"Weźmy pierwszy i ostatni rozdział książki i na ich podstawie zróbmy film" - taki pomysł zagościł w głowach twórców ekranizacji książki Rafała Kosika.
Książka opowiada o trójce gimnazjalistów, którzy przy pomocy tajemniczego urządzenia znalezionego w starej, niemieckiej bazie podróżują w czasie.
Przed pójściem do kina, czytałem w "Nowej Fantastyce" artykuł, w którym Kosik ostrzega fanów przed licznymi drastycznymi zmianami. Rozumiem, że na potrzeby ekranizacji, często trzeba nieco pozmieniać historię, lub wyciąć z niej pewne wątki. Tutaj jednak ze wszystkich istotnych wątków, wybrano tylko jeden, na którym film się skupia, a który pojawia się dopiero na kilkudziesięciu ostatnich stronach książki.
Nawet tytuł zatracił swoje znaczenie, chociaż twórcy próbują go jakoś wcisnąć na siłę w ostatniej scenie.
Co więcej "Teoretycznie Możliwa Katastrofa" to druga część przygód Felixa, Neta i Niki, gdzie w takim razie podziała się pierwsza? Podobno "Gang Niewidzialnych Ludzi" miał powstać wcześniej, jako miniserial, jednak problemy finansowe na to nie pozwoliły.
Serial byłby dobrym rozwiązaniem, stuminutowy film to zdecydowanie za mało, aby przedstawić historię z tej książki, nawet jeśli wycina się trzy czwarte jej fabuły. Tym bardziej, że twórcy wrzucają do filmu sceny, które nie mają żadnego sensu, jak chociażby początkowa scena z rosiczką, która w książce była dosyć istotna, a w filmie, dzięki zabiegom scenarzystów służy tylko i wyłącznie "pochwaleniu się" efektami specjalnymi.
"Felix, Net i Nika..." to podobno pierwszy polski film wykorzystujący efekty specjalne z prawdziwego zdarzenia. Faktycznie, efekty są, może daleko im do "Avatara", ale przynajmniej fabularnie filmy prezentują podobny poziom.
Czy mimo mojego jęczenia warto obejrzeć ten film? Zdecydowanie lepiej przeczytać książkę (uprzednio czytając oczywiście "Gang Niewidzialnych Ludzi"), jednak jeżeli macie pod ręką jakiegoś nieletniego, możecie obejrzeć z nim "Teoretycznie Możliwą Katastrofę". Młodzi aktorzy wypadają całkiem nieźle, a film chociaż leży jako adaptacja książki, sprawdza się jako przygodowy film dla dzieci.





Wiem, że się czepiam, ale jeśli rzeczywiście film ma tak niewiele wspólnego z książką, jak piszesz, to nie jest to ekranizacja, tylko adaptacja.
OdpowiedzUsuńOwszem, co nie oznacza, że film nie może być dobry.;p
OdpowiedzUsuńWeźmy takie Lśnienie, też ma niewiele wspólnego z książką, jednak Kubrickowi udało się wyciągnąć z niej to co najlepsze i zrobić świetny film.
Piotra, ale to nie ma nic do mojego komentarza, ja tylko zwracam Ci uwagę na błąd merytoryczny :D
Usuń