W tym co robię, nie ma ode mnie
lepszego. Ale to, w czym jestem najlepszy, nie jest zbyt przyjemne.
Cóż, w moim przypadku to nie do końca prawda, istnieje wielu recenzentów dużo lepszych ode mnie, a pisanie recenzji sprawia mi całkiem niezłą frajdę.
Jednak kiedy te słowa wypowiedział Wolverine, na wstępie swojej
pierwszej "prywatnej" miniserii, miały one dużo więcej
sensu.
Wolverine,
to nietypowa opowieść, pokazująca nam, że Logan to ktoś więcej,
niż tylko niski Kanadyjczyk ze szkieletem z adamantium i wysuwanymi
szponami.
Cała historia kręci się wokół miłości Logana do japońskiej arystokratki Mariko Yoshida. Kiedy nasz bohater dowiaduje się, że jego ukochana nic mu nie mówiąc wyjechała z USA do Japonii, długo się nie zastanawiając wsiada w samolot i leci za nią. Na miejscu dowiaduje się, że zza grobu powrócił ojciec Mariko, potężny boss mafii, próbujący przejąć władzę nad japońskim półświatkiem, a następnie nad całym państwem. Co więcej sama Mariko została zmuszona do ślubu z mężczyzną, którego nie kocha.
Nietrudno się
domyślić, że Logan jest z tego powodu raczej średnio zadowolony,
tym bardziej, że mąż jego ukochanej lubi ją "srogo
upominać", zostawiając przy tym pokaźnej wielkości siniaki
na jej pięknej twarzy.
Wolverine przegrywa
jednak pojedynek z niedoszłym teściem i poniżony odchodzi,
próbując zapomnieć o Mariko, a na jego drodze staje Yukio, młoda,
piękna (przynajmniej w zamyśle), zabójcza, rządna krwi i
zbuntowana, słowem – bratnia dusza Wolverina.
Mimo to, nasz
dzielny mutant nie zaznaje spokoju. Szanowny teść cały czas ma
wobec niego pewne plany, a i jego nowa ukochana okazuje się nie mieć
do końca czystych zamiarów.
Wolverine
zostaje uwikłany w intrygę w której nie koniecznie chce
uczestniczyć, jednak ścigany przez elitarnych skrytobójców,
nieświadomie wykorzystywany przez japońskiego bossa mafii, oraz
oszukiwany przez osoby którym ufa, cały czas potrafi wykaraskać się
z kłopotów we właściwym sobie, krwawym stylu.
Wolverine
ukazuje czytelnikom ukryte strony Logana - X-Mena znanego głównie
ze swej buty i brutalności. Chris Claremont chciał rozwinąć
postać, pokazać jaki Wolverine jest naprawdę, co go ukształtowało,
jakie emocje w sobie skrywa i do jakich uczuć jest zdolny. I udało
mu się to znakomicie.
Komiksy z lat
osiemdziesiątych graficznie raczej nie przypadają mi do gustu.
Nie wywołują u mnie obrzydzenia, ale też daleko im do wprowadzenia
mnie w stan estetycznej ekstazy. Podobnie jest z tym albumem.
Kobiety, które miały być piękne wyglądają mocno przeciętnie,
tokijski agent wygląda jak Clark Kent, a pekaesy Logana momentami
przybierają monstrualne wręcz rozmiary. Jednak trzeba przyznać, że
dzięki nietypowemu ułożeniu kadrów, niektóre sceny wyglądają
bardzo ciekawie.
Logan, to jeden
z najbardziej lubianych X-Menów, a zdecydowanie najbardziej
rozpoznawalny z podopiecznych Charlesa Xaviera. Aż trudno uwierzyć,
że pierwszy raz pojawił się na kartach komiksu nie jako bohater, a
jako jednorazowy przeciwnik Hulka. Len Wein polubił go jednak tak
bardzo, że postanowił wciągnąć go do drużyny X-Men.
Początkowy koncept
Wolverina był zupełnie inny od tego, co możemy podziwiać na
przykład w tym komiksie. Na początku heros miał nazywać się
Badger (Borsuk), na szczęście Roy Thomas uznał, że Wolverine
brzmi dużo lepiej. Później, rzekomo Wolverine miał nie być
człowiekiem, a zmutowanym przez High Evolutionary rosomakiem,
jednakże to tylko niepotwierdzona plotka. Co więcej, Wolverine w
zamyśle scenarzysty Lena Weina miał być smagłym, około
dziewiętnastoletnim młodzieńcem, lecz rysownik Dave Cockrum miał
zupełnie inną wizję kanadyjskiego herosa, robiąc z niego
dojrzałego mężczyznę o ostrych rysach twarzy i niedorzecznie
długich bokobrodach, jakiego znamy dzisiaj.
Wolverine, to album który warto przeczytać, szczególnie w przededniu premiery filmu, w którym to Hugh Jackman, jako kanadyjski rosomak również wyruszy do Japonii.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz