poniedziałek, 1 lipca 2013

Papierowa Gwiazda Śmierci




Każdy wie, że Gwiezdne Wojny to o wiele więcej, niż tylko filmy - komiksy, serial animowany, cała masa gier, no i oczywiście książki. Moje pierwsze spotkanie z gwiezdnowojenną literaturą miało miejsce kilka tygodni temu, za pośrednictwem książki Gwiazda Śmierci Michaela Reavesa i Steve'a Perry'ego.
Książka ta opowiada o losach kilkorga mieszkańców budowanej właśnie stacji bojowej, wśród których znajdziemy pilota myśłiwca TIE, chirurga, panią architekt pracującą przy budowie Gwiazdy, zbiegłego przemytnika, czy Twi'lekańską właścicielkę kantyny i jej wykidajłę.
Poznamy tutaj od podszewki największy postrach galaktyki i aż zaczniemy się zastanawiać, czy Luke aby na pewno postąpił słusznie, niszcząc Gwiazdę Śmierci.
Główni bohaterowie to ciekawe, dające się lubić postacie, którym z pewnością będziemy kibicować. Pochodzą z różnych światów (dosłownie i w przenośni) i szczerze mówiąc, relacje między nimi są moim zdaniem za bardzo spłycone. Ośmioro postaci, które po prostu się lubią, bardzo lubią, lub ewentualnie w sobie zakochują. Każdy z nich ma jednak swoją, ciekawą historię, która ostatecznie doprowadziła go na pokład Gwiazdy.

Książka ta była miłą odmianą, pokazującą, że Imperium to państwo jak każde inne, zarządzane przez szumowiny, jednak zamieszkane również przez porządnych obywateli, którzy czasem znajdują się po drugiej stronie barykady, niż ci "dobrzy", czasem z własnej woli (jak pilot myśliwca Vil Dance), a czasem pod przymusem (jak doktor Kornell "Uli" Divini).
Ciekawie było spojrzeć na Gwiazdę Śmierci nie jako jeden, wielki byt, a jak na świat, pełen wielu, różnie myślących ludzi. Poznamy tutaj nawet żołnierza obsługującego superlaser, który - wierzcie mi, lub nie - wcale nie jest z tego powodu zachwycony.
Co więcej, zauważymy również kilka scen z Nowej Nadziei, przedstawionych jednak z nieco innej perspektywy, a każdy znany cytat, czy motyw wywoła uśmiech na twarzy fana serii.
Książka jest napisana w sposób świadczący o doświadczeniu i umiejętnościach autorów, czego nie zawsze można powiedzieć o książkach, których akcja toczy się w światach wykreowanych  w innych mediach.

Gwiazda Śmierci zmusza czytelnika do pewnych rozwarzań moralno-filozoficznych. Co prawda nikt nie poddaje w wątpliwość, że stacja kosmiczna zagrażała rebelii i wszystkim, którzy spojrzeliby krzywo na imperatora, lub wielkiego moffa Tarkina. Mimo wszystko, czy to co Luke uczynił z Gwiazdą Śmierci było w jakiś sposób lepsze od tego, co  Tarkin zrobił z Alderaanem?
Cóż, można się kłócić, można spekulować, ale tak czy inaczej książka Reavesa i Perry'ego to kawał dobrej, fantastycznej literatury, którą mogę szczerze polecić każdemu fanowi Gwiezdnych Wojen.

1 komentarz:

  1. Moim zdaniem rebelia lepiej postąpić nie mogła. Gwiazda Śmierci była jak wielka szulernia, kryjówka kryminalistów i wszelakiego plugastwa, taki trzeci świat Galaktyki, gorzej niż Tatooine. Jako imperator nie pozwoliłbym osiedlać się tam takim przypadkom, cóż na tym zyskał stary Palpi? Stacja lepiej sprawdziłaby się jako całkowicie zmilitaryzowany obiekt, służący tylko i wyłącznie do niszczenia wrogich obiektów, po co dodatkowe śmieci? W Strefie 51 raczej nie ma tego problemu, czy na poligonach. Żałować Gwiazdy to jak żałować zniszczonego Berlina po wojnie, albo śmierci Hitlera. Z resztą, na motywach drugiej wojny pewne wątki Gwiezdnych Wojen były wzorowane. Zniszczyć, zapomnieć, prochy rozsypać na wietrze słonecznym. Amen.

    OdpowiedzUsuń