postaci tych ośmiu zeszytów.
Wycofanie Jean z drużyny z pewnością odświeżyło przygody mutantów, czyniąc je jeszcze bardziej interesującymi, nie ze względu na niesamowite przygody, ale na nastroje jakie zapanowały w grupie. Z drużyny odeszła kobieta, która była w niej od zawsze i została zastąpiona kimś zupełnie nowym. Claremont w dosyć drastyczny sposób zamknął wątek miłosny Jean i Scotta, zastępując go romansem między Colossusem i Kitty Pride, w grupie zawiązały się nowe przyjaźnie, oraz odżyły dawne konflikty, cała seria na nowo nabrała kolorytu.
Z drugiej strony, wizualnie komiks prezentuje się raczej słabo, co kontrastuje z dobrym scenariuszem. Z założenia seksowna i uwodzicielska Emma Frost tutaj wypada mocno przeciętnie. Inne postacie na jednych kadrach wyglądają lepiej, na innych gorzej, tak jakby czasem były rysowane w pośpiechu. Sceny walki i pościgów też nie są tutaj niczym nadzwyczajnym, a bohaterowie niekiedy są przedstawiani w dziwnych pozach.
Zazwyczaj czytam komiks od deski do deski, a następnie przeglądam go drugi raz, aby dokładniej przyjrzeć się rysunkom. Czasem zdarza się, że przerywam czytanie, tylko po to, aby przez chwilę popodziwiać wyjątkowo dobry rysunek. Przy czytaniu tego komiksu, również kilka razy się zatrzymałem, jednak nie po to, aby zachwycać się pracą rysownika, a raczej wręcz przeciwnie.
Mamy więc do czynienia ze świetną historią, jednak komiks, to nie książka i potrzebuje jeszcze dobrej oprawy wizualnej. Nie mówię, że nie czytałem tego komiksu z przyjemnością, jednak gdyby John Byrne postarał się trochę bardziej "Mroczna Phoenix" byłaby najlepszym albumem z Wielkiej Kolekcji, jaki do tej pory przeczytałem. Niestety, komiks mimo bliskiego doskonałości wydania, jakim raczy nas wydawnictwo Hachette, w środku wygląda jak wygląda, na czym dużo traci. Jednak warto do niego zajrzeć, ze względu na świetny scenariusz.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz